Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Bobby Robson w Barcelonie: Chcieli mnie zwolnić w przerwie

 30 maja 2013, 17:57

 Redakcja

 7 komentarzy

Moim zdaniem dwa największe kluby świata znajdują się w Hiszpanii. Są nimi Real Madryt i FC Barcelona. Manchester United plasuje się najwyżej na trzecim. To było latem 1996 roku. Pewnego lipcowego dnia wszedłem w kocioł Camp Nou z zadaniem poprowadzenia tego klubu. Tu, w tym cudownym mieście, które ma do zaoferowania wszystko czego można by oczekiwać od metropolii. Znalazłem się w siódmym niebie.

"Pożegnanie, a nie rozstanie. Moja autobiografia", Bobby Robson i Paul Hayward

Rozdział XIII  Plac zabaw

Barcelona to historia i kultura, malownicze wybrzeże i wspaniała pogoda, a wszystko to wokół cudownego klubu sportowego, który jest niczym duchowa siedziba narodu. Upajałem się powietrzem i atmosferą FC Barcelony już od czasów moich wizyt z Ipswich Town i okazjonalnych wypraw w charakterze skauta. Barça to coś więcej niż zwyczajna instytucja sportowa. Klub jest soczewką swojego narodu. Reprezentuje Katalonię w jej historycznym konflikcie z Hiszpanią. To pierwsza rzecz, którą trzeba sobie uzmysłowić. Miasto Barcelona nie jest tym, czym Cardiff dla Walii. Ma o wiele większe znaczenie. To forpoczta kultury i tożsamości narodowej Katalonii. Gdy przekraczają swoje granice by grać w piłkę z ligowymi rywalami - traktują to jak bitwę, wyprawę na wrogie terytorium. Szczególnie jeżeli kierują się do Madrytu, stolicy Kastylii i bastionu hiszpańskiej monarchii.

Dla młodego, niedoświadczonego szkoleniowca trafienie do tego Koloseum futbolu byłoby pewnie przerażające, lecz na tym etapie byłem już trenerem z doświadczeniem klubowym i reprezentacyjnym, które na najwyższym poziomie sięgało dwóch dekad. Miałem zatem odpowiednie zaplecze, które chroniło mnie przed onieśmielającą niepewnością, której mógłby ulec menedżer z węższym CV. Choć nie mówiłem po hiszpańsku, José1 był przy mnie, pomagał budować werbalne mosty. Wejście do szatni, w której żaden piłkarz nie mówi twoim językiem, jest dość trudnym wyzwaniem, lecz niepokój był na drugim miejscu na liście emocji jakich wtedy doświadczałem, daleko za wielkim podekscytowaniem.

W tym szczytowym punkcie swojej trenerskiej kariery miałem pracować z Ronaldo, Stoiczkowem, Pizzim, Guardiolą, Blanciem, Popescu, De La Peñą i Giovannim de Oliveirą. W momencie, gdy wchodzisz do takiej drużyny, czujesz się jak rewolwerowiec na Dzikim Zachodzie wchodzący przez drzwi nieznanego saloonu. Czy można spodziewać się respektu od już siedzących? Okazało się, że po raz kolejny wyprzedziła mnie moja reputacja. Oni wiedzieli, że byłem trenerem Anglii przez osiem lat, że wygrałem ostatnie dwa tytuły mistrzowskie z PSV i dwa kolejne przez sześć lat w Porto. Wiedzieli również, że radzę sobie z wielkimi piłkarzami, że sam grałem w piłkę i reprezentowałem mój kraj. To wszytko pomagało.

Przywitanie było ciepłe. Nauczyłem się mówić „Jestem szczęśliwy, że tu jestem" po hiszpańsku. Ta fraza była w mojej głowie, kiedy wyjaśniałem po raz pierwszy, że nie mówię płynnie w ich języku. I znów to José „zaopatrywał" mnie w słowa. Przedstawiłem go drużynie, po czym wspomniałem, że pracowaliśmy już wcześniej i będzie moim pośrednikiem. „Dumny" - to kolejne słowo, które podkreśliłem. Byłem dumny z bycia ich trenerem. „Ciężka praca to podstawa każdego sukcesu w dowolnym klubie piłkarskim", powiedziałem im wtedy i dodałem, że „wspólnie osiągniemy wielkie rzeczy."

Johan Cruyff był napędem tej maszyny. Duchem szatni. Nawiedzał mnie we wczesnych dniach. Mój poprzednik był jednym z najlepszych graczy świata i bohaterem dla wielu kibiców Barcelony nawet mimo tego, że źródło jego sukcesów jako szkoleniowca wyschło. Dla wielu mieszkańców miasta ucieleśniał on artystyczną duszę klubu. W moim krótkim powitalnym przemówieniu nawiązałem do Johana i poprosiłem piłkarzy o to samo zaangażowanie, jakie okazywali jemu.

