Następny mecz:  Deportivo  -  Barcelona     ·  Niedziela, 29 kwietnia 20:45  ·  35. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Czy to już koniec sezonu?

 15 kwietnia 2016, 18:20

 Challenger

Źródło: własne; fragment relacji live ze strony TheGuardian.com/football

 61 komentarzy

Znowu futbol zrobił ze mnie głupka. W takich chwilach zdecydowanie wolę powtórkę z Bayernu 2013. Wtedy wiesz, że nie było czego zbierać. Sytuacja jest jasna. W futbolu i w życiu.

Gdy jest się o jedną bramkę od awansu, mistrzostwa, jedną akcję od dogrywki – zostaje tylko rachunek utraconych korzyści, paragon zmarnowanych szans. Gdy trafia się wieczór jak z Atléti, powodu można szukać wszędzie: w akcjach z meczu, arenie rewanżu, składzie w San Sebastián, nawet zdarzeniach sprzed dwóch lat (ban transferowy, serio?). Wynik zostaje ten sam. Taki sam.

Jeśli przyjmiemy kadencję Pepa Guardioli za początek trwającego do dziś cyklu sukcesów, widać wyraźną cechę wspólną.

Spośród pięciu wypadnięć Barcelony z najważniejszych klubowych rozgrywek Europy w tym czasie, czterokrotnie mowa o jednym golu różnicy. Zarazem każdy z ostatnich trzech finałów Ligi Mistrzów Barça wygrała różnicą dwóch goli, zawsze z mistrzostwem Hiszpanii do pary. Wychodzi z tego obraz drużyny, która „będąc sobą” rozstrzyga najważniejsze wyzwania z bezpieczną przewagą. Gdy jednak klubowi ze słonecznej Katalonii przytrafi się zadyszka, łańcuch kontuzji, wycieczka wesołym autokarem, a rywale rozgrywają idealne, perfekcyjne mecze – zdarzenia i tak ważą się do samego końca. Inter 2010, Chelsea 2012, Atléti przedwczoraj i przed dwoma laty. (Supercopy, finał Pucharu Króla 2014, „finał” Ligi z Colchoneros doda ktoś pamiętliwy.) „Słaba”, „bezradna” Barça kontra „wielki”, „frunący” rywal i wynik na styku do ostatniej minuty? Nieraz po takich meczach doznawałem rozdwojenia jaźni przy lekturze pomeczowych relacji, wiedząc co widziałem i czytając różne autorskie rewizje wydarzeń. Przesada okazuje się pomocnym narzędziem gdy brakuje innych argumentów.

Jedno pozostaje dla mnie pewne: piłkarska dominacja nie wygląda jak środa. Tchórzliwe kradzenie minut cały ostatni kwadrans to inna kategoria. Gdy „wyjaśnia się” rywala, wygląda to jak tamto lanie od Bayernu, niedawne podjęcie Betisu przez Rojiblancos piąteczką, jesienny „Klasyk” albo długie fragmenty finału z Juventusem. Na poziomie Pucharu Europy Barcelonę zaorano w tym kilkuletnim okresie jeden jedyny raz, Barça orała wielokrotnie i każdego, kto się nawinął. Fontanny euforii, kiedy tylko Katalończykom powinie się noga, są jakąś formą zasypania, zagadania tej dysproporcji. Wykluczone, bym dał się nabrać.

Eksperci w studiu patrzą gdzie indziej, zajęci zachwytami nad tworzącymi historię zwycięzcami nie piszą o tym znawcy. Z Barçą w gorszej formie, przypartej do muru niekorzystnym wynikiem, wszystko dalej waży się na ostrzu noża. Umiejętność, której nie mają inni, regularnie wykładający się po pierwszym meczu, w połowie drugiego lub z kopciuchami w 1/8 finału. Ten nawyk to też jest wartość, przynajmniej dla mnie; nawet nie jako kibica, a obserwatora. Znam takich, co taki nawyk wpienia bardzo.

Owszem, był też półfinał z Chelsea przed triumfem w Rzymie. Wliczając dwumecz z MU wiosną 2008, Barça miała siedem finałów i półfinałów w 9 lat. Każdy przyzna chyba, że jeden przypadek kontrowersji na taki okres to nie za wiele. Ile ich było w drugą stronę nie chce się wymieniać :) Futbol „czasem daje, czasem zabiera”. Wszystkim. Ale czy po równo? Wysoką każe cenę płacić barcelońskiemu klubowi za Iniestazo. No trudno. Za rok też jest Liga Mistrzów.

