Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Błędy

 9 maja 2009, 14:37

 Karol Chowański 'Challenger'

 79 komentarzy

FC Barcelona-Chelsea FC, Chelsea FC-FC Barcelona. Półfinał Ligi Mistrzów. Brzydki półfinał. Nienadający się za bardzo do promocji wzniosłych idei fair play. Pełen walki. Kopaniny. Antyfutbolu. Nieskładnych akcji. Dwumecz, który powinna wygrać silniejsza fizycznie Chelsea. Tyle, że odpadła. Dwumecz, którego nie wygrała Barca. Bo Barça rewanż w Londynie przegrała...

Azulgrana poległa w drugim meczu półfinału na Stamford w głównej mierze przez Josepa Guardiolę. Niestety, brak doświadczenia trenera FCB objawił się w najgorszym momencie sezonu - w kluczowym meczu dla losów krucjaty po trzy trofea nie podołał mister presji i oczekiwaniom. Od czasu do czasu dostrzec można jego niechęć do decyzji, no właśnie, jakich... nie: odważnych, lecz chyba oczywistych, skoro notorycznie nie daje szans Hlebowi na nominalnej dla niego pozycji środkowego pomocnika, a Bojana wprowadza na zmiany najczęściej około 84. minuty. W każdym razie, wobec zadeklarowanego na rewanż z Chelsea składu postępowanie trenera wobec Białorusina czy jego polityka zmian to doprawdy detale. Bo szereg nietrafionych decyzji personalnych Pepa zaważył na koszmarnym dla wszystkich culés wyniku na Stamford Bridge, znacznie ograniczył pole manewru w ataku i wcale nie uchronił drużyny przed stratą bramki. Desygnowana przez Guardiolę w Londynie jedenastka i podjęte w ciągu meczu decyzje (czyli ich brak), sprawiają, że nie można tu mówić o jednym nietrafionym wyborze. On nie zdecydowałby o losach spotkania rewanżowego w takim stopniu.

Błędy. Pluralis.

Naturalnym wyborem wobec absencji Carlesa Puyola i Rafaela Márqueza, wydawało się przesunięcie na lewy środek obrony Érica Abidala. Niejednokrotnie grywał na tej pozycji w reprezentacji; biorąc pod uwagę charakterystykę tej pozycji, warunki fizyczne Francuza również nie pozostawiają wiele do życzenia. Powstawałaby co prawda luka na lewej obronie, więc równie zrozumiałą decyzją byłoby wystawienie Brazylijczyka Sylvinho. Swoimi występami na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy udowodnił, że jest wartościowym zmiennikiem, pewnym w swoich poczynaniach i absolutnie nie odstającym poziomem od swoich kolegów z formacji obronnej FCB. Chętne włączanie się w akcje ofensywne zespołu oraz nieprzeciętna waleczność pozwalałyby ze spokojem oczekiwać pierwszego gwizdka. Choć byłemu graczowi Arsenalu i Celty nie starcza zazwyczaj sił na pełne 90 minut (zawsze mógłby zostać zmieniony w późniejszej fazie spotkania), okazane w ten sposób zaufanie trenera mogłoby wyzwolić w zawodniku znaczną motywację i dodatkowe siły... Ponadto, Sylvio Mendes potrafi mocno uderzyć z dystansu, co tworzyłoby wartość dodaną w ofensywie.

Kadrowy dobór wyjściowej jedenastki wyglądałby wówczas następująco: Valdés, Alves, Piqué, Abidal, Sylvinho, Touré, Keita, Xavi i z przodu Messi, Eto'o, Iniesta. Ale, jak było widać, najprostsze wybory nie zawsze otrzymują zielone światło.

Bo tymczasem na środku obrony ujrzałem w środę Touré, zaś w pomocy realizator zaanonsował parę Busquets-Keita. Biorąc pod uwagę ostatnie występy Sergiego, jego obecność w wyjściowej jedenastce kluczowego meczu sezonu, reakcja wielu kibiców Dumy Katalonii musiała, po prostu musiała i tyle - wyrazić się licznymi wielce nieparlamentarnymi słowy. Barcelońskie hołubienie wychowanków (tym bardziej: katalońskich) to fakt znany; wiadomo, że jest jednym z kluczowych elementów długofalowej strategii Klubu silnie stanowiącym o jego tożsamości. Ale podobne decyzje kadrowe raczej nie powinny mieć miejsca, skoro ryzykuje się finałem Ligi Mistrzów...

