Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Bobby Robson w Barcelonie: Szatnia i sprowadzenie Ronaldo

 3 czerwca 2013, 00:25

 Redakcja

 18 komentarzy

"Pożegnanie, a nie rozstanie. Moja autobiografia", Bobby Robson i Paul Hayward

Rozdział XIII  Plac zabaw (cz. II)

Skład pierwszej drużyny również nie był wolny od polityki klubu i ponownie media odegrały główną rolę, wkładając kij w mrowisko. W noc kiedy odrobiliśmy 3-0 z Atlético Madryt, niektóre gazety twierdziły, że to piłkarze poukładali wszystko w przerwie meczu, stąd - jak twierdziła prasa - ich doskonała postawa po przerwie.

To naprawdę mną wzburzyło. Czy "Gica" Popescu i Laurent Blanc sami się zdjęli w trakcie przerwy? Czy mój kapitan na ochotnika zszedł z boiska? Prawda jest taka, że to ja zdjąłem dwóch graczy destrukcji i wprowadziłem dwóch ofensywnych co odwróciło losy meczu. Tamtego wieczora musiałem powiedzieć kapitanom drużyn Francji i Rumunii, że nie wychodzą na drugą połowę. Wielka w tym wszystkim zasługa Josepa Guardioli, który następnego dnia wydał osobiste oświadczenie, rozwiewające wszelkie wątpliwości o micie buntu graczy w trakcie przerwy.

Lubiłem „Pepe" - jak go nazywaliśmy. Był wielkim piłkarzem. Znał zasady gry i wiedział jak się prowadzić. Niektórzy piłkarze nie widzą nic poza sobą, są bezużyteczni w innych aspektach niż piłka. Nie ma szans zaangażować ich w jakąkolwiek rozsądną rozmowę, ale Pepe miał klasę i postawę godną naśladowania. Zawsze zabierał cenny głos w przerwie: „Ich siódemka za często posiada piłkę" i tym podobne. Lubiłem również Popescu, którego trenowałem wcześniej w PSV. Z kolei Stoiczkow - prawdziwy charakter. Dogadywali się świetnie z Jose. Choć Christo miał reputację bycia trudnym człowiekiem, okazał się szczery i pełen szacunku - całkowita przeciwność tego, czego się spodziewałem. Prawdę powiedziawszy był jedynym z całej szatni, którego widziałem jako potencjalną przyczynę kłopotów w szatni, tymczasem okazał się wielkim profesjonalistą. Akceptował - z prawdziwą godnością - spędzenie całego meczu na ławce, albo epizodyczną rolę zmiennika w samej końcówce meczu.

Kiedy piłkarze jęczeli mediom, że nie są w wyjściowym składzie, zwoływałem zebrania i mówiłem im: "Patrzcie, mamy świetną pracę i dobre pensje, ale jesteśmy w tym wszystkim razem. Jeżeli nie gracie w wyjściowym to tylko dlatego, że podjąłem decyzję pomiędzy dwudziestką znakomitych piłkarzy. Jeżeli nie zostałeś wybrany, zachowaj to dla siebie, nie ma potrzeby od razu lecieć z żalami do prasy, bo to oznaka braku szacunku w stosunku do kolegów, którzy grają. Kiedy sytuacja się odwróci i to ty pojawisz się w „podstawie" zamiast kolegi, on będzie ci wtedy winny trzymanie gęby na kłódkę, bo wcześniej to samo zrobiłeś wobec niego gdy grał, a ty siedziałeś na ławie. Respekt musi być obustronny. Tak będziemy pracować w tym klubie."

Jednym z sukcesów mojego roku w klubie było sprowadzenie do tego katalońskiego Koloseum Ronaldo. Zajęło mi pełne cztery tygodnie, żeby kupić najlepszego brazylijskiego napastnika młodego pokolenia.

