Następny mecz:  Murcia  -  Barcelona     ·  Wtorek, 24 października 21:30  ·  1. mecz 1/16 finału Puchar Króla   ·  Transmisja: Canal + Sport   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Transferowy niedosyt [felieton]

 30 lipca 2017, 09:30

 Karol Chowański 'Challenger'

 47 komentarzy

Transferowy niedosyt [felieton]

W kluczowych meczach sezonu nowi piłkarze stanowili zdecydowaną mniejszość

Letni okres transferowy ma różne oblicza w różnych klubach. Dla FC Barcelony to czas tradycyjnie frustrujący. Zakończenie sagi związanej z Neymarem pozostaje zagadką. Kolejne zakupy nastąpią po powrocie drużyny ze Stanów. W oczekiwaniu na rozstrzygnięcia tego lata proponuję podsumowanie transferów sprzed roku.

Jedną rzecz muszę wyraźnie zaznaczyć na początku. Rozczarowujący dla katalońskiego klubu bilans zeszłego sezonu nie jest winą Cillessena, Digne’a, Denisa, Alcácera, Gomesa ani tym bardziej Umtitiego. Zostali sprowadzeni w krajobraz pobocza. Duet porażek w głównych rozgrywek Barça zawdzięcza postaciom jak najbardziej pierwszoplanowym. Swój udział w bilansie minionego roku miały strategiczne pomyłki Luisa Enrique, lecz w każdej z decydujących chwil sezonu po boisku biegało 9-10 członków podstawowego składu; na czele z tym, o którego piłkarskiej doskonałości przekonany każdy biczujący Gomesa.

Kto pragnie z pianą na ustach recenzować zeszłoroczne nabytki – już czas ochłonąć. Poza tym transfery generalnie zasługują na mniej naszych emocji w czasach, gdy po raz drugi dano 30 mln za Danilo. Co innego emocje, a co innego wymiana poglądów oparta na tradycyjnie dla tej kolumny rzeczowych argumentach. Wspomniawszy, że cała szóstka miała mizerny wkład w finał sezonu Barçy, zachowuję, a jakże, wyczucie różnic w proporcjach. Jedni grali dużo (Sam), inni za dużo (Gomes), niektórzy za mało (Alcácer, Digne). Tak podecydował Lucho. Lucho już nie ma, zostały 123 miliony w sześciu piłkarzach. Rozważmy, do czego się jeszcze przydadzą.

Zaczynam od Cillessena nie dlatego, że to bramkarz. Moim zdaniem ze wszystkich zeszłorocznych zakupów Barçy był piłkarzem grającym najrówniej. Jego poziom też stanowił pozytywne zaskoczenie. W drużynie walczącej o najwyższe cele przewidywalność tego, co można spodziewać się po piłkarzu – ma istotne znaczenie. Co z tego, że Umtiti błyszczał całą jesień, kompletując zestaw XX kolejnych meczów bez porażki, skoro jak przyszły mecze prawdy z PSG, Juve i Realem to spalił się do gołych fundamentów? Holenderskiemu golkiperowi nie można nic takiego zarzucić. Nigdy nie popełnił błędu kosztującego zespół wynik lub utratę „momentu” meczu. Przegrany mecz z Alavés (liga) i remis z Atléti (puchar) stanowią moim zdaniem „zasługi” obrońców. Pozostałe 8 spotkań Cillessen skończył siedmioma zwycięstwami i jednym remisem, będąc nie raz aktywnym tych zwycięstw sprawcą. Łatwo wymienić jego zalety. Ma dobre statystyki bronionych strzałów, czujnie wychodzi na przedpolu, a chwytu z pewnością zazdrości mu pewien Kostarykańczyk. Tyle mówi się o wysokich wymaganiach Barçy wobec gry bramkarza nogami – Cillessen od pierwszego meczu wyglądał jak wychowanek Masii. Przy okazji pokazał ter Stegenowi, że można wejść do katalońskiej bramki nie robiąc z siebie klauna.

