Następny mecz:  Deportivo  -  Barcelona     ·  Niedziela, 29 kwietnia 20:45  ·  35. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Mit kryzysu (obrony) Barcelony

 29 września 2015, 01:05

 Challenger

Źródło: własne; zdj. grup14.com i BR.net

 42 komentarze

Jest taka scena w filmie pod tytułem… Aaa, solić to! Zajmijmy się futbolem.

Widać, że Barça gra daleko od optymalnej formy. Jeszcze dalej od możliwości. O błędach indywidualnych z poprzednich spotkań mówiło się wiele. Na językach byli Piqué, Ter Stegen, Alves, Busquets, Rakitić, Roberto (jeśli grany w środku pola). W różnych proporcjach, wszyscy zasłużenie. Busiego tłumaczyłem już przemęczeniem, u „Marca-André Neuera” widać brak doświadczenia i nadmiar ambicji. Inni po prostu byli sobą, choć oczywiście w najgorszej wersji.

To choroba zakaźna. Rakitić częściej traci piłki dające akcje rywalom – ze względów taktycznych są to straty mniej kosztowne niż Busiego, ale są. Błędy kosztujące gole zdarzały się wcześniej Javierowi Mascherano maksymalnie 2 razy na sezon. Teraz zbiera tyle w miesiąc. Częściową odpowiedzialność za stracone bramki ponosił do tego przy kilku innych okazjach. Jego ogólną postawę w zbyt wielu meczach tego sezonu oddaje używane przez komentatorów anglojęzycznych na defensorów słowo „chybotliwy” (shaky).

Póki co mówimy wyłącznie o obronie. Dodaję od siebie dołującego Messiego (Sevilla od 16. do 116. minuty, Málaga, Roma), ale ta opinia tradycyjnie nie zyskuje sojuszników. Ofensywnie Rakitić wykazywał się brakiem wykazywania czymkolwiek, najgorszy występ Suáreza w Hiszpanii też przypadł na ostatnie dni (Celta). Jest też godna aforyzmów nieskuteczność z karnych. To wszystko mniejsze zmartwienia, kłopotem jest obrona. Czy rzeczywiście?

Las Palmas = las błędów

Pierwszy kwadrans z „Palmami” tęgimi pomyłkami zaczęli Piqué i Rakitić. Drżące przyjęcie piłki przez pierwszego (6. minuta) pachniało kolejnym po Celcie wyprowadzeniem rywala na intymną randkę z Ter Stegenem. Poprzeczne podanie Chorwata na własnej połowie spadło precyzyjnie na nos gotującego się do kontry rywala. Sytuację wspaniałomyślnie przerwał gwizdkiem sędzia. Dopatrzył się przewinienia, na które w Premier League nie zwróciłby uwagi nawet sam „poszkodowany”.

Źle od 1. minuty wyglądał nadmiernie eksploatowany na tym etapie sezonu Sergio Busquets. Nie składa się z góry mięśni, a co mecz toczy ciężkie fizyczne boje. Właśnie ze względu na jego budowę uważam, że zasługuje na regenerację częściej niż średnia w zespole. Jest odwrotnie. Ma ją rzadziej.

W sobotnim meczu piłka odskakiwała mu 5 razy do przerwy. Mnożył niepodobnie złe jak na siebie podania (jak to z 22. minuty), tracił piłki przy prostych zagraniach. W 27. po raz drugi w meczu zadryblował się w gąszcz nóg rywali. Po co? Po stratę. Katalońskiemu pomocnikowi tak poważne wpadki z tą częstotliwością nie zdarzają się z dużo silniejszymi przeciwnikami. Trzeba podziękować gościom, że ospale zabierali się do ich wykorzystywania i efektów nie widzimy dziś w wyniku.

Zmęczył ich, widocznie, lot z Wysp Kanaryjskich. Albo byli równie zaskoczeni obrazem gry Busquetsa co widownia.

