Bobby Robson w Barcelonie: Najdroższy skaut świata

Redakcja

17 czerwca 2013, 14:51

22 komentarze

"Pożegnanie, a nie rozstanie. Moja autobiografia", Bobby Robson i Paul Hayward

Rozdział XIII  Plac zabaw (cz. III)

Jak wkrótce się okazało, podobnie do Ronaldo stałem się bardzo poszukiwanym nazwiskiem na rynku pracy. W styczniu 1997 roku, po zaledwie sześciu miesiącach pracy, z niezwykle dla mnie kuszącą ofertą przybyła do Barcelony delegacja z Wysp. W jej skład wchodzili Freddie Fletcher, Freddy Shepherd, Dougas Hall i jego ojciec, Sir John Hall. Spotkaliśmy się w moim domu w Sitges.

Powiedzieli: „Kevin Keegan odchodzi. Chcemy, abyś wrócił do domu i poprowadził Newcastle".

Ciężka sprawa, taki obrót spraw przyprawiał mnie o spore udręczenie. To było Newcastle United - nawet Arsenal czy Manchester United nie były tak bliskie mojemu sercu! - ale byłem wówczas bardzo szczęśliwy tam gdzie byłem, drużyna radziła sobie świetnie i prowadziliśmy szczęśliwe życie w Sitges. O jedna ulicę od promenady... Powiedziałem o tej propozycji Núñez'owi, wyjaśniłem mu jak wyjątkowa była dla mnie możliwość prowadzenia klubu, który czciłem jako chłopiec. - Niemożliwe, odparł prezes. - Nikt nie odchodzi z Barcelony. My zwalniamy ludzi, ale to nie działa w drugą stronę. Od nas się nie odchodzi.

Tymi słowami zadecydowali za mnie. Pomimo silnych więzi, jakie łączyły mnie z Newcastle i północno-wschodnią Anglią jako regionem - czekałem całe osiemnaście lat na poprowadzenie FC Barcelony i chciałem pociągnąć ten etap do końca. Oczywiście nie miałem możliwości wiedzieć, że klub szykował już Louisa Van Gaala jako mojego następcę od lata. Poza tym, zgodnie z moimi warunkami zatrudnienia, klub po pierwszym sezonie mógł zmienić moją posadę z trenera na dyrektora sportowego. W moim kontrakcie była również zamieszczona klauzula - o której w całej euforii rozmów z Newcastle zupełnie zapomniałem - mówiąca, że musiałbym zapłacić podwójną kwotę mojego rocznego wynagrodzenia, jeżeli sam zdecydowałbym się odejść.

Elsie* miała wspaniałe powiedzenie: „Każdego dnia swego życia każdy człowiek powinien mieć możliwość oglądania morza albo gór, bądź wybrania się na spacer po lesie". To piękne słowa. Podczas pobytu w Katalonii codziennie miałem za oknem błękit Morza Śródziemnego. Jeździłem wzdłuż nadmorskiej promenady, nieustannie starając się wpatrywać w morze po prawej stronie, aż do autostrady, która prowadziła do Barcelony oddalonej o 30 minut drogi. W ciągu prawie dwóch lat spędzonych w Sitges, mieliśmy z Elsie 72 gości. Siedemdziesięcioro dwoje! Przyjeżdżali nasi synowie, ich znajomi, gościł u nas mój chirurg, Huw Davies, ze swoją żoną i dziećmi, a także wiele innych osób.

O tym, że po sezonie Louis Van Gaal zajmie moje miejsce, zaczęło się mówić w lutym, ale wszystko potwierdziło się dopiero na sam koniec sezonu.