Najcenniejszym kapitałem na starcie były moje wcześniejsze doświadczenia. Moja praca na treningach ugruntowała moje kompetencje, uwiarygodniła je w oczach piłkarzy. A to był mój paszport do porozumienia i sukcesu. Przez większość poranków rozrysowywałem program treningowy na podręcznej tablicy i omawiałem go ze współpracownikami - dwadzieścia minut tego, piętnaście tego. „Todos comprehendos?", pytałem i ruszaliśmy dalej.

Nie mogłem jednak nic zrobić z faktem, że w tamtym czasie FC Barcelona była klubem głęboko podzielonym. Odłam procruyffowski z jednej strony, klika antycruyffowska z drugiej. Prezydent, Josep Lluis Núñez, twardo walczył o utrzymanie swojej władzy. Wszystko to tworzyło środowisko mocno upolitycznione, a ja nigdy nie angażowałem się w takie sprawy.

Cruyff był tam trenerem przez osiem lat, z różnym skutkiem, ale nie wygrał nic przez poprzednie dwa sezony. Jako silna osobowość, która lubi narzucać swoją wolę - Johan był przez niektórych typowany do ubiegania się o stanowisko prezydenta klubu. Moim zdaniem ludzie, którzy rządzili klubem, chcieli się go pozbyć zanim będzie zbyt wpływowy i stanie się potężnym konkurentem politycznym do schedy po urzędującym prezesie. Brak trofeów przez dwa sezony dał jego przeciwnikiem dobry pretekst nie tylko do pozbawienia go posady, ale i dotychczasowej pozycji w klubie.

Z początku nic nie wiedziałem o grach politycznych za kulisami. Byłem zachwycony perspektywą poprowadzenia Barcelony. Tylko to mnie interesowało. Nie patrzyłem na ukryte układy. Miasto również było podzielone. Niektórzy ludzie twierdzili, że Johan powinien mieć status świętego. Praktycznie przyjechałem do klubu, gdzie połowa kibiców mnie nie chciała.

Tym gorzej, że na te same frakcje były również podzielone media. Oprócz piątków codziennie mierzyłem się z pięćdziesięcioma akredytowanymi dziennikarzami oglądającymi treningi. Wszyscy szukający sensacji. Część z nich chciała dać mi szansę, inni byli przeciwko mnie od samego początku. Przyniosło to efekt w postaci nadzwyczajnych komedii w lokalnej prasie. Jak w styczniu 1997 roku kiedy zostaliśmy skrytykowani przez kilka gazet za wygraną nad Rayo Vallecano 6-0. Prowadziliśmy do przerwy 5-0, a nagłówki brzmiały: „Barcelona wygrała 6-0, ale nie gra widowiskowo". Czysty surrealizm. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

Jak większość trenerów Barcelony, i ja doświadczyłem potraktowania „białymi chusteczkami". W hiszpańskiej piłce machanie białymi chusteczkami jest gorzką oznaką dezaprobaty. Najgorszym przykładem był mecz przeciwko Atlético Madryt. Przegrywaliśmy 3-0, ale w końcu wygraliśmy 5-4 w najbardziej niewiarygodnym meczu w całej mojej karierze... Myślałem, że na trybunach pada śnieg.

Jeżeli widzowie machają na ciebie lub drużynę, nie jest to przyjemne, ale też nie ostateczne. Jednak gdy wszyscy zrywają się z krzeseł i machają w stronę prezydenta - to koniec, anno domini. Wtedy jesteś martwy. Prezydent nie ma nic przeciwko jeżeli widzowie potraktują trenera „białymi chusteczkami", lecz gdy są one kierowane do niego - jesteś na wylocie. Albo ty albo on. W systemie wyborczym hiszpańskich klubów prezydent potrzebuje głosów członków klubu by zatrzymać posadę. Daje to kibicom ogromną władzę.

Atlético było pogardzane przez naszych kibiców niemalże tak samo jak Real Madryt - stąd ich gniew kiedy przegrywaliśmy 3-0 i to przeciw mniejszemu ze stołecznych klubów. Później dowiedziałem się, że dyrektorzy w przerwie zrobili zebranie i zdecydowali „jeżeli wynik się nie zmieni, Bobby odchodzi". Wariactwo! Zmienność w klubie była oszałamiająca. Nic nie było pewne. Histeria zarządu zamiatała trenera z ziemi przy najmniejszym okazaniu słabości drużyny. Poza tym zawsze zdumiewało mnie tam, że przy najmniejszej zmianie nastrojów kibiców, jedynym do wymiany jest trener. Piłkarze zostają. Trener odchodzi. Zawsze wydawało mi się to niesprawiedliwe.