Każdy kto zadał sobie trud spodziewania się, co wniesie do gry Sergi Busquets, nie pomylił się. Nie wniósł nic. Wystawienie przez Guardiolę na środku obrony Yaya Touré stało się głównym czynnikiem sprawczym zdominowania meczu, a szczególnie środka pola przez Chelsea. Ballack, Essien, Lampard i Florent "mam super przypałową fryzurę" Malouda kilkakrotnie ośmieszyli Busquetsa, którego postawy w tym spotkaniu, mimo pamiętania o metryce i całej sympatii dla jego nie kwestiowanego talentu, nie sposób określić inaczej niż statysta. Truizmem byłoby powiedzenie, że obserwowanie nieporadności wychowanka Barçy było wybitnie frustrujące. Bez wchodzenia w szczegóły i dalszego rozwodzenia się nad jego postawą wydaje się, że Guardiola był tego wieczora jedyną osobą na Stamford Bridge niedostrzegającą bezproduktywności Busquetsa wobec wydarzeń na boisku, skoro trzymał Sergiego aż do 85. minuty... Z przykrością trzeba stwierdzić, że tego wieczora Busquets znalazł się w pierwszym składzie. Błędem wtórnym było trzymanie go aż 85 minut na placu gry.

Niestety, również daleki od optymalnej dyspozycji był Keita, który tym razem nie wnosił do gry (zarówno w defensywie, jak i ofensywie) tyle, ile grający zazwyczaj na tej pozycji reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej. Widać, że Malijczykowi lepiej gra się w parze z Touré, niż z Busquetsem - i również z tego punktu widzenia decyzje personalne podjęte przez Pepa wydają się co najmniej zaskakujące.

Także Barcelona przegrała ten mecz przez swego trenera. Paradoksalnie. Przegrała przez brak zmian (Bojan wszedł dopiero na minuty przed końcem - nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu, że żaden zawodnik nie "wchodzi w mecz" od razu; szczególnie w "taki" mecz). Przegrała przez skuteczną grę Chelsea. Czyli twardą obronę, efektywny pressing, apoteozę antyfutbolu, przerywanie co drugiej akcji faulem, kopiącego po kostkach Ballacka i brak ewidentnego karnego do spółki z czerwoną kartką dla Niemca na Camp Nou. Sędzia pozwolił, więc Chelsea dążyła do celu wszystkimi dostępnymi środkami. Taki już Chelsea ma "styl".

Przegrała przez własną indolencję - trudniej zdobywać bramki, gdy przez pełne 90 minut nie trafia się w światło bramki. Choćby raz. Na 13 prób.
Przegrała przez Daniego Alvesa, który znów urządził sobie polowanie na kibiców. Chyba każdemu na jego miejscu nadal wykonywać wolne byłoby zwyczajnie wstyd... Przegrała przez pecha. W postaci nieprzeciętnie fartownej bomby Essiena. Po akcji, w której nie było zbyt wiele inwencji, zamysłu i pomysłu. Nie było też asysty, a był błąd obrony (czemu piłki nie wybito Lampardowi?), rykoszet (zdarza się), spontaniczny strzał "prawie z niczego" (choć reprezentantowi Ghany naprawdę oddać trzeba słowa uznania za kunszt, refleks i precyzję - strzał nie do obrony) i poprzeczka (nie można mieć pretensji do Valdésa). I Chelsea objęła prowadzenie w sposób banalnie prosty, nie odkrywając się nawet na sekundę - w czym tkwić miała szansa i koncepcja Barcelony.

Przegrała też przez Toma Henninga Ovrebo - który, choć mylił się na korzyść i niekorzyść obu drużyn, to z czerwoną kartką pod prysznic odesłał Abidala. Mimo że bliżej niż faulu było w tej sytuacji raczej do oscarowej roli Anelki. A ciężko gra się przeciwko mistrzom defensywy i przeszkadzania w grze, z 0:1 w plecaku i dziesiątką graczy na boisku. Zabawnym jest, że równocześnie, dzięki kilku kontrowersyjnym decyzjom sędziego w drugą stronę, Chelsea nie powiększyła przewagi. Przegrała z kretesem. Przegrała w regulaminowym czasie gry...

Bo po 90. minucie stał się cud. Parafrazując Larry'ego Birda, cud zstąpił na ziemię przebrany za Andrésa Iniestę. Bo każdy popełnia błędy. Essien też. I do Rzymu jedzie drużyna Guardioli, który po tym meczu na pewno jest lepszym trenerem, szczerze w to wierzę.