Prezydent i jego ludzie byli nieświadomi, że José nauczył się katalońskiego. Poinstruowałem mojego asystenta, żeby się nie przyznawał w celu podsłuchiwania ich rozmów. Pod koniec sezonu zarząd ciągle powtarzał: „Świetna robota, nie martw się o nic, wypełnimy twój kontrakt", co oczywiście zrobili, ale z drugiej strony chcieli zatrudnić Louisa, z którym podpisano już wstępną umowę, którą również chcieli wypełnić, a to już była dla mnie zła nowina. Van Gaal ogłosił w trakcie sezonu, że latem odchodzi z Ajaksu. Miał rewelacyjne CV i Barcelona podpisała z nim umowę wstępną, co oczywiście kolidowało z moją dwuletnią umową. Nie chcieli żeby odszedł do Bayernu Monachium czy Lazio, więc podpisali umowę zawczasu. Louis zapytał zarząd „A co z Bobbym Robsonem?" i mogę się tylko domyślać, że odpowiedź brzmiała "Nie martw się o to. Przyjdziesz po wypełnieniu przez Bobby'ego połowy jego kontraktu". Johan Cruyff nie wygrał nic przez dwa lata i można założyć, że po nieudanym początku sezonu zarząd założył, że mi też się nie uda i będzie łatwo usunąć mnie już po pierwszym roku.

Tymczasem wygrałem Puchar Hiszpanii, Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar, ligę zakończyliśmy na drugim miejscu, dwa punkty za Realem Madryt, który rozegrał ogółem czternaście meczów mniej od nas, ponieważ nie był zaangażowany w żadne rozgrywki europejskie. Miałem fenomenalny rok. Tym samym ośmieszyłem zakulisowe działania prezydenta i zarząd. Nie wiedzieli, co teraz zrobić, tym bardziej, że zdobyłem wielkie poparcie kibiców. Wreszcie Joan Gaspart powiedział kiedyś nieśmiało „Co możemy zrobić? Mamy Luisa Van Gaal'a który przychodzi jako nowy trener."

Moja odpowiedź była prosta. „Powiem Ci, co zrobić - pozbądź się go. Ja mam podpisany dwuletni kontrakt i chcę go wypełnić!". Wyobraźcie sobie powiedzieć coś takiego do Gasparta! Ale spodziewając się prawnych komplikacji wynikających z całej sytuacji, postanowiłem zachować się jak dżentelmen. Zwołaliśmy zebranie. Przybył na nie również Louis, który ogłosił: „Jeżeli to ma być problem, pozwólcie Bobby'emu dopełnić kontrakt, a ja poczekam z boku i zajmę się skautingiem, drużynami młodzieżowymi i tak dalej". Widziałem, że Luis mówi to raczej niechętnie, ze szczyptą goryczy. Prezydent odrzucił jego propozycję i mogłem się już spodziewać, w jaką stronę to zmierza.

„Słuchaj, Louis - powiedziałem - ty jesteś przyszłością więc ty przejmiesz pierwszą drużynę, a ja usunę się na bok. Uściśnijmy sobie ręce i załatwmy to w miłej atmosferze. Będę twoim skautem. Mów mi tylko, kogo obserwować i będę oglądał kogo trzeba. Zejdę ci z drogi, nie będę kopał pod tobą dołków pod tobą. Nie muszę nawet pojawiać się w klubie". Muszę przyznać, że Louis zawsze wykazywał do mnie wielki szacunek.

A ja miałem rok przerwy, taki piłkarski sabbatical. Przez ten czas zajmowałem się skautingiem. Oficjalnie moje stanowisko brzmiało: "Dyrektor do spraw nowych kontraktów". Czyli byłem najlepiej opłacanym skautem świata. Pojechałem na Puchar Narodów Afryki, na którym nigdy wcześniej nie byłem. Klub płacił mi pensję, pięciogwiazdkowe hotele i oprócz tego wszystkie przeloty w pierwszej klasie. Żeby dotrzymać obietnicy danej Louisowi, już ani razu nie pojawiłem się na treningu. Kochałem życie jakie prowadziłem przez tamten rok. Siedziałem w domu w Sitges przez trzy czy cztery dni planując kolejną podróż i znowu wskakiwałem do samolotu. Jeździłem do Francji, Włoch, Holandii, Niemiec, do Anglii nie za wiele. Byłem w Brazylii i Argentynie, by później w Egipcie oglądać Młodzieżowe Mistrzostwa Świata. Kierowcy odbierali mnie z mojego cudownego hotelu by pokazać Port Said i Aleksandrię. Kwestia pieniędzy nie istniała. Popołudniami siadywałem przy basenie, czytałem mnóstwo książek, chodziłem na spacery i zakupy. Spotykałem wielu ludzi piłki.