Atlético było lepsze w rewanżu, zasłużyło na awans. Życzę im zwycięstwa w całym turnieju. Pracują na to całą kadencję Cholo. Kropka. Reszta to jakiś słaby spin-off. Kultura nagłówków wymaga polaryzowania wszystkiego („Atléti na szczycie, Barça na dnie” – znacie?), ale czemu się jej poddać? O co chodzi, w ostatnich siedmiu latach to Barça zdobyła jedną ligę? Nie wiem co jest nie tak z ludźmi, gdy po paru gorszych meczach robią z tej ekipy bandę patałachów. Na ten moment określenia typu „cień Tamudazo” są niepoważne. Inni mówią o schyłku MNS. To do końca ligi jest jedna kolejka? Gramy dalej! Zainspirowany przez znajomego, aż za dobrze wyobrażam sobie taką fikcyjną rozmowę pomeczową:

To Atlético wygrało czy Barcelona przegrała?
Przegraliśmy, proszę Pana, absolutnie zasłużenie. Główny powód jest taki, że nie umiemy prosto kopnąć piłki. Jesteśmy cholernie tragiczni. Nie zasługujemy na nic w tym sezonie, na pewno nie na ten półfinał. Pokazaliśmy tak rozpaczliwą grę, że kilku chłopaków w szatni rozważa zakończenie kariery. To wszystko, co jest tu do powiedzenia... Ma Pan może chusteczkę?

Do końca sezonu został miesiąc i Barcelona jest w grze o dwa trofea. Jeśli ktoś uzna to za konkluzję typu „feel-good movie”, jest przynajmniej szczera w porównaniu do wielu ekspertów z analizami ćwierćfinału przebranymi za rzeczowe i obiektywne. Po kliknięciu okazują się selektywnymi podnietami pryszczatego nowofana Atlético. Zieeew! Brakuje im tylko emotikonu „bicek” w co drugim zdaniu.

Atléti zagrało w środowym meczu jak zwykle przeciw Barçy w tym sezonie, tylko skuteczniej, przy bardziej niż zwykle nieskutecznej Barcelonie.

Podopieczni Simeone czujnie zacieśnili szeregi i skutecznie wykorzystywali każdą lukę w defensywie Barcelony. Ukłon dla Cholo, że do przerwy jego piłkarze oddali Barçy piłkę na jej połowie i ruszali z pressingiem dopiero, gdy goście przekraczali linię środkową. Jak ujął to Jordi Alba, w pierwszej połowie „graliśmy [tylko] na swojej połowie”. Do 55. minuty gospodarze spokojnie mogli prowadzić wyżej. Nie prowadzili. A potem, chyba umknęło milionom widzów, Blaugrana wydarła im inicjatywę z gardeł. Bez goli, ale nikt nie może powiedzieć, że strzał Suáreza (67. minuta gry) i prawostronna akcja Alby (60.) wzięły się znikąd. Te akcje nie zdarzyły się tylko w moim telewizorze, nawet Simeone przestępował z nogi na nogę.

Po tej krótkiej, acz intensywnej, nawałnicy gospodarze musieli ratować się zmianami i zarabianiem czasu przy każdej okazji. Aż dowieźli swój wynik do końca.

W efekcie zostajemy z geniuszem Simeone, Realem świętującym „comeback” z 8. drużyną Bundesligi, City zwycięskim w pełnym potknięć wyścigu żółwi na to, „kto bardziej nie zasługuje na awans”, i Bayernem tracącym 2 gole w Lizbonie – nie chodzi mi o drwienie z rywali, to nie w moim stylu. Taka lista obecności w półfinałach, chcę powiedzieć, zostawia z przekonaniem, że gdy Barça wróci podbić te same rozgrywki za rok, nie ma powodu obawiać się nikogo.

Widziałem okazje Barcelony w środę, spodziewam się ich w kolejnych meczach. Do zdobycia są jeszcze Mistrzostwo Hiszpanii i Puchar Króla. Nie wiem jak inni i mało mnie to obchodzi, ja zamierzam się nimi cieszyć. Póki są szanse, póki trwa sezon, który nie skończył się dwa dni temu. W kampanii 15/16 widziałem więcej meczów Barçy niż ten w środę. Tymczasem – przejawem pewnie zuchwałości myśl, że to właściwa chwila – drużynie przyda się trochę zaufania i szacunku. Przynajmniej od swoich kibiców.

Na dziennikarzy i szacownych ekspertów bym nie liczył. Mają do sprzedania nagłówki.

Udostępnij:

Komentarze (61)

Gorące tematy