Wypoczęty Busi to Busi najlepszy dla zespołu. W sytuacji gdy środkowi obrońcy regularnie rozchodzą się w systemie gry Barçy na boki celem lepszego rozegrania piłki na własnej połowie, wielokrotnie w meczu za plecami Sergio robi się autostrada do bramki. Dobrze to widać na przykładzie niżej. Stoperzy nie zdążą dobiec do napastnika rywali, który w razie straty przez "5" staje w idealnej sytuacji do zdobycia goli. Dlatego Busi zmęczony to potencjalny sabotażysta swego zespołu.

 

W 86. minucie Mascherano popełnił identyczny błąd co w meczu z Atlético tylko tym razem akcja nie skończyła się interwencją Vermaelena. Zdecydowanie zawiodły Argentyńczyka zimna krew i szybkość decyzji w wyjaśnieniu sytuacji. Podobne straty jak przy golu Viery widzieliśmy u Masche wcześniej, myśl o jego przyzwyczajeniach jako pomocnika nasuwa się sama. Argentyńczyk powinien lepiej pamiętać, że gdy popełnisz taki błąd „na stoperze” – za Tobą jest tylko bramkarz.

Osobiście wolę podejście „Vermy”, który z Bilbao wielokrotnie pokazał, że potencjalnie szkodliwej piłki najlepiej się pozbyć w pierwszym kontakcie. Nie jest to może podejście w Barcelonie ulubione. Za to: skuteczniejsze. Wolę piłkę na aucie niż w sieci.

Fakty oddzielone od wydmuszek, tombaku i śmieci

Do momentu błędu Masche, Barça miała mecz z Las Palmas pod kontrolą. Na pewno nie pełną ani szczególnie władczą (co wyraża mi częstotliwość akcji podbramkowych bardziej niż „sucha” suma strzałów na bramkę), ale wystarczającą na spokojne prowadzenie. Trudno mi wskazać moment kiedy FCB „wsiadła” na dużo niżej notowanego rywala. Może dlatego, że takiego momentu nie było. Zmienia to wynik? Barça zasłużyła na 3 punkty, zdobyła je i nazywanie rezultatu szczęśliwym to bzdura. Szczęśliwie to gola zdobyli goście, gola zamaszyście zamazującego obraz gry.

System gry Barçy wygląda dobrze. Piłka krąży płynnie, każdy z graczy doskonale zna swoje zadania. Zauważcie, że wszystkie błędy, o których mówimy są błędami indywidualnymi. Nie chodzi o obraną taktykę czy "system gry". Obrona w przekroju całości dokonań tego sezonu wygląda porządnie. Momenty „zawieszenia się” danego gracza to co innego, nie mówimy o sytuacji, gdy Barça traci tuziny goli po stałych fragmentach gry; tylko lewą stroną; samymi strzałami głową; inną wymuszającą faktyczne powody do zmartwienia tendencją.

Ofensywa? Zespół stwarza sobie okazje, strzela bramki, nie zna klątwy wyniku 0:0, zbiera punkty.

Zadyszka Barçy jest oczywista, ale rozdmuchiwanie jej tylko zdradza uprzedzenia. Większość opinii (wystarczają nagłówki!) to jak zlot defetystów. Przegrana w Supercopie i mozolny start ligowy to dla wielu dziennikarzy i kibiców fusy do wróżenia klapy w całym sezonie, na wszystkich frontach. Remis z Romą dla części „ekspertów” stał się okazją do wyrażenia pewności, że klub z Camp Nou nie obroni tytułu.

Reakcje na dwie porażki i dwa remisy nawet culés przyniosły kryzys tożsamości. We wrześniu stanowią wyłącznie dowód nie wprost jak bardzo piłkarski świat obawia się tej Barcelony. Każdy powód dobry do wykrzyczenia jej końca.

Logiczne powody i parę tygodni cierpliwości

Ta panika w komentarzach jest rozczulająca jak codzienne zmagania menedżerek średniego szczebla w walce o atrakcyjność. Łatwo wskazać powody domniemanego supermegakryzysu FCB. Wynikają z kalendarza. Podobnie jak spodziewana przeze mnie tych problemów przejściowość.