Któregoś dnia - to było w Argentynie - zadzwonił Louis. Mówi tak: „Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. Poleciałbyś w moim imieniu do Rio De Janeiro?"
„Tylko jeżeli to robota na trzy miesiące" - zaśmiałem się.

Znalazłem się w środku derbów Rio obok 100.000 kibiców. Moim zadaniem było obserwowanie lewego obrońcy.
Pracowałem z sumiennością, wypełniałem dziesiątki papierów, z którymi pomagała mi hiszpańska sekretarka. Odsunięcie na boczny tor było rozczarowujące, ale nie narzekałem, nie byłe zrzędą, bo wciąż czułem się ważną częścią klubu o dużej decyzyjności. W sierpniu swojego pierwszego roku, Louis poinformował mnie, że zamierza kupić Steve'a McManamana z Liverpoolu.

Byłem zaskoczony. „Jesteś pewien? On się nie sprawdzi."
„Dlaczego?" zapytał Luis.
„Z dwóch powodów. Pierwszy: jego kończące podania pozostawiają wiele do życzenia, a po drugie w ciągu sezonu zdobędzie góra trzy gole."

Zaoferowałem się obejrzeć McManamana podczas ich pierwszego meczu sezonu z Coventry. (...) Po meczu nadal uważałem „Nie, to nie to, nic dla Barçy". Zadzwoniłem do Louisa i zdałem mu szczegółowy raport. „Słuchaj", powiedziałem później, „lepiej wyświadcz przysługę sobie i klubowi. Kup Rivaldo z Deportivo La Coruña. To lewonożny Brazylijczyk, potrafi grać szeroko na skrzydle. Da ci jakieś siedemnaście goli na sezon, z czego dziesięć z samych rzutów wolnych. Umie podkręcić piłkę nad murem jak mało kto. To on jest tym, którego szukasz".

Byłem z siebie dumny. Po sprowadzeniu Ronaldo, zarekomendowałem klubowi Rivaldo, dwóch najlepszych Brazylijczyków swoich czasów. Kiedy później któregoś razu wpadłem na niego w klubie, zażartowałem „Hey, muchas gracias para mi". Dał Barcelonie dwa lub trzy fenomenalne sezony.

W międzyczasie, zyskałem mnóstwo sympatii na ulicach Barcelony, czego efekty widziałem na każdym kroku, gdy ludzie ze łzami w oczach skandowali do mnie z daleka „Bobby! Bobby!".

(...)

Napastnicy - ach, widziałem z bliska tych najwspanialszych. Pomyślcie o Shearerze w jego najlepsze formie, Romario w najlepszej formie, Ronaldo w najlepszej formie, Van Nistelrooy, Gary Lineker, Paul Mariner w Ipswich... Tylko nie każcie mi wybierać mojego numeru jeden.

* Żona Bobby'ego Robsona.

Sir Bobby Robson - były gracz Fulham i WBA, 20-krotny reprezentant Anglii, którą sam trenował w latach 1982-1990. Trenerski obieżyświat, prowadził m.in. Ipswich Town, PSV Eindhoven, Sporting Clube Lizbona, Porto i Barcelonę. Fragment pochodzi z wydanej w 2005 roku autobiografii Sir Bobby'ego.

Z oryginału przetłumaczył dla Czytelników FCBarca.com jeden z gości naszego portalu, Adrian.

O autorze: cesc vel Adrian - Młodszy od Davida V. o 20 parę dni kibic skaczący (prawie) pod sufit w 1992, płaczący do poduchy 2 lata później i triumfujący pomimo gróźb i wyzwisk w "jaskini lwa" w 2006 roku, gdy przy stanie 2-1 krzyczał ku niezadowoleniu reszty zebranych "One f@#%$ more!". Podczas jednej z wycieczek na bazarowe wyprzedaże znalazł książkę bez obwoluty. Twarda, podniszczona niebieska oprawa bez tytułu. Dopiero w środku widniały słowa, które widzicie powyżej.
Poza zamiłowaniem do piłki, wielki entuzjasta prostoty i urody języka angielskiego oraz wszelakich jego akcentów.