Uważam, że awersja do wyróżniania się na siłę jest dużym atutem byłego gracza Ajaksu. Uwielbiałem Pinto, ale trzeba powiedzieć, że gdyby w 2014 roku Barça miała drugiego bramkarza klasy Cillessena, zdobyłaby tytuł mistrza Hiszpanii. W pozytywnym sensie bywa w meczach niewidoczny, wywołany do tablicy wyciąga klasowe interwencje. Nie jest bramkarzem z topu, ale Valdés też nim nie był. Zauważyłem, że spokój i pewność Cillessena mają zbawczy wpływ na obrońców FCB. W drodze po Puchar Króla dodał kilka mocnych parad, które skutecznie reklamuje youtube. Niektórzy wytykają mu, że dla barw blaugrana grał tylko z mniej wymagającymi rywalami (choć drabinka z Bilbao, Sociedad i Atlético wymyka się tej krótkowzrocznej klasyfikacji). Przeciwko Juve i MU spisał się bez zarzutu. Dwukrotnie zachował czyste konto. Uważam, że przez 90 minut z Anglikami zapracował na miano gracza meczu. Po wszystkim, co zobaczyłem w jego grze odkąd trafił na Camp Nou, uważam, że kataloński klub ma na ławce bramkarza, który w razie potrzeby zrobi, co trzeba. A jeśli Valverde postanowi zmienić reguły między słupkami – zupełnie mnie to nie zdziwi. Superpuchar jest wystarczająco wcześnie, aby ter Stegena ominął. Potem – kto wie.

Byłem zwolennikiem sprowadzenia francuskiego stopera długo przed jego transferem. Pewnie dlatego po roku w Barcelonie w grze Umtitiego widzę tyle wad. Do jego zalet zdążyłem się już przyzwyczaić. Mój największy zarzut polega na tym, że jak na obrońcę o jego warunkach jest zbyt miękki. „Big Sam” to kawał chłopa, a jednak część jego pojedynków „jeden na jeden” wygląda jakby miał gabaryt Jordiego Alby. Co ostrzej grający rywale niepokojąco często mają sposób, jak przestawić, przepchnąć lub popchnąć Umtitiego. W zeszłym sezonie dwukrotnie widzieliśmy go zwijającego się z bólu po ciosach w grdykę. Nazwijcie mnie staroświeckim, ale kiedyś specami od takich zagrywek byli obrońcy. „Nieszkodliwość” Sama była szczególnie zauważalna w meczach z najsilniejszymi rywalami, przez co powinna być niepokojąca dla Barçy, skoro wiele osób uznaje go za pewniaka do składu w nowym sezonie. W strefie środkowej i własnym polu karnym za mało daje w powietrzu. Rzadko odbiera piłkę na wślizgu, jest w tym elemencie dość nieporadny. Jego podróże w pole karne rywali podczas rzutów rożnych są stratą energii. To wszystko zarzuty wobec kandydata na pierwszą jedenastkę faworyta Ligi Mistrzów. W charakterze stopera nr 3 Umtiti może dojrzewać do pierwszej „11” kolejny rok lub dwa – tylko drużyna nie bardzo ma czas czekać.

Barcelona ma już jednego środkowego obrońcę-dżentelmena, nazywa się Gerard Piqué. Moim zdaniem Samuel Umtiti musi nauczyć się grać agresywniej i sprytniej, bo w styczniu ustąpi miejsca w składzie Yerry’emu Minie [LINK]. A do tego czasu w dużych meczach poproszę stabilniejszego przeciw silnym klubom Mascherano. Myśląc o twardości, odporności obrońców Barçy – systematycznie zanikającej po Márquezie, Puyolu i Abidalu jak nieużywane mięśnie – to doprawdy świetna wiadomość, że nowym trenerem jest Ernesto Valverde. Jego Bilbao umiało grać z nożem w zębach.

Nigdy nie miałem wobec Lucasa Digne’a większych oczekiwań niż do jego poprzednika Adriano. A więcej niż parę razy Francuz pozytywnie mnie zaskoczył. W przeciwieństwie do Denisa Suáreza, nie robiło mu różnicy, czy od poprzedniego występu minęły trzy dni czy trzy tygodnie. W przypadku rezerwowego to ważna zaleta. Fakt, Digne mógłby lepiej bronić, ale boczni obrońcy typu „krawaty wiążę, usuwam ciąże” kosztują dziś 40 milionów w górę. Odnośnie ataku, jakoś dziwnie mi mówić o liczbach Digne’a. Spokojnie mógł mieć z pięć asyst więcej, gdyby Neymar tak jawnie nie ignorował jego aktywności w ofensywie. Może na którymś treningu Francuz zażartował o Rafaelli. Digne spełnia swoją funkcję i niech tak zostanie.

