Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Rok chwały

 8 stycznia 2010, 12:32

 Karol Chowański 'Challenger'

 38 komentarzy

Agresywność języka publicznej debaty i skłonność mediów do przesady sprawiają, że słowa wielkie są dziś nadużywane. Co chwilę krzyczą z okładek i telewizora. Tracą swój wydźwięk i wyjątkowość. Tymczasem okazje prawdziwie uzasadniające ich użycie powinny być rzadkie, niepowtarzalne, nadzwyczajne... Miniony 2009 rok w wykonaniu piłkarzy Barçy taką okazją był. Triumf w Abu Zabi symbolicznie dopełnił rogu obfitości, jaki zstąpił na Camp Nou w przeciągu ostatnich miesięcy. Świętujmy. Więcej ku temu powodów nie ma. Możliwe do zdobycia tytuły się skończyły.

Zwycięska koncepcja

W piłce przewidzieć nie można dziś niczego. Tradycyjni europejscy kontenderzy nie słabną, a systematyczna praca lub dolary napływające od szejków i/lub oligarchów kreują nowych. Takoż, triumfalnego pochodu Barçy przez stadiony nie mógł przewidzieć nikt. Można jednak było stworzyć warunki pozwalające na nawiązanie walki o tytuł(y). I na Camp Nou te warunki stworzono. Koncepcja zarządzania klubem obowiązująca w Barcelonie po wyborach w czerwcu 2003 roku okazała się niezwykle efektywna. W klubie ustabilizowano finanse, a dalszy rozwój oparto na skutecznej strategii marketingowej. Cała reszta należała już do Josepa Guardioli i jego podopiecznych.

Zaczęło się na wiosnę...

Jako culé przeżyłem kilka zawodów, więc nie pozwalam kibicowskiemu entuzjazmowi eksplodować przedwcześnie. W to, że ta drużyna zdolna jest do rzeczy wielkich, faktycznie uwierzyłem po bitwie o Bernabéu. Kluczowa faza sezonu, presja, niesamowita pogoń Realu, topniejąca przewaga w ligowej tabeli i mecz, którego niepomyślny wynik mógł zniweczyć wszystko. Barcelona wygrywa 6:2, wkrótce zabrała się za kompletowanie trypletu i czas trwałej euforii stał się faktem. Nic nie mogło tego zmącić, nawet perspektywa podwójnej sesji.

Maj: triumf historyczny

Mówiłem tak sobie pół roku temu. W maju. "Triumfujące Camp Nou", "Barça pisze historię", "legendarna drużyna" i tak dalej. Słowa "niesamowity" i "wspaniały" same odmieniały się przez wszystkie przypadki. Po kilka razy na dzień. Barça podbiła najpierw Hiszpanię, a potem całą Europę. Sportowa euforia wystrzeliła gdzieś w Himalaje i zupełnie nie liczyłem na więcej. Przypominam, że w maju jakiekolwiek "więcej" przekraczało ludzkie pojęcie! Barcelonismo cieszyło się najszczęśliwszym latem w historii klubu. Nie może to brzmieć to banalnie. Brzmi pięknie. Brzmi prawdziwie.

Lato: wielka niewiadoma

Wakacje przyniosły trochę zmian i wiele wątpliwości. Jedną wielką zagadkę stanowił Ibra. Obawiano się, czy pozostali piłkarze nie spoczną na laurach. Narzekano na brak większych wzmocnień. No i liczne troski fanów pędziły w stronę Guardioli; miał on znakomite entrée, lecz to wtóry sezon bywa krytyczny dla debiutujących trenerów. Druga część roku dać miała odpowiedź, czy dotychczasowe triumfy Pepa na stanowisku selekcjonera Barçy były jedynie podłapaniem rollercoastera sprzyjających okoliczności czy przejawem rodzącego się wielkiego trenerskiego talentu.

Grudzień: piłkarski absolut

Wątpliwości kończące poprzedni akapit wydają się śmieszne, gdy wspomnieć je dziś. Po zdobyciu trzech kolejnych pucharów, Barçą, jej filozofią i trenerem zachwyca się cały piłkarski świat... Minęło 7 miesięcy, 16 ligowych kolejek bez porażki, smakowite zwycięstwo przetrzebionym składem nad Interem, trzecia z rzędu wygrana nad Realem Madryt. Trzy kolejne puchary zdobią gablotę klubowego muzeum na Camp Nou i ciepło witają na oficjalnej stronie klubu.