„Bobby, potrzebujemy klasowego napastnika, kogoś kto będzie imponował kibicom i strzelał gole. Znasz kogoś takiego?" zapytał mnie pewnego dnia Núñez.
„Owszem, znam. Jest pewien chłopak w Anglii, którego bardzo lubię. Nazywa się Alan Shearer. Trafia z każdej pozycji. Karm go dobrymi piłkami, co Guardiola i Stoiczkow doskonale potrafią, a będzie strzelał gole nawet czubkiem nosa. Zdobędzie 30 w sezonie, gwarantuję to. A do tego jest w porządku gościem." Aby zbadać moje zapewnienia, klub wysłał Joana Gasparta na Wembley żeby obejrzał Shearera grającego przeciwko Hiszpanii podczas Mistrzostw Europy.
Dodatkowa rekomendacja na temat Shearera przyszła od Terry'ego Venablesa, który na EURO 1996 był trenerem Anglików. Do 1984 roku jego nazwisko nie mówiło wiele Gaspartowi. Szukali wtedy trenera i skontaktowali się ze mną, gdy sam trenowałem kadrę Anglii. Poleciłem go i wkrótce Venables został trenerem Barcelony. Gaspart spotkał się z nim przy okazji swojej wizyty latem 1996 i rozmawiali o Shearerze.

Z poparciem władz klubu i pieniędzmi na transfer zadzwoniłem później do Ray'a Hartford'a, ówczesnego managera Blackburn Rovers.

„Ray, chcę Cię tylko uprzedzić, że kupimy Alana Shearera", zacząłem.
„Nie ma szans. On nie jest na sprzedaż", odparł. „Nie wypuszczą go za żadne pieniądze."
„Mamy dużo do wydania", próbowałem dalej.
„Bobby, on nie jest na sprzedaż i nie chcę żebyś go rozpraszał, więc nie chcę niczego w gazetach. Jeżeli on dowie się, że jesteście zainteresowani - będę wiedział, że użyłeś jakiegoś tylnego wejścia, a tego bym się po tobie nie spodziewał".

Kiedy zdałem raport prezydentowi Barcelony, zapytał czy mam na oku jeszcze kogoś. Powiedziałem mu o Ronaldo, chłopaku z niezwykłym potencjałem. Dwudziestolatek z lepszą techniką niż Shearer, ale nie tak silny i dojrzały.
„Ile?", spytał Núñez.
„No cóż, znam ten klub i myślę, że wezmą dziesięć milionów dolarów".

PSV miało bogatą historię sprzedawania zawodników do wielkich klubów. W tym miejscu muszę wspomnieć, że niedługo po tym Blackburn sprzedało Alana Shearera do Newcastle United za 15 milionów funtów. Tego samego Shearera, który nie był na sprzedaż. Nieważne. Nasza oferta za Ronaldo została odrzucona.
„Co teraz?" spytał Núñez.
„Zaoferuj jedenaście" powiedziałem, co przyniosło tę samą odpowiedź Holendrów i to samo pytanie Núñeza.
„Zaoferuj dwanaście" powiedziałem. Ta oferta również została odrzucona.

Któregoś razu Núñez podniósł palec i ostrzegł mnie: „Bobby, zdajesz sobie sprawę, że od tego zależy twoja praca?" Nie rozegrałem jeszcze ani jednego meczu, a już wisiała nade mną groźba zwolnienia. Podnosiliśmy stawkę, aż doszliśmy do 18 milionów dolarów. „OK. Tyle wystarczy" oświadczył Núñez.

„W porządku", odpowiedziałem. „Przyprawimy ich o zimne poty, ponieważ znam PSV i wiem, że potrzebują pieniędzy. Zaczną panikować i martwić, czy może nie chcieli być za sprytni. Sami do nas wrócą". Ale się nie odezwali. Minęło pięć lub sześć dni i nic. Pomimo reklamy, jaką zrobiliśmy Brazylijczykowi, żaden klub nie dołączył do wyścigu, co zdziwiło mnie na tyle, że zacząłem kwestionować swój własny osąd. Pomyślałem: „Czy dostrzegam w nim coś, czego inni nie widzą, czy raczej jest z nim coś nie tak, co widzi każdy oprócz mnie?"

