Następny mecz:  Barcelona  -  Alaves     ·  Sobota, 18 sierpnia 22:15  ·  1. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Porażka

 15 stycznia 2010, 12:54

 Karol Chowański 'Challenger'

 22 komentarze

Dzisiejszy odcinek sponsoruje Michael Jordan: "W moim życiu przegrywałem wciąż i wciąż, i wciąż. I dlatego odniosłem sukces". Porażka to naturalny element codzienności. Fakt ten nie podlega zmianom ani negocjacjom. Sportowcy i kibice narażeni są nań trochę częściej niż reszta społeczeństwa. Warto, by ten stan zaakceptowali szczególnie szybko. Unikną zbędnych nerwów. Porażka to takie zjawisko, po którym należy wstać, otrzepać się, wyciągnąć wnioski i iść dalej. Z naciskiem na "wyciągnąć wnioski".

Przegrana, która nie boli

Po meczu z Sevillą (swoją drogą - pasjonującym dla bezstronnego kibica, jak mniemam) medialne tytuły wieszczą "Śmierć Barçy" i "Mistrzowie na kolanach". Dla tak "obiektywnych" (przegraną bramkami wyjazdowymi z silnym rywalem można zakwalifikować jako katastrofę tylko przy silnych chęciach) dziennikarzy parę trafnych słów na pewno miałby Kapitan Bomba.

Nie dołączam też do chóru jęczących i oburzonych "kibiców". Hańbi się ten, kto miesza drużynę i jej piłkarzy z błotem po jednym niepomyślnym meczu. Oczywiście przykre, że piłka za drugim razem jednak nie wpadła do siatki na Sánchez Pizjuán. Ale z postawy Barçy w tym meczu każdy dojrzały kibic jest dumny. Drużyna walczyła i zostawiła na boisku mnóstwo sił. Druga połowa to popis determinacji i zaangażowania. Zabrakło wszystkiego po trochu: formy, precyzji i zimnej krwi. O tę bramkę (lub ćwierć, jak należy ocenić wynik tego dwumeczu) tym razem lepsi byli przeciwnicy. Nie mam problemu z tym, by przyznać otwarcie: Sevilla w tym dwumeczu na awans zasłużyła. To, co robił w bramce Palop, było niesamowite... Barcelonismo powinno zatem witać kolejne dni z podniesioną głową. Bo porażka - to się czasami zdarza. Tę porażkę zespół poniósł z godnością.

Z kolei frustraci winni zacząć się przyzwyczajać. Zielona fala za kółkiem kiedyś się kończy i najdłuższą passę sportowych triumfów cechuje ta sama reguła.

Wypadnięcie z CdR - czy tego można było uniknąć?

Pamiętając o pierwszym akapicie: po każdej porażce czas na wnioski. Oczywiście, że można było dwumecz z Sevillą rozegrać inaczej. Wróćmy tu do spotkania na Camp Nou, bo w drugim niewiele można było zrobić lepiej. No, może wcześniej wprowadzić Pedro lub Bojana kosztem Henry'ego.

Przed pierwszym meczem na Camp Nou Josep Guardiola ewidentnie miał dylemat. Z jednej strony: sezon jest wyczerpujący, siłami kluczowych piłkarzy szafować należy oszczędnie. Napięty terminarz spotkań (KMŚ i Mundial w RPA) i aktualna faza rozgrywek (kluczowe mecze przypadają na wiosnę) sugerowały oszczędzenie kluczowych zawodników w pierwszym spotkaniu z Sevillą. Byłoby smutno, gdyby już w lutym słaniali się na nogach. Ranga rozgrywek o Copa del Rey też jest niższa niż ligi i LM - trener grający o najwyższe cele musi brać to pod uwagę. Dodatkowo, perspektywa rewanżu nie czyniła pierwszego decydującym.

Wszystkie te czynniki razem silnie skłaniały do desygnowania zespołu opartego na graczach rezerwowych. I byłaby to decyzja uzasadniona.

Ale ten medal ma też drugą stronę. Sevilla to zawsze silny rywal. Wobec tego można było zaryzykować wystawienie składu silniejszego niż zwykle w tych rozgrywkach. Tym bardziej, że wobec wyjazdu Keity i Touré oraz kontuzji Jeffrena (gdyby choć on mógł zagrać!), Pep miał kadrowo wąskie pole manewru. Dodatkowym ryzykiem było wystawianie będącego wówczas w słabszej formie Bojana. Poza tym, nie było tajemnicą, że duże kłopoty ze skompletowaniem składu będą mieli rywale z Sánchez Pizjuán (kontuzje kilku podstawowych piłkarzy i wyjazd Afrykanów). Można to było wykorzystać, podejmując mocnym składem próbę rozstrzygnięcia losów awansu już w pierwszym meczu. Szczególnie, że rewanż, owszem, był w zanadrzu. Ale w Sewilli.