Na wstępie do sezonu 2009/10 Duma Katalonii zdobywa Copa del Oro i Superpuchar Europy. Pod koniec roku kalendarzowego zostaje Klubowym Mistrzem Świata. I jak opisać grudniowy nastrój sympatyków barcelońskiego klubu? Jakimi słowami przebić majowy szał na cześć Triplete? Finowie dysponujący 16 przypadkami mają większe pole manewru, nad Wisłą mamy ich tylko 7. Pozostaje nam "ochy", "achy" i wykrzykniki mnożyć w nieskończoność.

"Wszyscy jesteśmy świadkami"

Ta drużyna na naszych oczach już napisała piękną kartę historii. Teraz już tylko dopisuje jej kolejne rozdziały, wynosząc swój etos ponad stratosferę. W półtora sezonu członkowie tej drużyny zdobyli wszystko, co w klubowej piłce jest do zdobycia; mimo napiętego do granic możliwości grafiku spotkań i odrobinę mniejszych, niż kilku bezpośrednich rywali, możliwości kadrowych.

Niewiele obrazów przychodzi na myśl, gdy poszukuję we wspomnieniach wspólnego mianownika dla sekstetu zdobytego przez Barçę. Sukcesy Bullsów z magią Michaela Jordana; geniusz i wola walki Rogera Federera; hegemonia totalna Schumachera w F1 i Loeba w rajdach; fenomen Tigera Woodsa; triumf Lance'a Armstronga nad konkurentami i śmiertelną chorobą; nadludzka wytrzymałość Phelpsa, Bolta, Bjørndalena... Drużyna Barçy dołączyła do największych sportowych ikon. A jej wyczyn należy do triumfów tak spektakularnych, że wykracza daleko poza swoją dyscyplinę, daleko poza sport.

Trawestując hasło wiodące kampanii reklamowej Nike z 2007 roku, "wszyscy jesteśmy świadkami" historycznych triumfów barcelońskiego klubu. W pełni poczujemy to za kilkadziesiąt lat, gdy otrzymamy od kogoś to wyjątkowe spojrzenie - podszyte zazdrością, że Ty lub ja sezony sekstetu przeżywaliśmy na żywo...

Drużyna - kapitał na przyszłość

Przez ten rok nie obserwowaliśmy cyborgów, którzy dziesiątki meczów rozgrywali w niezmiennie magicznej formie. Słabsze okresy miewali wszyscy kluczowi piłkarze: Valdés, Márquez, Abidal, Alves, Xavi, Henry, Busquets, Eto'o, Keita, w mniejszym stopniu Puyol, a ostatnio zmęczenie bardziej we znaki dało się nawet Messiemu. Wygrywał kolektyw - gdy ktoś miał słabszy dzień, to inni brali na barki odpowiedzialność. Nadaje to temu sukcesowi wymiar o wiele bardziej ludzki. Determinacja i poświęcenie dla realizowanego wspólnie celu sprawiły, że grupie piłkarzy Barçy niestraszne okazały się ograniczenia ludzkiego organizmu ani wszelkie przeciwności na boisku i poza nim. To przesłanie uniwersalne, które sprawia, że w pucharach zdobiących Museu FCB może się przejrzeć każdy z nas.

Co dalej?

Piłkarski Olimp stał się faktem, ale świat nie przejął się i nie stanął w miejscu. Historia tej drużyny permanentnie trwa nadal. Tylko: co teraz? Pierwsza w 18-letniej historii LM obrona tytułu? Ligowy sezon bez porażki? Czwarta z rzędu wygrana nad Realem? Może uda się to wszystko... A może do czerwca po prostu nie uda się już nic? Możliwe są oba scenariusze i należy o tym pamiętać.

