Następny mecz:  Barcelona  -  Deportivo     ·  Niedziela, 17 grudnia 20:45  ·  16. kolejka La Liga   ·  Transmisja: Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

15 dni z FCBarca.com. Wywiad: CHALLENGER

 28 października 2017, 23:15

 Redakcja

 23 komentarze

Na co dzień znacie nas jako nicki nad tekstem. A może i one są Wam obce – w końcu to treść jest ważna, nie autor. Niektórzy z nas, choć pracują dla portalu codziennie, pozostają całkowicie niewidoczni. 15 lat serwisu FCBarca.com to dla nas okazja, by się Wam przedstawić. Przybliżyć naszą pracę, nieznane oblicze portalu, a także nas samych: Redakcję FCBarca.com.

Zapraszamy na rozmowę z Karolem Chowańskim, lepiej znanym jako Challenger, publicystą i redaktorem FCBarca.com.

Eoren: Zaczynając od początków: jak, kiedy i dlaczego trafiłeś do Redakcji?
Challenger: Pisanie zawsze szło mi swobodnie. Miałem inne cele niż zostanie dziennikarzem, ale oprócz sfery zawodowej warto mieć inne zajęcia. Pierwsze moje felietony pojawiły się na FCBarca.com wiosną 2009 roku. Dawne czasy, Ice był wtedy mistrzem zapowiedzi, to Michael Buffer FCBarca.com. Jako czytelnik ceniłem serwis za przekrój informacji i profesjonalizm. Brakowało mi stałej kolumny komentującej bieżące tematy. Byłem pewien, że artykuły dobrze się przyjmą. Miałem swoje opinie i było o czym pisać. Pierwszy sezon Guardioli, Barça łapiąca „lekką” falę. Skontaktowałem się z Redakcją, tak się zaczęło. Licznik wynosi 174 i bije dalej. Zachęcam, żeby iść za swoimi zainteresowaniami, mieć sferę, w której robisz to, co lubisz. Życie jest wtedy ciekawsze.

Jak wyglądała ewolucja Twojej drogi w serwisie?
Obok felietonów przez kilka lat wystawiałem pomeczowe oceny. Rewelacyjne doświadczenie. Musisz obserwować każdego z piłkarzy, patrzysz peryferyjnie. To zmienia całe Twoje postrzeganie piłki nożnej. Nie mam na myśli oglądania spotkań po trzy razy, wtórne i szkoda czasu. Mówię o poznawaniu nowych warstw, wymiarów gry. Pierwszym planem meczu zawsze jest piłka i to, co wokół niej, ale czasem wynik decyduje się na drugim lub trzecim planie. Oceniając zawodników, musisz umieć wyłapać wszystkie czynniki przewagi. To przychodzi z czasem, z wprawą. Coś klika i zyskujesz inną perspektywę. Niby to spektakl z 22 aktorami, ale według mnie każdy mecz zawiera spektakle równoległe, grane solo lub w podgrupach na kilku, złączonych z sobą, scenach. Ocenianie piłkarzy to wyzwanie i szczerze wyczerpująca robota, która uczy dostrzegać piłkarskie imponderabilia, „mecze w meczu”, jak to nazywałem. Nie interesuje mnie opinia kogoś, kto wziął na mecz statystyki, ale nie zabrał oczu. Nawet zaawansowane dane obejmują tylko wycinek meczowej rzeczywistości, co wie każdy, kto grał, choćby na podwórku. Nie zastąpią umiejętności czytania, czucia gry. Masz to albo nie. Czemu leniwy pressing „9-ki” wpędza w tarapaty trzyosobową pomoc? Czym grozi zbyt wysokie ustawienie linii stoperów? Jak ważny przy rosnącej dynamice gry jest skuteczny kontrpressing? To fajne uczucie, gdy z gry lewego obrońcy wiesz, że jego stroną padnie gol, zanim do tego dojdzie. Oceny okazały się dla mnie kursem piłkarskiej taktyki, poziom zaawansowany. Zresztą sądzę, że to taka sama dziedzina wiedzy, jak rachunkowość czy socjologia – z kanonicznymi zasadami, wykładowcami w rodzaju Jonathana Wilsona, materiałami z portali statystycznych, mnogością interpretacji i wysiłkiem włożonym w uzupełnianie wiedzy. Obecny zespół oceniający robi świetną robotę, należy to doceniać.