To niesamowite. Obserwować drużynę, która "wygrywa" (bo ten remis to przecież wygrana, skoro 1:1 na wyjeździe ma taki sam efekt jak stan 0:1:) bez względu na wszystko. Bez względu na demotywujący przebieg dwumeczu, o którego obliczu rzutowały krzywdzące Barçę błędy i niedopatrzenia sędziów. Bez względu na pomyłki i wyjątkową tego wieczoru bierność przy linii własnego trenera. Kontuzje i wykartkowanie kluczowych graczy. Eksperymentalne zestawienie obrony i defensywne ustawienie pomocy. Krótką ławkę. Słabszą formę kluczowych zawodników (Messi i Dani Alves na pewno nie zagrali meczu swojego życia). Zmęczenie trudami całego sezonu.

Bez względu na wszystko, co działo się na boisku i odwracając losy meczu, który Barça powinna przegrać 0:3. Bo "setki" wypracowane przez Chelsea i niepodyktowane karne (bo MOGŁY być 3. Nie wiem, ile powinno być. Nie mam pojęcia i mnie to nie obchodzi. Ale 3 karne mogły być podyktowane spokojnie. Za rękę Piqué, rękę Eto'o i jeden z wybranych fauli w polu karnym.) de facto powinny Barçę wyeliminować. Ale tak się nie stało. Za sytuację z drugiej połowy Anelka pewnie nie śpi do tej pory... Jednak zatriumfował futbol, a nie szachy i genialna taktyka hack-a-Messi autorstwa Guusa Hidinka, którą przez cały mecz entuzjazmował się Darek Szpakowski.

Tak, to jest sprawiedliwe, że awansowała Barcelona. Może nie w przekroju meczu środowego, bowiem potrafię przyznać, że Barcelona prezentowała się słabiej w tym spotkaniu, z gry miała mniej niż zero przez 90 minut, zatem teoretycznie zasłużyła na porażkę; i zapamiętam ten mecz jako taki. Ale traci to znaczenie w kontekście strzału Iniesty, całego dwumeczu (bo w jego przekroju na awans "zasłużyła" Barca) i historii pojedynków FCB z CFC w Lidze Mistrzów. Spoglądam, przyglądam się, analizuję: cóż, awans należy się Dumie Katalonii. Bo po takim dwumeczu, w którym nawet nie sposób ocenić, kogo bardziej skrzywdziły decyzje arbitrów:), nie może być mowy o retoryce "zwycięstwa zasłużonego" czy "zwycięstwa moralnego". Moralnym, to Barça jest tego dwumeczu przegranym, przecież po 90 minutach było 0:1, w stylu jaki mieliśmy okazję oglądać... Interesuje mnie więc tylko to, co na papierze. A stąd wynika, że do finału awansowała Blaugrana.

Co legitymuje ten wynik, jako zasłużony. Dziejowo. Bo rozpatrując awans Barçy, wypada na koniec odwołać się do historii. Teraz czas sympatyków Chelsea na żal, tak jak niezasłużony żal przeżywała Barça w 2005 roku po faulu Carvalho na Valdésie. Tutaj Chelsea ma ogromny kredyt u sędziów... Dodajmy do tego festiwal fauli z dwumeczu w tym sezonie i kontrowersyjne wydarzenia z pierwszej potyczki na Camp Nou. Czy, patrząc z takiej perspektywy, przedwczorajszy wynik nie wydaje się możliwie najbardziej sprawiedliwym?

Co prawda zrozumiała jest sfrustrowana postawa Drogby, który harował cały mecz i nie przełożyło się to na bramkę - ale czy obiektywne może być zdanie notorycznego nurka, symulanta i łowcy rzutów karnych... Czy uzasadnione jest oburzenie drużyny, która unika dwóch ewidentnych czerwonych kartek (Ballack na Camp Nou i Essien za faul na Inieście na Stamford), kilku żółtych i jednego w pełni zasłużonego karnego (swoją drogą, tak ewidentnego przewinienia jak faul Alexa na Henrym, to chyba nie widzieliśmy na Stamford w żadnym z trzech ww. przypadków). A już szczytem hipokryzji i żenady jest postawa Guusa Hiddinka, który we Włoszech i Hiszpanii do dziś bardziej jest znany jako Czarodziej odpowiednio z Daejeon i z Gwangju. Można tylko pogratulować Hiddinkowi tupetu i relatywistycznego spojrzenia na rzeczywistość. Tym bardziej, że po spotkaniu na Camp Nou nie rozumiał złości gospodarzy i mówił w stylu "nie rozumiem zarzutów o niesprawiedliwe sędziowanie; wystarczyło strzelić bramkę". Cóż, wystarczyło Chelsea strzelić tę drugą bramkę.

Awansowała Barca. To już historia. Której tworzenia się jesteśmy świadkami.

/fot. guardian.co.uk/

Udostępnij:

Komentarze (79)

Gorące tematy