Kluczową rolę w tym, co Barça "ugra" do końca sezonu 2009/2010, odegra kwestia zmęczenia, nieprzypadkowo zaakcentowana dwa akapity temu. O dalszej przyszłości i sile Barçy decydować będą też wiosenne wybory, po których zdecyduje się przyszłość Josepa Guardioli. Poza tym, potencjał na dalsze sukcesy jest. Drużyna współgra coraz lepiej, Zlatan Ibrahimović zadomowił się w niej na dobre, Pedro stał się jej kluczową postacią, a do składu pukają kolejni młodzi na czele z Jeffrenem, Muniesą, Thiago, Assulinem i J. dos Santosem.

Dani Alves powiedział niedawno, że przy Guardioli dekoncentracja jest niemożliwa. Wypada mu zaufać. Z kolei Xavi stwierdził, że motywacji mu w nowym roku nie zabraknie, bo piłka to jego praca, a w pracy nie ma we zwyczaju się oszczędzać. Mimo wszystko, ta drużyna chyba nadal nie jest syta.

Nieznośna monotonia ciągłego wygrywania

Estetycznie byłoby stwierdzić, że koniec lat zerowych to koniec pierwszej dekady XXI wieku. Choć dekadzie ewidentnie brakuje 1 roku, nie przeszkadza to twórcom przeróżnych rankingów i podsumowań. Nad ikoną "dekady" debatuje się zatem na przykład w NBA. Branżowe media nie mianują nim spektakularnego Kobe'ego, nie Shaqa-dominatora ani LeBrona Jamesa, liderze reprezentacji w drodze po olimpijskie złoto. Otóż, najchętniej wybierany jest Tim Duncan. Na przestrzeni "dekady" mistrz potrójny, ale do bólu zębów nieefektowny! I nagle okazuje się, że przez 9 ostatnich lat Duncan ze średniej sezonu zawsze ciułał double-double (najczęściej przekraczające zresztą 20,0 PPG). Rok w rok. Typowo duncanowska pewność i regularność.

Pozwalam sobie na tę dygresję, gdyż jakiś czas temu redaktor Rafał Stec wyraził przekorną opinię, że tak metodyczne zdobywanie wszelkich możliwych trofeów przez FC Barcelonę zaczyna stawać się nudne i odrealnione; oczywiście teza ta była elementem nonszalanckiej konwencji całego artykułu. Zgodzę się jednak z jednym: nie można łudzić się, że ścieżką triumfów Barça kroczyć będzie w nieskończoność. Ale spokojnie może stać się futbolowym Timem Duncanem.

Taki fenomen jak rok 2009 może się długo nie powtórzyć w całej historii piłki nożnej, ale ogólna sytuacja klubu pozwala spokojnie realizować bardziej "przyziemne" cele. Nie miałbym nic przeciwko, by z typowo duncanowską regularnością co sezon lub dwa wpadał na Camp Nou jakiś kolejny pucharek - liga i/lub LM i/lub CdR, ewentualnie CdO lub SE raz na jakiś czas. Możliwe, prawda? Chyba nie byłoby w tym nic nudnego. Piłkarze nie zestarzeją się zbyt szybko, więc jeśli obecna polityka klubu będzie twórczo kontynuowana, grudzień 2009 wcale nie musi być końcem pasma sukcesów tej Barçy.

Te dywagacje nie zmieniają faktu, że od myśli o kolejnych tytułach jestem wolny. Jako culé nie wymagam absolutnie nic więcej. Wystarcza mi samo oglądanie kolejnych meczów; ta naturalna radość gry, jaką kipi dziś Barca. Po zdobyciu sekstetu wymagać więcej my, kibice Barçy, nie mamy chyba prawa. I tak będziemy na zawsze najszczęśliwszymi z culés. A te dalsze sukcesy, o których nieśmiało wspomniałem z racji sprzyjających okolicznościami natury około sportowej - jeśli mają przyjść, to przyjdą "same". Jako bezpośredni efekt ogólnej filozofii zarządzania klubem, stabilizacji finansowej, trenerskiego talentu i fantastycznego zgrania drużyny wypełnionej piłkarskimi magami. Z takim nastawieniem będę sukcesów wyczekiwał. "Wyczekiwać" a "wymagać" to ogromna różnica.

Udostępnij:

Komentarze (38)

Gorące tematy