Inną fantastyczną sprawą podczas mojej pracy w Redakcji było uczestniczenie w tłumaczeniu felietonów Johana Cruyffa z El Periódico. Łatwo znaleźć je w redakcyjnej wyszukiwarce po frazie „Okiem Johana Cruyffa”. W naszym duecie moim zadaniem była obróbka tłumaczenia. Miałem do dyspozycji tekst polski, źródłowy i słownik. Doświadczenie w felietonach pomogło mi we wczuciu się w specyficzny język Cruyffa – zagadkę dla najlepszych iberystów. „Boski” miał nietypowy styl mówienia o grze w języku ojczystym, a co dopiero operując kastylijskim. Mówił płynnie, ale po swojemu, taki urok geniuszy. Za czasów trenowania Barçy prezentował wielki talent do tworzenia piłkarskich neologizmów. Miesiącami powtarzano je później w hiszpańskiej prasie. Praca przy jego artykułach, wgryzanie się w każde zdanie, rozstrzyganie, „co autor miał na myśli”, pozwoliło mi z unikatowej strony poznać sposób myślenia o piłce jednej z najważniejszych osób w historii dyscypliny, ikony tego klubu. Wyjątkowa, niezapomniana sprawa… Jeśli czyta to Majik, to bardzo mocno pozdrawiam. Nasza współpraca była przyjemnością, zawsze wielki profesjonalizm.

Mam też dużo satysfakcji ze wszystkich rozmów z cyklu „Wywiad FCBarca.com”. Taki kontent współtworzy wizerunek portalu. Jakiś czas zajmowałem się działem koszykówki. Poza tym na różnych etapach mojej przygody z Redakcją byłem zaangażowany w rzeczy, które nie zawsze widać na stronie. Wspomnę tylko, że dużo redakcyjnej publicystyki przeszło przez moją korektę. Obserwowanie rozwoju innych autorów sprawiało tyle samo frajdy, co publikacja własnych tekstów.

Najlepsze i najgorsze w pracy publicysty?
„Najlepsze”, gdy ktoś nazywa Twoją działalność opiniotwórczą. Poza tym to trudne zajęcie. Nie dla każdego. W dobrym felietonie chodzi o interesujące opinie, które po pierwsze masz, a po drugie umiesz logicznie wyprowadzić. Choć dostrzegam dowody uznania i bardzo je doceniam, to, prawdę mówiąc, wolę, gdy Czytelnik ma inne wnioski od moich. Mam wtedy okazję dowiedzieć się czegoś, czego nie wiem. Spojrzeć pod nowym kątem.

Wad nie stwierdzono. Lubię wyzwania, poza aluzją do wozu z lat 70. i filmu „Znikający punkt” nick też to oddaje. Najważniejsze jest znalezienie swojego stylu. Esencję publicystyki stanowi teza. Jako coś zaskakującego, ciekawego, nie: monopolizowanie prawdy. „Jak?”, „dlaczego?”, „czy to optymalne wyjście?” – to są kwestie, którymi jestem zainteresowany, kiedy siadam do nowego artykułu. Publicystyka deskrypcyjna służy popularyzowaniu wiedzy, ale nie odkrywa niczego nowego. Pisanie o tym, co wszyscy widzieli, mogą sobie odgrzać na youtubie albo znaleźć w angielskiej Wikipedii, nie jest dla mnie atrakcyjne, nieważne jakim dostarczone językiem. Umiem to robić, częściej zajmuję się czym innym. Z moimi wnioskami można się zgadzać lub nie, ale sadzam je na porządnych fundamentach, oferując uprzejme zaproszenie do własnych przemyśleń na dany temat.