Większość naszych rozmów przechodziła przez Jose, ponieważ Núñez nie mówił po angielsku, a mój szczątkowy hiszpański nie był nawet w procencie tak dobry, by pozwalał mi prowadzić złożone dyskusje biznesowe. Ale miałem inny pomysł. Zapytałem prezydenta: „Czy masz coś przeciwko, bym osobiście zadzwonił do prezydenta PSV?". Dostałem pozwolenie i zadzwoniłem do Harry'ego Van Raay'a.

„Harry, cały czas zwodzisz nas z Ronaldo i odrzucacie nasze oferty. Mogę spytać, jaka kwota będzie dla ciebie zadowolająca? Nie mówię, że prezydent od razu ją zapłaci, chcemy tylko poznać tę magiczną liczbę."
„Cóż" odparł Harry, „możemy wziąć dwadzieścia".
„Możecie czy weźmiecie?" zapytałem. Chwila ciszy. Pomyślał i odparł: „Tak, weźmiemy dwadzieścia".
Przekazałem to Núñezowi. „Co, 20 milionów dolarów?! Wcześniej miało być dziesięć!" zaczął powtarzać. W kółko i w kółko tylko te trzy słowa: „Przecież mówiłeś dziesięć!" „No tak, ale przecież to nie ja kontroluję", starałem się bronić.

Sprawę komplikowało kilka czynników. Ronaldo miał wtedy dwadzieścia lat, był niesamowicie uzdolniony i w końcu pochodził z Brazylii, co sprawiało, że idealnie pasował do piłkarskiej kultury FC Barcelony. To był hazard, ale potencjalnie bardzo opłacalny. Nakłoniłem Núñez'a do zapłacenia. Jeśli Ronaldo okazałby się fiaskiem, jestem pewny, że kosztowałoby to mnie posadę. Ostatecznie, podpisaliśmy umowę na osiem lat. Osiem miesięcy później został sprzedany do Interu Mediolan za 38 milionów dolarów. Czemu? Agenci. Ronaldo był tak dobry, że pod koniec jego pierwszego i jedynego sezonu występów w koszulce Barçy wszyscy trzej jego agenci zbiegli się do klubu, żeby renegocjować kontrakt. Według tradycyjnego hiszpańskiego prawa, miał on w kontrakcie klauzulę wykupu z ustaloną kwotą, za którą mógł odejść, jeżeli jakikolwiek inny klub był skłonny ją zapłacić. Po trzech miesiącach od jego przyjścia zapytałem Joana Gasparta: „Chłopak jest niesamowity. Czy klub się zabezpieczył?"

Kiedy jego agenci rzucili się z pochlebstwami, Ronaldo po prostu grał w piłkę, zostawiając wyczerpujące sprawy dotyczące nowego kontraktu trójce swoich reprezentantów. Nowy kontrakt został dogadany, ale kiedy przedstawiciele piłkarza zażądali swoich prowizji za branie udziału w negocjacjach, oburzony Núñez podarł umowę i sprzedał Ronaldo do Interu.

Całą tę przykrą poniekąd historię wspominam z dumą, ponieważ odegrałem pewną rolę w jego drodze do panteonu najlepszych piłkarzy świata. Był fenomenem. Miał oszałamiające statystyki i to pomimo tego, że straciliśmy go w kwietniu, kiedy grał dla Brazylii na Copa America. Finał hiszpańskiego pucharu graliśmy bez niego i Giovanniego, naszego kolejnego wielkiego transferu tamtego lata. Na szczęście Ronaldo był z nami w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Strzelił w nim z karnego jedyną bramkę meczu.

Był świetnym chłopakiem, prawdziwym pasjonatem futbolu, pełnym szacunku dla mnie jako trenera i starszych kolegów. „Buenas dias, Mister" mówił, kiedy pędził na treningi, w których pokazywał swoją wielką energię do pracy. „Una mas, Mister" - mówił, gdy próbowałem kończyć jego trening strzelecki. Zamiast tego podawałem mu kolejną piłkę... i kolejną, i kolejną. Dosłownie zniszczył mnie kiedy pierwszy raz zdjął przy mnie koszulkę. Wyglądał jak bokser. Miał niesamowity biceps i szerokie ramiona. Był strasznie silny i szybki.