Korekta i edycja: Redakcja

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

i wlasnie takimi decyzjami - zarzád Barcy - powoli wpédzal Barce w finansowa przepasc i mega dlugi - zdublowane stanowiska 1wszego trenera i takie np.oplacanie wszyyystkich zachcianek takiego Robsona.Takiego prezydenta to powinno sie zywcem spalic na stosie...

zgadza sie. rewelacja. i dodac trzeba ze i z niejednego postkomentarza wiele idzie sie ciekawego dowiedziec. dzieki Redakcjo. dzieki Forum.

Jak dobrze pamietam to juz 3 czesc i kazda nastepna jest lepsza od poprzedniej , uwielbiam czytac takie rzeczy. piona

i z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały ! Pozdrawiam

IceMan, davson92, - Muchas Gracias amigos.

Podziękujcie Challengerowi za poprawki i umożliwienie publikacji. Ja osobiście przy następnej wizycie we Wrocławiu muszę Karola na piwo wyciągnąć.

Autor cesc vel Adrian - chciałbym sie dowiedzieć czy autobiografie Sir Bobby Robsona mozna gdzieś jeszcze dostać oczywiście w Języku Polskim?

O to co powiedzial Legendarny Anglik po meczu Reprezentacji Anglii przeciwko Argentynie w 86r. To nie była ręka Boga. To była ręka szubrawcy. Bóg nie miał z tym nic wspólnego… Maradona stracił w moich oczach na zawsze.

Sir Bobby Robson

I chciałem podziękować Szanownej Redakcji za tak zwana reaktywacje pamięci dziękuje i liczę na wiecej artykułów odnośnie autobiografii Sir Bobby Robsona do którego mam wielki sentyment wydaje mi sie ze to on po latach posuchy na krajowym jakim międzynarodowej arenie natchnal nowego ducha gry pokazał ze Barcelona moze wrócić do walki o najwyższe cele poza tym dowiedziałem sie czego nie wiedziałem wcześniej ze to Robson był orędownikiem transferu wielkiego Rivaldo bo niestety w okresie lat 90 niestety nie był aż tak popularny internet w PL. Większość informacji pochodziło z prasy bądź telegazety w tv ale naszczescie żyjemy teraz w takich czasach ze możemy posilic większa wiedza odnośnie historii klub

Sir Bobby Robson od niego wszystko sie zaczęło gdyby nie pochopne decyzje pana Nuneza wraz zapewne z Gaspartem + sprzedaz R9 to mysle ze Anglik byłby dzis kimś takim kim jest Pep nie dane było jemu dokończyć jego pracy mimo ze w 1 sezonie po długim czasie (3 latach )posuchy Robson zdobył 3 cenne puchary i na tamten czas na pewno zasluzyl naprawdę na dokończenie swoje pracy mysle ze to jest jednak z perspektywy czasu Nunez jednak żałował swojej decyzji mimo ze Van Gaal rownież miał udany debiutancki sezon ale jednak nie w takim stopniu jak Sir Bobby

Dziękuje również za możliwość przeczytania tego fragmentu bardzo mnie to zaciekawiło. Niezła robota, powodzenia.

Domas01 - Sami możemy ustawić datę i godzinę publikacji newsa, a w przypadku osób, które nie są członkami redakcji albo nie mają pełnego dostępu do wszystkich funkcji w panelu, wrzucić artykuł musi ktoś, kto te funkcje ma ;) Mam nadzieję, że w miarę zrozumiale to wytłumaczyłem.

PS. Adrian szacun za Twoje tłumaczenia, z przyjemnością czyta się kolejne części autobiografii Robsona.

konto usunięte

Wielkie dzięki za opublikowanie tego, jak również za pracę z przetłumaczeniem !! Baaardzo szybko mi się to przeczytało i od razu nabrałem ochoty na więcej, więc tekst jest świetny :D

Dlaczego artykuł opublikowano o 14:12, a zobaczyłem go dopiero teraz?
Żeby nie było, sprawdzałem stronę 5 minut temu.

fascynujące :)