Lubię bawić się językiem, formą, strukturą tekstu. Po Manicie wrzuciłem tekst z chyba 60 hiperlinkami. Jeden z artykułów o Keicie ująłem w konwencję reportażu. Szukanie źródeł określenia „culé” stanowiło ekscytujące śledztwo. Czasem dorzucam odniesienia do popkultury i otoczenia. Innymi razy jest tylko o piłce. Przydatne, jak wyhodujesz trochę grubej skóry i dystansu do tego, co piszesz. Wyrażając opinię w internecie, kładziesz kark pod pręgierz [uśmiech]. Trzeba umieć to sobie poukładać.

Co cenisz w pracy w Redakcji?
FCBarca.com to najlepsza kibicowska strona piłkarska w Polsce. Poziom tekstów, dobór tematów, szata graficzna, funkcjonalności dla Użytkowników – jesteśmy punktem odniesienia dla innych. Jakością publikacji przewyższamy kilka znanych redakcji zawodowych. W branży dziennikarstwa sportowego każdy w kraju zna FCBarca.com i mówię to na podstawie własnych rozmów z dziennikarzami. Pewni komentatorzy słowo w słowo cytują nasze artykuły na wizji. Nie mam na myśli newsów źródłowych z hiszpańskich mediów, bo umiem to odróżnić. Oficjalnie nikt tego nie potwierdzi, co innego w bezpośredniej rozmowie… Bycie częścią tej Redakcji to satysfakcja.

Czy jesteś zadowolony z obecnej częstotliwości swoich artykułów?
Nie jestem. Chciałbym mieć czas, by pojawiały się częściej, jednak z biegiem lat go ubywa i nie chce być odwrotnie, przynajmniej w moim przypadku. To powiedziawszy, jestem zadowolony, że nawet przy tej częstotliwości mam dalszy udział w budowaniu marki FCBarca.com, współtworząc różnorodność strony, za którą tak cenią nas Czytelnicy. Moje felietony ukazują się rzadziej niż kiedyś, ale reakcje na każdy z nich dowodzą, że warto pisać kolejne.

Poza meczami Barçy częściej sięgasz po Premier League niż ligę hiszpańską. Z jakich powodów?
Interesuje mnie tylko piłka w najlepszym wydaniu. Długie fragmenty spotkań innych ekip La Liga niż ścisła czołówka to muł i wodorosty. Strata mojego czasu. Znam inne pomysły na wieczór niż mecz i zamiast smutnego antyszlagieru wolę produkt najwyższej jakości: Liga Mistrzów, Anglia, Bayern-BVB. Z Premier League pochodzi największa liczba klubów, które zdobyły Puchar Europy. United, Chelsea, City, Arsenal mają kadry wypakowane najlepszymi piłkarzami świata, a pozostałe ekipy zawsze potrafią zaskoczyć. Logiczne, że taki zestaw daje show. Ostatnimi laty tylko u siebie, ale to konsekwencja różnych czynników. Premiership ma najwyższe zaawansowanie taktyczne. Hiszpania wygrywa techniką, oczywiście – jednak poniżej III miejsca to liga dziurawej i mało wyrafinowanej obrony. Co jakiś czas oglądam Atlético i cieszę się z odrodzenia Valencii, lecz generalnie z La Liga wolę skróty. W Anglii wolę mecze.

Xavi, Guardiola, Busquets, Umtiti… Część Czytelników ma za złe Twoim artykułom, że potrafisz bezpardonowo skrytykować najświętszą ikonę klubu. Lubisz prowokować?
To może tak wyglądać. Chodzi o coś innego. Uważam, że skoro krytykuję otwartym tekstem inne kluby i piłkarzy, bo taki przywilej felietonisty, to byłbym niewiarygodny dla Czytelnika, stosując inne kryteria dla ludzi Barçy. Kwestia konsekwencji. „Oszczędzając” Barcelonę, nigdy nie napisałbym „Ángel dive Maria”, jakim prawem? Poza tym, gdy drużyna przegrywa, to z konkretnych powodów. Czasem musi być gorzko. Nie zajmuję się pomnikami. Oczekuje tego ode mnie część Czytelników, ale to nie ten adres. Podejmując się analiz, poruszam również tematy niepopularne, grząskie, problematyczne, bo: 1) trzeba 2) mogę 3) stanowią istotny element bordowo-granatowego krajobrazu. Pełen pakiet, nawet, kiedy boli. Bez tego mój dział byłby autem z trzema kołami. Na którejś przejażdżce ktoś by się w końcu zorientował. Nie szanuję autorów nakładających sobie kaganiec gdy im wygodnie, nigdy nie chciałem tak pisać. Żadna moja „kontrowersja” nie była bezpodstawna. Każdy czuje absurd komentarzy Xaviego, błędy taktyczne Pepa, zjazd formy Piqué, mankamenty ustawienia Umtitiego… Każdy poza kibicem Barçy. Jestem uczciwy, a skoro tak, to najbardziej wobec „naszych”. Między innymi w tym leży popularność moich artykułów.

