Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Barcelońscy "Niepokonani" - czy to możliwe?

 18 listopada 2009, 00:31

 Karol Chowański 'Challenger'

 15 komentarzy

Po najlepszym starcie ligowym Barçy w historii, wśród barcelonismo nie słabną zachwyty. Mało tego, wręcz się nasilają. A wraz z nimi: oczekiwania, nadzieje, marzenia. Spośród tych ostatnich - sam mam jedno. Może powiedzie się graczom Barçy napisać kolejny rozdział historii i... zakończyć sezon ligowy bez ani jednej porażki. Gdy się nie uda: nie szkodzi. Ale jakżeż by było pięknie, gdyby się udało.

Wielka dwójka i długo, długo nic

To będzie dziwny sezon. Można to stwierdzić już teraz, po dziesięciu kolejkach. Atlético pozostaje nadal w strefie spadkowej. Z takim składem 7 punktów w 10 meczach to nic innego jak wstyd. Z kolei Villarreal strefę zrzutu do Segunda División opuścił dość niedawno, a mieszające ostatnio w czołówce Getafe utkwiło w drugiej połówce tabeli. Ale za najlepszy komentarz do tego, że La Liga stanęła na głowie niech wystarczy fakt, iż o punkt za Mallorką (!) siódmy jest Sporting Gijon

Sevilla zajmuje co prawda trzecie miejsce, ma zaledwie cztery punkty straty do Barçy i w znakomitym stylu pokonała Real - ale patrząc na jej grę, nie odnoszę wrażenia, że to drużyna zdolna do rzeczy wielkich. Z kolei gra Valencii jak zwykle w ogromnym stopniu zależna jest od formy (bądź jej braku) Davida Villi. Z przodu wspierają go Mata i wyśmienity ostatnio Pablo Hernández, ale obrona prezentuje się różnie. Powrót do czołówki notuje też Deportivo (5. miejsce), choć zaledwie 14 strzelonych bramek (11 straconych czyni "aż" 3 różnicy) każe nazwać ekipę trenera Miguela Ángela Lotiny dzielnymi ciułaczami punktów, a nie realnym zagrożeniem dla hegemonów ligi.

A tych jest dwóch. Real wcale nie daje Katalończykom uciec za daleko, choć "jaka piękna katastrofa" (ewidentnie oddająca mentalność i brak pokory madryckich piłkarzy) z AD Alcorcón pozwala mieć obawy o przyszłość trenera Pellegriniego i atmosferę w szatni. Jednak Real to Real - może mu nie iść w Lidze Mistrzów, może odpaść z 3-ligowcem w Pucharze Króla (to już prawie tradycja), ale w La Liga jakimś cudem wygrywa. Zazwyczaj ten cud nazywa się Iker Casillas - genialna parada (Agüero w 89. minucie) znów uratowała Blancos 3 punkty. Niemniej, ligową postawę madrytczyków należy doceniać. Tym bardziej, że wciąż grają w obliczu przeciągającej się absencji Cristiano Ronaldo...

Jednak oddawszy szacunek Realowi, innych odeń kandydatów do zagrożenia Dumie Katalonii wypatrywać próżno. Biorąc to pod uwagę i zestawiając z obecną formą Barçy - wizja niepokonanego sezonu chyba nigdy nie była tak bliska.

536 dni Arsenalu

Oczywiście, że 0 widniejące w polu "porażki" na koniec sezonu wydaje się czymś kosmicznie niewyobrażalnym. Lecz dał przykład Arsenal... że to jednak możliwe. W sezonie 2003/04 Kanonierzy zdobyli mistrzostwo ligi w prawdziwie mistrzowskim stylu. W 38 meczach nie dali się pokonać nikomu.

Co zabawne, przed startem sezonu 2002/03 Arsène Wenger stwierdził, że jego drużyna ma potencjał, by nie przegrać ani jednego meczu. Nie udało się, a londyńczycy zakończyli sezon na drugim miejscu. Słowa francuskiego menedżera wsadzono między bajki. Udało się za to optymistycznie pożegnać się z kibicami: dwoma zwycięstwami. Ale nawet tak okazałe wyniki (6:1 z Southampton i 4:0 z Sunderlandem) absolutnie nie wróżyły tego, co przynieść miał sezon kolejny.

Arsenal zainaugurował go 16.08.2003 efektownym zwycięstwem z Evertonem. To, co zdarzyło się do maja, fani Kanonierów do dziś wspominają z dumą i rozrzewnieniem. Sezon obfitujący w triumfy, klęski (Tarcza Dobroczynności przegrana po karnych, wyeliminowanie z krajowych pucharów oraz porażka z Chelsea w ćwierćfinale Ligi Mistrzów) i spektakularne odrodzenie z popiołów (hat-trick Henry'ego w wygranej 4:2 z Liverpoolem - 3 dni po Chelsea - i późniejsze 5:0 z Leeds United) zakończył się na Highbury w glorii zwycięstwa nad Leicester. Bilans podopiecznych Wengera na koniec sezonu to 90 punktów: 26 zwycięstw, 12 remisów i 0 porażek! Stosownym epilogiem była ceremonia koronacji niepokonanych mistrzów Anglii. Na okoliczność historycznego triumfu FA przygotowała dla "The Invincibles" (ang. niezwyciężeni, niepokonani) wyjątkową, pozłacaną wersję Pucharu za mistrzostwo ligi... Od sierpnia licznik bił nadal. Zatrzymał się na Old Trafford, po 9 kolejnych zwycięstwach. Na magicznej liczbie 49 kolejnych ligowych meczów bez porażki.