W odróżnieniu od Romario, który poruszał się bardzo wysoko po boisku, Ronaldo się cofał, mógł zebrać piłkę na środku boiska, obrócić się i ruszyć na bramkę przeciwnika. Cokolwiek miałby na przeszkodzie, znalazłby drogę. Widziałem jak pokonuje 25, 30 czy 35 metrów mijając rywali z taką łatwością jak robi to teraz Wayne Rooney, albo Jermain Defoe, który robi to samo, ale wyżej. Ronaldo mógł wystartować z linii środkowej i rozniecał cały stadion jakby prąd biegł po widowni.

Pamiętam jego bramkę przeciwko Valencii, po tym jak zszedł do linii środkowej żeby wyciągnąć całą defensywę rywali i momentalnie zgubić krycie obu stoperów. Wziął piłkę i wbiegł pomiędzy te dwie wieże, które zaraz do niego doskoczyły. Piłka zupełnie ich nie interesowała, jedynym celem było przewrócenie napastnika. A jednak on utrzymał się na nogach, ominął pierwszego, otarł się o drugiego i strzelił obok bramkarza. Cała ławka eksplodowała.
„Patrz na to, Jose", wyskoczyłem przy linii jak dziecko. „Po prostu popatrz, co za gol! Co za niesamowity gol!"

Ze smutkiem patrzyłem, jak odchodzi. Był uwielbiany przez kolegów i kibiców. Mówiłem mu: „Ronaldo, nigdy w życiu stąd nie odchodź". Miał całą Katalonię u stóp. Cały naród. Dziewczyny go adorowały. Codziennie przed boiskiem treningowym było 250 osób czekających, aż się pokaże. Dziewczyny biegały wokół jego auta i posyłały całusy. Raz popełniłem błąd. Wyszedłem z treningu zaraz za nim. Samo przeciśnięcie się przez bramę i tłum zajęło mi 30 minut. Od tamtej pory uzgodniliśmy z Jose: „Dopilnuj, że nigdy więcej nie wychodzimy z treningu zaraz za Ronaldo".

Trzymaliśmy go w ryzach. Na tym etapie życia nie miał nawyku prowadzenia życia playboya, skłonności do blichtru, ale na jednej z wycieczek do domu kupił wyspę w Brazylii. Dowiedziałem się o tym z prasy. „Naprawdę?", zareagowałem zdumiony „Też byłem wczoraj na zakupach, ale kupiłem tylko jedwabny krawat". Wszyscy się śmiali.

Patrząc na te osiem miesięcy Ronaldo na Camp Nou - chodziło wyłącznie o futbol. To był jego najlepszy sezon w całej karierze. Na boisku był wspaniały, a do tego nie miał żadnych kontuzji.


Sir Bobby Robson
- były gracz Fulham i WBA, 20-krotny reprezentant Anglii, którą sam trenował w latach 1982-1990. Trenerski obieżyświat, prowadził m.in. Ipswich Town, PSV Eindhoven, Sporting Clube Lizbona, Porto i Barcelonę.
Fragment pochodzi z wydanej w 2005 roku autobiografii Sir Bobby'ego.

Z oryginału przetłumaczył dla Czytelników FCBarca.com jeden z gości naszego portalu, Adrian.

O autorze: cesc vel Adrian - Młodszy od Davida V. o 20 parę dni kibic skaczący (prawie) pod sufit w 1992, płaczący do poduchy 2 lata później i triumfujący pomimo gróźb i wyzwisk w "jaskini lwa" w 2006 roku, gdy przy stanie 2-1 krzyczał ku niezadowoleniu reszty zebranych "One f@#%$ more!". Podczas jednej z wycieczek na bazarowe wyprzedaże znalazł książkę bez obwoluty. Twarda, podniszczona niebieska oprawa bez tytułu. Dopiero w środku widniały słowa, które widzicie powyżej.
Poza zamiłowaniem do piłki, wielki entuzjasta prostoty i urody języka angielskiego oraz wszelakich jego akcentów.

Korekta i edycja: Redakcja

Udostępnij:

Komentarze (18)

Gorące tematy