Patrząc na ostatnie lata, żałujesz odejścia jakichś piłkarzy z Camp Nou?
Jednego. Ibrahimovicia. Byłem kiedyś w Rosengård, dzielnicy Malmö, z której pochodzi. Nie polecam zaglądać tam bez kogoś lokalnego. Rodzice-imigranci z Bałkanów, straumatyzowani wojną, ojciec uciekający w alkohol. Szwecja dała Zlatanowi wszystko. On o tym wie. To wielki szwedzki patriota. Widać to w wywiadach, filmach. „Jestem dumny z bycia Szwedem. Jestem dumny z bycia kapitanem reprezentacji Szwecji. Dlatego na boisku daję dla niej wszystko” (gazeta „Dagens Industri”, 2015). Swoją „szwedzkość” wyraził też w reklamówkach Volvo „Made by Sweden”. Jego singiel z hymnem miał w rok 3 mln pobrań, rekord dla hymnu dowolnego kraju. W kontraście do Cristiano w Portugalii, wszyscy w Szwecji szanują Zlatana… I ten dumny bałkański Szwed po przyjściu do Barcelony rezygnuje z gry w kadrze! Był gotów dać wszystko Camp Nou, jak dawał z siebie wszystko szwedzkim barwom. A Barça go wypluła. Wyrzuciła do toalety i spuściła wodę. Nie tylko Guardiola, dyrektorzy także, klub jako całość. Mógł zostać nowym Eto'o, gdyby było dla niego więcej wsparcia, ludzkiej przyzwoitości: ulepionym z innej gliny niż absolwenci Masii, ale przydatnym dla zespołu, dającym opcje taktyczne. Gdyby Ibra dłużej grał na Camp Nou... Uwielbiałem jego grę wzajemną z Leo, to bzdura, że jej nie było. Że nie dało się połączyć ich na boisku? Jasne, a Coldplay to zespół rockowy. Stanowili idealny duet napastników mały-duży. Prosta modyfikacja na 4-1-3-2 i voilà. Kwestia woli i wizji taktycznej. Barça z Ibrą miałaby więcej tytułów. Mógł zostać na wiele lat. Wystarczyło trochę zaufania. Odmówiono mu go, zrobiono Eni Aluko FC Barcelony. Każdej „klęsce transferowej” życzę takich cyfr jak jego w Katalonii.

Nie wracam do goli Villi, Pedro, Suáreza. Ney miał ze trzy godne wspominania. Warto wracać do barcelońskich trafień, asyst, zagrań Ibry. Jeden z artystów. FC Barcelona jest dla nich środowiskiem naturalnym. Zawsze głosował potem na Leo w plebiscycie „Złotego Balona”. To mówi o nim jako człowieku więcej niż wszystkie docinki w stronę Guardioli.

Czy jest trener, z którym mógłbyś pracować?
José Mourinho. Choć zwyczajem dawnym powinni uciąć mu palec. Cenię jego wywiady. Zna się na marketingu, ekonomii, zarządzaniu. To nie typ futbolowego nerda jak Benítez, dogmatyk Pep ani Klopp, Emmett Brown futbolu. Charyzmy Mourinho nie upchniesz w bagażu podręcznym.