Hiszpańska federacja ułożyła grafik Superpucharu Hiszpanii w ten sposób, że Barcelona grała 3 mecze w 6 dni – z przelotem do Tbilisi w obie strony włącznie. Na Mistrzostwach Świata gra się rzadziej! W latach wcześniejszych wielokrotnie przekładano hiszpański superpuchar na grudzień, normą był co najmniej tydzień przerwy między oboma meczami. Widocznie tym razem podobne pomysły nie leżały w interesie osób decydujących o terminarzu Supercopy.

Odniesiony na boisku w równej walce triumf jest wielkim zwycięstwem Athletiku. Decyzję podjęli inni. Cieszę się, że ten zasłużony klub zdobył swoje trofeum po 31 latach oczekiwania. Nawet jeśli ten 6-dniowy trzymeczowy maraton wpłynął jakoś na postawę Blaugrany w dwumeczu z Baskami to bardziej zajmuje mnie, jak wpłynął na postawę zespołu w kolejnych tygodniach. Uważam, że silnie. Konieczność rozegrania 300 minut w tym odstępie – plus lot i powrót z Gruzji – to ogromny wysiłek praktycznie bez możliwości regeneracji. Umiem ocenić formę Barçy i dopiero w meczu z Levante przestałem widzieć dominujące w ogólnej postawie zespołu symptomy zmęczenia „posuperpucharowego”.

Od rewanżu z Bilbao w SH – Barça grała z Levante 20. września – minął miesiąc. Wszystkie wygrane jedną bramką (5/6) w międzyczasie nie wzięły się ze złośliwości losu. Jak wiele rzeczy w futbolu stanowią wynik konkretnych faktów i zdarzeń. Sam początek sezonu z definicji nie jest momentem gdy zawodnicy dysponują najwyższą formą fizyczną, a tu mieliśmy ekstremalną kumulację. Organizmy podopiecznych Lucho nie zapomniały w noc o intensywności 120 minut w Gruzji i graniu kolejnych 90-ciu co 2 dni. Przyczyniło się to do "nadwyrężenia" sił zespołu i takiego poziomu gry w kolejnych tygodniach, jaki widzieliśmy.

Oczywiście przy jasnym dla mnie założeniu, że wysiłek włożony w te trzy mecze „dodał się” z amerykańskim tournée i, w przypadku części graczy, Copa América.

Co dalej? Poczekajmy 2-3 tygodnie. Organizmy zapomną o superpucharach, duet NS wyreguluje celowniki, MAtS się uspokoi, Bravo wyzdrowieje, obrona uszczelni, Busquets odsapnie, „Rakieta” odpali, całość zatrybi, wyniki w konsekwencji przyjdą „same” i spłynie na świat zaskoczenie, że „Barça znowu wielka”.

Messi? Na co teraz komu. Niech odpoczywa i zbiera siły na wiosnę. Zasłużył całym ostatnim rokiem aż nadto.

To już było, przegapiliście?

Mało uwagi zbiera fakt, że defensywa FCB gra z grubsza tak samo jak o tej porze rok temu. Różnica jest taka, że teraz rywale wykorzystują jej błędy. Taka sytuacja jest normalna. Nie jest normalne, że drużyna popełnia błędy, a co tydzień kolejni rywale marnują je jakby działali w zmowie tego rodzaju, który teoria ekonomii zwie mianem kartelu. Zachwycano się serią Bravo. Nie zachwycano się, co robili napastnicy rywali. A byli autorami tej serii nawet bardziej niż barcelońscy obrońcy.

Przypominając zdarzenia z zeszłego sezonu chcę powiedzieć, że nie ma nic niezwykłego w tym, że defensywa Barçy potrzebuje czasu na rozpęd. Rok temu przeżyła kadrową rewolucję i w sytuacjach „awaryjnych” ma to wpływ do dzisiaj. Defensywnego automatyzmu (w przekazywaniu krycia, ubezpieczaniu obrońców bocznych przez środkowych i vice versa, przewidywaniu błędów kolegów) znanego z drugiego czy trzeciego roku pracy Pepa nie widzimy i być może w tym zestawie personaliów nie zobaczymy nigdy.