Potrzeba tylko umiejętności i chemii

Oczywiście, że takich sukcesów jak "Niepokonani" nie osiąga się wystawiając rezerwy. Potrzeba odpowiedniego balansu kadrowego - i akurat wtedy Arsenal go znalazł. Najlepszy swój sezon na Highbury rozegrał świeżo sprowadzony Jens Lehmann. Campbell, Touré, Lauren i Ashley Cole wraz z Gio, Cyganem, Keownem i Clichym tworzyli solidny blok obronny. Edu oraz mistrzowie świata Vieira z Gilberto dzielili i rządzili w środku pola, a Pires, Ljungberg, Wiltord i Reyes biegali bez wytchnienia po skrzydłach. No i do tego atak-marzenie: młody-zdolny Thierry Henry i profesor Dennis Bergkamp.

Jednak potencjał kadrowy nie wystarcza do bicia spektakularnych rekordów. Tym, co pozwoliło ówczesnym piłkarzom Arsenalu osiągnąć tak wielki sukces, była przede wszystkim atmosfera w drużynie. Poświęcenie, wzajemne zaufanie i zdecydowana orientacja na cel pozwoliły Kanonierom stworzyć historię. Warto w tym miejscu wspomnieć o roli Arsène'a Wengera, który nie tylko dobrał właściwych zawodników na właściwe miejsce. Okazał się być znakomitym psychologiem drużyny. Wpoił też piłkarzom odwieczną boiskową prawdę - tytułów nie zdobywa się spinając się na najlepszych, ale grając konsekwentnie z najsłabszymi drużynami ligi. Ci gracze dawali z siebie wszystko nie tylko na Anfield czy Stamford Bridge, ale też na stadionach Leicester i Charltonu.

Podobną filozofię przekazuje dziś swoim zawodnikom Josep Guardiola. Pozwala to zwyciężać zarówno z Manchesterem United, jak i z Cultural Leónesa. Paralelę Arsenal 03/04-Barça 09 odnajduję też w kwestii atmosfery w szatni. Tak spokojnie, tak sielankowo, tak dobrze nie było na Camp Nou odkąd sięgam pamięcią. To zasługa Guardioli i zarządu, że jednostki konfliktowe zostały wyeliminowane, a ustalone reguły są egzekwowane.

Niepokonana Barça - pomiędzy marzeniem a rzeczywistością

Boiskowe doświadczenie i intuicja Guardioli są ogromnymi plusami dzisiejszej Barçy. Zna swoich piłkarzy na wylot i bywa dla nich trenerem, psychologiem, przyjacielem albo motywatorem - zależnie od sytuacji. Czasami jest po prostu wszystkim na raz.

Ponadto, dzisiejsza Barça potencjał kadrowy ma nawet większy niż tamten Arsenal. Eksplozja skuteczności Pedro Rodrígueza spadła zespołowi z nieba w obliczu kontuzji Henry'ego i dyskusyjnej ostatnio formy Messiego. A prócz Hiszpana, Argentyńczyka i Francuza jest przecież genialnie adaptujący się do drużyny Ibrahimović, słusznie komplementowany "zarzutami" o altruizm wobec swych kolegów z drużyny. Jego postawa na boisku zachwyca - to jedyne słuszne słowo. Ponadto, odblokował się wreszcie Bojan, a w każdej chwili na swoje szanse czeka Jeffren. Wenezuelczyk zanotował już dwie fenomenalne asysty i jestem pod ogromnym wrażeniem jego talentu.

Patrząc na inne formacje - im starszy, tym dojrzalszy staje się Víctor Valdés. Pinto zwyczajnie jest zmiennikiem idealnym. A po przyjściu Maxwella, formacją kompletną należy nazwać obronę. Fakt, błędy zdarzają się ostatnio nawet Piqué. Ale to ludzie, nie cyborgi. Toteż nie odmawiam im prawa do błędu raz na jakiś czas. Do gorszego dnia, szczególnie na zaśnieżonych rubieżach cywilizacji - też nie.

No i pomoc. Ujawnienie się talentów ofensywnych Seydou Keity zmniejsza ból głowy Pepa o brak zmienników dla Xaviego i Iniesty w środku boiska. Malijczyk może spokojnie pełnić funkcję ofensywnego pomocnika. U boku wracającego do optymalnej formy, bezcennego dla zespołu Touré. Jest też Busquets. Młody Hiszpan udanie kontynuuje postępy poczynione w zeszłym sezonie. Ponadto, pewnie jeszcze nie raz zobaczymy na boisku obiecującego Jonathana dos Santosa.

Przed sezonem były pewne obawy, ale obecna postawa Dumy Katalonii napawa optymizmem. Tak, nawet na tyle dużym, by zacząć wierzyć w barcelońskich "Invincibles". Jak marzyć, to na całego.

Udostępnij:

Komentarze (15)

Gorące tematy