Gdy dyryguje, inni tańczą. Taktycznie długo był na szczycie. To szkodliwe dla piszczeli Messiego, ale pożyteczne dla klubu, gdzie pracuje. Wygląda na szczerego pasjonata piłki, nie powiem tego o wielu trenerach. Odrzucony przez Barçę, wrogi jej na śmierć. Postać jak z „Hamleta”. Jego ostatnie upadki mnie fascynują. Mimo wyniku ze Spurs United w słynnym „drugim roku José” dalej nie są ekipą na miarę mistrzostwa. Może z nim na ławce już nigdy nie będą? Latem byli moim faworytem do tytułu, ale przestali być. Patent Mou na ten sezon to bicie słabych i murowanie się z „top 4”. City wszystkich leje po równo, Tottenham świetnie broni, a Mou ma problem, co z bezradną szczerością przyznał po meczu z Liverpoolem. Zmienił się. Według mnie do dziś liże rany po sprawie Evy Carneiro. Walka z całym światem wyczerpuje, a bez niej jest gorszym trenerem. Myślę, że wszystkie jego zwycięstwa w LM już widzieliśmy. Mimo to, praca w jego sztabie musi być wyjątkowa, z kategorii przeżyć do opowiadania wnukom. Jak opieka dziećmi Messich, praca dla „Bodega Iniesta” czy bycie ogrodnikiem Xaviego.

Masz ulubionych komentatorów?
Jacek Laskowski, Przemek Rudzki, Marcin Rosłoń. W idealnym świecie każdy kraj miałby swego Ray’a Hudsona. Najlepszy towarzysz trafień Messiego.

Oglądasz każdy mecz Barcelony?
Według mnie to przejaw fanatyzmu. A fanatyków unikam. Jeśli pojawia się ciekawszy pomysł na wieczór, koncert, trening, spotkanie z przyjaciółmi – żaden problem. Zawsze mogę nagrać mecz na dekoderze. W razie co wystarczają skróty. Patrząc uważnie, w pięciominutowym filmiku też można wyłapać decydujące aspekty meczu.

Dlaczego zacząłeś kibicować Barcelonie?
Przez Holendrów. Podejście, że jeśli mecz, to tylko w wykonaniu najlepszych, miałem od dziecka. Tych innych miałem w klasie i w lustrze. Oglądanie polskich klubów mnie nie interesowało. Wcześnie odkryłem, że uprawiają inną dyscyplinę sportu. Odkrycie aktualne do dziś. W latach 90. kontakt z dużą piłką ograniczały realia. Mecze były częściej na moim osiedlu niż w telewizji. Na turniejach, odkąd pamiętam, kibicowałem Holandii. Finezja, piłkarskie delicje, zachwycały mnie głębiej i trwalej niż catenaccio. Podobnie w malarstwie, wolę impresjonizm niż surowy kubizm. Siłą rzeczy moją pierwszą sympatią klubową był Ajax.

Potem odkryłem Barçę, też miała otwarty styl gry. Przez jakiś czas miałem ją obok Ajaksu i Arsenalu w „ulubionych”, dobrze pamiętam sezon Ronaldo. Przełom stanowił holenderski zaciąg latem 1998 roku. Do towarzystwa szczęce Michaela Reizigera sprowadzono na Camp Nou Kluiverta, Cocu, Zendena i de Boerów. Nie miałem wyboru. W 2000 doszedł Overmars, wtedy jeden z moich ulubionych piłkarzy. FC Barcelona objęła prowadzenie na mojej liście faworytów.

Jak to w związkach czy pracy, co przyciągnęło mnie do FCB, wkrótce przestało być istotne. Nie znosiłem Van Gaala. Jego rodacy rozczarowywali. „Moimi” piłkarzami szybko zostali inni: Abelardo, Sergi Barjuán, Rivaldo, Figo, Xavi, Puyol, Ronaldinho, Deco, Iniesta, Márquez. Z czasem poznałem historię klubu, zainteresowałem się Katalonią i Hiszpanią. Wcześnie nabrałem dużego uznania dla pojęcia „więcej niż klubu”. Dalej pozostaje aktualne na wielu płaszczyznach, które się dla mnie liczą. Ajax w międzyczasie przegrał z globalizacją. Gdyby Barça nie istniała, zostałby mi Arsenal. To byłoby dość przykre, Nick Hornby już wyjaśnił, dlaczego. Świat bez Dumy Katalonii byłby gorszym miejscem.