Motywy te mogły nakierować Guardiolę na podjęcie ryzyka. W tym jednym meczu (rewanż i dalsze fazy CdR: grają zmiennicy) można było wykorzystać sytuację, wystawiając możliwie najsilniejszy (poza Pinto w bramce i może jedną zmianą w polu) skład. Ta decyzja też miałaby sens.

Zmiennicy się nie sprawdzają...

Jedenastka, która wyszła na Camp Nou we wtorek 5.01, zawiodła. Co oczywiste: kibiców, ale chyba najbardziej samego Guardiolę. Negatywną niespodziankę sprawił przede wszystkim Czyhrynski. Można go w pewien sposób nazwać "człowiekiem Guardioli" (to trener chciał go sprowadzić, nie zważając na kosmiczną cenę 25 mln euro znacznie przekraczającą wycenę Ukraińca na 11 mln euro wg transfermarkt.de), tymczasem ukraiński obrońca zawiódł na całej linii. Można się spierać, czy występ Dimy był słaby strasznie czy tylko trochę; nie powinno jednak być wątpliwości, że Czyhryński wykazał niepewność interwencji w skali całego meczu, ewidentnie przyczynił się do straty drugiej bramki (idiotyczny faul w okolicy linii pola karnego), a trochę mniej - pierwszej (niekonsekwencja w kryciu w mojej opinii sprokurowała zejście Maxwella do środka w wyniku czego padł gol Capela).

Względnym ryzykiem było też wystawienie na tak silnego przeciwnika Gabiego Milito. Rekonwalescent mógł dostać w tym meczu kilkanaście minut pod koniec spotkania, a z szansą dłuższego występu poczekać do meczu ze słabą Teneryfą. Pep zdecydował inaczej. Argentyńczyk nie zawiódł. Niemniej, przy golu nr 1 niedokładne ustawienie można zarzucić i jemu.

Jeszcze bardziej zaskakująca była dla mnie próba Márqueza na pozycji Busquetsa. I w tym przypadku należy uznać taki - pierwszy poważny występ Rafy w pomocy od bardzo długiego czasu - ruch Guardioli za lekką nonszalancję wobec klasy rywala. Tym bardziej, że w działaniach obronnych Meksykanin ostatnio nie imponuje formą. To ostatnie wyraźnie potwierdziła druga połowa.

Reszta to już tylko seria niefortunnych zdarzeń. Wyjątkowo dużo strat i pomniejszych błędów (spóźnienia, rzadkie wyjścia do przodu, podania głównie do tyłu lub wszerz boiska) nawet jak na siebie, popełnił w tym spotkaniu Maxwell. Kiepściutko wypadł Bojan (szkoda, że obudził się dopiero parę dni później), niewidoczny był Pedro. Osamotniony z przodu Messi nie pokazał za dużo, blisko i ostro kryty przez obrońców Sevilli. Po wejściu Ibry nie uległo to dużej zmianie. Brakowało mi Henry'ego w miejsce Bojana. Ruchliwy ostatnio Francuz może bardziej odciążyłby kolegów z ataku?

Drużynie nie pomagało też niefrasobliwe panowanie nad piłką Pinto, wyjątkowo często obdzielanego nią przez partnerów z obrony. Jedynymi pozytywami tego meczu okazali się Dani Alves i aktywny debiutant Thiago Alcântara. Drużynie pomogło też wejście Ibrahimovicia. Niestety, ich koledzy popełnili zbyt wiele błędów, które ostatecznie zadecydowały o końcowym wyniku. Tydzień później okazało się, że błędy zmienników na Camp Nou zaważyły na kwestii awansu.

Z dwojga dobrego...

Decyzji uniwersalnej w tej sytuacji być nie mogło. Pep musiał się wahać pomiędzy decyzjami, spośród których obie miały bardzo silne podstawy. Można jedynie spekulować, że trener przeholował z ilością zmienników na raz (mógł wystawić jednego z pary Czyhryński-Milito, Busquetsa w miejsce Márqueza, Titiego zamiast Pedro lub Bojana). Wynikało to jednak z wiary trenera w możliwości swoich piłkarzy, do czego nie należy mieć pretensji. Zresztą, prawdopodobnie swoje decyzje personalne na mecz na Camp Nou miał na myśli Pep, mówiąc po meczu rewanżowym: "Mam wrażenie, że ich zawiodłem".

Jednak to nieprawda. Guardiola nikogo nie zawiódł. Po prostu wybrał jedną z opcji. Chybił. Nie udało się. Nie był to jednak wybór zły i szczerze protestuję przeciwko określaniu podjęcia decyzji o wystawieniu takiego składu w pierwszym meczu przez trenera Barçy błędem. TO NIE BYŁ BŁĄD GUARDIOLI. Po prostu obstawił złego konia. Kierując się poniekąd słusznymi przesłankami, dokonał wyboru, który okazał się nietrafiony.

Z pewnością mister wyciągnie z tego dwumeczu wnioski na przyszłość. Każdy trener musi kiedyś przegrać swoje pierwsze rozgrywki. Rzadko który zwycięża najpierw w poprzednich sześciu.

Udostępnij:

Komentarze (22)

Gorące tematy