Dodajmy do tego zamieszanie z odzyskanym i straconym ponownie Vermaelenem, zawieszonym Piqué, kontuzje Alvesa i Alby i skołowanego Mathieu, który już sam nie wie, czy jest dziś dla trenera obrońcą lewym czy środkowym. Znajdziemy kilka określeń na opisanie poczynań defensywy Barçy w tym sezonie, ale wśród nich na pewno nie ma „stabilizacji kadrowej”. W 10 meczach było 8 różnych zestawów.

Dwukrotnie więcej goli niż Blaugrana u siebie, wpuścili ligowo mistrzowie Anglii. Bilans bramkowy obrońców tytułu we Włoszech po 6 kolejkach wynosi -1. Drużyny triumfujące seryjnie w poprzednich rozgrywkach (The Blues i Juve zdobyli po dublecie, do tego Włosi osiągnęli finał LM) z trudem radzą sobie w kolejnych i to od lat znany wzorzec: Inter, Bayern po Heynckesie, MU po SAF-ie itd. Konkurencyjność współczesnej piłki sprawia, że sukcesy trzeba „odchorować”. Chelsea z Juventusem są tego przykładami lepszymi niż szukając potwierdzenia mojej tezy mógłbym sobie wymyślić.

Chelsea jest u siebie piętnasta. Piętnasty jest Juventus. Barça trzyma się punkt za liderem – mając w ręku o jedno trofeum więcej, a w lidze wyjazdy na Calderón, Bilbao i mecz z Málagą za sobą. Tam, gdzie inni widzą słabości Barçy, ja szukam jej siły, bo tylko Barça opiera się na przestrzeni ostatnich 7 lat zaznaczonemu powyżej „wzorcowi”. Czy znalazłem – każdy ma swoje zdanie.

Powyższe rozważania prowadzą mnie do przekonania, że dowody na domniemaną słabość Barçy to argumenty śmieciowe. W tych warunkach – powtórzę: tournée po USA, ułożenie Superpucharów w prezencie od RFEF, uraz Bravo, niedostępności w obronie – nikt rozsądny nie zakrztusi się tym, że Barça straciła w tym sezonie 17 goli i ja też nie zamierzam. Cieszę się, że nie ma ich więcej!

Konsekwencja i regularność mimo trudności

Z gorliwością policjantów stawiających mandaty na przejściu w dzień wiejskiego festynu szuka się Barcelonie dziury w całym i wyolbrzymia jej każdą wywrotkę. Jestem to nawet w stanie zrozumieć. Piłka jest z założenia sportem nieprzewidywalnym i obfitującym w niespodzianki. Powinno tak być zwłaszcza w okresie zażartej konkurencyjności między klubami, największego ścisku na szczycie w historii – każdy autor wypatruje zmiany warty w interesie widowni. A tu ciągle ta Barcelona.

W tych okolicznościach to szczerze nic dziwnego, że dostrzega się problemy, dramaty i katastrofy Barçy tam gdzie ich nie ma. Nie widzę jednak żadnego powodu dlaczego miałbym przyjąć podobną perspektywę. Chwilami słabo, ogólnie jest nieźle. Będzie lepiej.

Nie pierwszy raz w swojej historii jest FC Barcelona sama przeciwko wszystkim. Ktoś nazwie umiejętność wychodzenia z kłopotów szczęściem, ja nazywam doświadczeniem. Ta drużyna osiągnęła razem tyle i ma wystarczająco kompetentnego trenera, aby w chwili głębszej zadyszki wiedziano w szatni, jak grać żeby znowu wygrać.

Jasne, Barça nie gra efektownie. Jednak etap rozgrywek na jakim jesteśmy - generalnie nie jest efektowny. Sezon jest długi, na manewry zrzucające czapki jest czas wiosną. Teraz ważniejsze niż wszystko inne jest zbieranie punktów. Barcelona Luisa Enrique stała się od tego ekspertem bez względu na okoliczności.

Udostępnij:

Komentarze (42)

Gorące tematy