Nic nie przebije „derbów" Barcelony z Realem Madryt pod względem intensywności, wrogości i pasji. To było najsilniej wypełnione emocjami widowisko w jakim się znalazłem po ponad 50 latach w świecie piłki. To wszystko przechodzi na piłkarzy. W meczu nie brakuje brudnych gierek. Adrenalinę czuje się w powietrzu. W oczach piłkarzy widzisz autentyczną wrogość, gniew. Byłem świadom znaczenia tych pojedynków. Są spotkania, których nie możesz przegrać. Podczas mojego rocznego pobytu graliśmy z nimi cztery razy. Przegraliśmy na wyjeździe w lidze, ale wygraliśmy potem w Barcelonie; w Pucharze Hiszpanii zremisowaliśmy na Bernabéu i wygraliśmy u siebie. Czyli w przełożeniu na bezpośrednie pojedynki: wygrałem. Uwierzcie, to ogromnie pomogło.

To wyjątkowe, wspaniałe mecze grane w zatrważającym tempie. Nie da się ich zwolnić, są jak partia tenisa - jeden długi rajd, na najwyższej kondycji i pełne fenomenalnej techniki. Co za przeżycie! W kategoriach piłkarskich Hiszpania nie jest łaskawym krajem i dwaj giganci wzbudzają ogromna wrogość w małych klubach... Pemiątam sytuację, kiedy przegrywając 3-1 wygraliśmy na koniec 4-5 z Realem Saragossa. Ronaldo odwrócił losy spotkania, a miejscowa publiczność ruszyła na nas. Kiedy opuszczaliśmy boisko zostaliśmy obrzuceni różnymi możliwymi przedmiotami, a później przetrzymywani w szatni przez ponad godzinę dla własnego bezpieczeństwa. Na zewnątrz czekały na nas setki nieprzyjaznych kibiców. Uciekliśmy tylnym wyjściem i potem bocznymi uliczkami, unikając pozdrowień od przelatujących cegłówek.

Dodatkową komplikację na początku mojej pracy w Barcelonie stanowiła obecność w składzie syna Johana, Jordiego. Johan byłby na widowni co mecz obserwować syna. Jordi był wtedy piłkarzem podstawowego składu. Nieuchronnie, Jordi wracałby do domu i opowiadał tacie wszystko, co mówiłem w szatni, jakim jestem trenerem i jaki bezpośrednio, co i jak trenowaliśmy, jaką jestem osobą. Nie trwało długo żeby rozgryźć, że to sytuacja nie do zaakceptowania dla nas wszystkich. Jakkolwiek miłym człowiekiem by nie był, Jordi był kretem w szatni. Zarząd doradził mi, że należy się go pozbyć. Zgodziłem się. Jordi był zakochany w Barcelonie i nie chciał odchodzić, ale Joan Gaspart zadzwonił do Martína Edwardsa, wówczas prezesa Manchesteru United, i zaaranżował jego przeprowadzkę na Old Trafford. Czuliśmy, że należy zapewnić mu przeniesienie do równie dużego klubu. Zesłanie go niżej w dół łańcucha pokarmowego nie byłoby fair.

(cdn.)

1. José Mourinho - tłumacz i asystent Robsona od czasu pracy Anglika w Porto.

Sir Bobby Robson - były gracz Fulham i WBA, 20-krotny reprezentant Anglii, którą sam trenował w latach 1982-1990. Trenerski obieżyświat, prowadził m.in. Ipswich Town, PSV Eindhoven, Sporting Clube Lizbona, Porto i Barcelonę. Fragment pochodzi z wydanej w 2005 roku autobiografii Sir Bobby'ego.

Z oryginału przetłumaczył dla Czytelników FCBarca.com jeden z gości naszego portalu, Adrian.

O autorze: cesc vel Adrian - Młodszy od Davida V. o 20 parę dni kibic skaczący (prawie) pod sufit w 1992, płaczący do poduchy 2 lata później i triumfujący pomimo gróźb i wyzwisk w "jaskini lwa" w 2006 roku, gdy przy stanie 2-1 krzyczał ku niezadowoleniu reszty zebranych "One f@#%$ more!". Podczas jednej z wycieczek na bazarowe wyprzedaże znalazł książkę bez obwoluty. Twarda, podniszczona niebieska oprawa bez tytułu. Dopiero w środku widniały słowa, które widzicie powyżej.
Poza zamiłowaniem do piłki, wielki entuzjasta prostoty i urody języka angielskiego oraz wszelakich jego akcentów.

Korekta i edycja: Redakcja

Udostępnij:

Komentarze (7)

Gorące tematy