Denis Suárez miał całkiem porządne wejście do drużyny. Szarpnął kilka razy z ławki, błysnął asystą z Celtą. Im dłużej trwał sezon, tym większą stratą robiła się jego dwumilionowa pensja. Wszystkie zapowiedzi przydatności Denisa z jesieni wiosną zmieniły się w pył. Nominalnie otrzymał niewiele szans od pierwszej minuty, ale wystarczająco, by dostrzec, że na FC Barcelonę jest za słaby. Jeśli potrzeba dalszych argumentów, końcowym niech będzie strata miejsca w składzie na mistrzostwach młodzieżowców. Kurtyna. Denis powinien odejść z klubu. Jeśli zostanie, otrzyma resztki resztek.

Skoro było już o dwóch ze startem lepszym od finiszu i dwóch z cyklu „wystarczająco dobrze” – czas na piłkarzy, którzy w trakcie rozgrywek zaczęli rokować, choć mimo postępów dla wielu obserwatorów dalej mogą podchodzić pod kategorię „rozczarowań” (także z powodu ceny). Zacznę od Alcácera, który jest jednoznacznie pozytywną postacią drugiej połowy sezonu. Wyraźnie usztywniony po przyjściu do klubu „na ostatnią chwilę” i bez okresu przygotowawczego, Paco z czasem odnalazł się w systemie gry drużyny. W rundzie wiosennej były gole, były asysty. Było dobrze. Delegowanie go do gry od pierwszej minuty w „Klasyku” nie wzbudziło protestów – piłkarz zwyczajnie zasłużył na to swoją grą. Co więcej, spisał się na plus, bez chwili oddechu pressując Madryt i pomagając w obronie. Idealne w tempo odegranie do Neymara z gatunku 60% gola w przedsezonowej potyczce z Juventusem wskazuje, że były gracz Valencii nie traci dobrej dyspozycji. Podtrzymuję opinię sprzed roku brzmiącą jeszcze niedawno obłąkańczo, że transferem tego gracza Barça załatwiła sobie najlepszego następcę 30-letniego Luisa Suáreza; następcę niezupełnie „1:1”, bo Urugwajczyk to goleador, a Alcácer lubi uczestniczyć w rozprowadzeniu akcji i momentami bywa zbyt altruistyczny – ale na dystansie jego pobytu w klubie coraz lepiej czującego sposób gry Barcelony.

André Gomes – piłkarz wyjątkowy. Choćby z tego powodu, że na tle wszystkich Busquetsów, Denisów i Rakiticiów potrafi zdecydowanie zaatakować rywala z piłką w strefie środkowej. Po barcelońsku jest się przyglądać i przegrać mecz zamiast wpakować się komuś w nogi i dostać kartkę, więc postawa Gomesa jest wyraźną – i potrzebną – odmianą. Mistrz Europy (ejjj, to prawda…) nie ma co prawda immunitetu Casemiro na czerwone kartki, ale umie inteligentnie zarządzać swoją grą po otrzymaniu upomnienia. Gdy dodać do tego lepsze po marcu zrozumienie rytmu gry kolegów, można mówić o rosnącej przydatności Portugalczyka dla zespołu. W trakcie sezonu wyrobił szybsze reakcje w ustawieniu i podaniu. Mój moment „przełączenia” opinii o tym piłkarzu to pierwszy mecz z Juventusem. Wtedy pierwszy raz po trafieniu do Barçy był dla mnie piłkarzem lepszym niż gorszym.

Mimo zaakcentowania wyraźnej poprawy w różnych aspektach jego gry, to wciąż nie jest piłkarz wart zapłaconych za niego pieniędzy. Zakończenie sezonu w jego wykonaniu powinno jednak stanowić dla barcelonizmu interesującą perspektywę: może kiedyś będzie.

Udostępnij:

Komentarze (47)

Gorące tematy