Najważniejsze wspomnienie związane z Barçą?
To raczej kompilacja wspomnień, jakiej nie ma na youtubie: madrycki hołd Ronaldinho, waleczność Puyola, finał z Arsenalem, 3:3 z Realem, pierwsza wizyta na Camp Nou, zwiedzanie Bernabéu w koszulce Barçy, spotkania redakcyjne, PepTeam.

Ważniejsze od doznań sportowych jest dla mnie, co Barça dała mi na innych płaszczyznach. Podczas studiów i Erasmusa spotkałem wielu obcokrajowców. Dla Włocha, Greka czy Hiszpana futbol jest jak religia. Dzięki temu mogłem ich lepiej poznać. Wiedziałem swoje o piłce, oni tak samo – okazji do rozmów nie brakowało. Z niektórymi do dziś jesteśmy przyjaciółmi. Po futbolu zostałem miłośnikiem hiszpańskiej kuchni, krajobrazów, kina, muzyki, brzmienia języka, sposobu bycia. W całym kraju piłka to najlepszy icebreaker, nawet jak trzymasz „z tą wstrętną Barceloną”. Piłką żyje każdy bar. Kocham je za klimat i ludzi, jakich tam spotkasz. Poza tym z moich doświadczeń Hiszpanie i Polacy mają ze sobą mnóstwo wspólnego. Przekonałem się o tym na wielu, także zaskakujących, płaszczyznach.

Są na ten temat sprzeczne opinie. Jesteś antymadridistą?
Nie. Życzę im jak najlepiej, ale zawsze za plecami Barcelony. Jak wiadomo, ostatnio jest trochę na odwrót. Tylko śledząc mecze Realu dowiesz się, dlaczego. Oglądam je regularnie, bo to potrzebne mi do artykułów, ale cenię też elementy ich gry. Historia klubu jest równie fascynująca, co historia Barçy. Real ma „mental”, jakiego nie ma żadna drużyna na świecie. Nie wyobrażam sobie kibicować FC Barcelonie bez szacunku dla osiągnięć Madrytu. Możemy polemizować o metodach osiągania części z nich, ale to osobna sprawa. Pod pewnymi względami Real jest wzorem dla wszystkich w grze. Walczą do końca, z wielkim poświęceniem. To mistrzowie kontry. Transferów. Odkąd Puyol skończył karierę, ich obrona jest dużo szczelniejsza od Barçy. To nigdy nie był i nie będzie Real Cristiano. To Real Ramosa. Trybuny gwiżdżą na Ronaldo, bo mają do tego powody. Nikt na Bernabéu nigdy nie gwizdnie na Ramosa. On i Marcelo utożsamiają wszystko, po co ludzie chodzą na ten stadion.

Bycie hejterem kogoś czy czegoś jest łatwe, ale mnie nie interesuje. Znam sporo Hiszpanów-fanów Realu, w tym rodowitych madrytczyków. Rozumiem, za co kochają ten klub. Jestem kibicem piłki, nie ekstremistą. Krytyka, jeśli uzasadniona, to zupełnie co innego.

Kim jest Karol Chowański na co dzień?
To wbrew obecnej modzie, ale wolę rozmawiać wprost zamiast mówić o innych za ich plecami.

Zainteresowania poza piłką nożną?
Klasyczna motoryzacja, film, MSG, marketing miejsc, ostatnio kultura Japonii. W mniejszym stężeniu: historia, tenis i żużel. Uwielbiam podróże, dalsze i bliższe. Polska, podobnie jak Hiszpania, ma wiele wspaniałych zakątków. Dobrze się czuję na torze kartingowym i w filharmonii. Wolę życie off- niż online.

Możesz wybrać tylko jedno. Futbol czy stare samochody?
Pamiętam to pytanie z mojego pierwszego spotkania redakcyjnego. Nieświadomie wywołałem sensację, ale nic się w tej kwestii nie zmieniło: klasyczne auta. Cyfr i liter nauczyłem się z rejestracji.

FCBarca to dla mnie…?
Grono dobrych znajomych, których łączy més que wspólne hobby.

Udostępnij:

Komentarze (23)

Gorące tematy