Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Coś ty Barcelonie zrobił Valdésie, że ci statuę lud niesie, wzgardziwszy pierwej?

 16 października 2013, 17:45

 silver912

 64 komentarze

„Wewnątrz karczmy „Ostaniec" światło padało na twarz Kronikarza i czystą kartkę papieru, wyznaczając początek. Zalewało kontuar baru, iskrząc się tysiącem maleńkich, tęczowych początków w kolorowych flaszkach, wreszcie wspinało się po ścianie ku mieczowi, jakby tu poszukiwało początku jednoznacznego i ostatecznego. (...)

- W jaki sposób ludzie normalnie zaczynają opowiadać swoje historie? - zapytał Kvothe.

- Większość po prostu mówi mi wszystko, co pamiętają - Kronikarz wzruszył ramionami. - Później zapisuję wydarzenia we właściwym porządku, skreślam niepotrzebne fragmenty, innym nadaję czystszy styl, upraszczam i tak dalej. (...) Zacznij od początku.

- Dobrze więc, jeśli ma być to opowieść, niech będzie porządną opowieścią. Nazywam się Kvothe. Imiona są ważne, ponieważ z nich można się dużo dowiedzieć o samym człowieku. Nosiłem więcej imion, niźli miałby prawo ktokolwiek nosić. (...)

Mój pierwszy nauczyciel nazywał mnie E'lir, ponieważ byłem bystry i zdawałem sobie z tego sprawę. (...) Mówiono o mnie Kvothe Bezkrwisty, Kvothe Hermetyczny, Kvothe Królobójca. Zasłużyłem sobie na wszystkie te imiona. Zapłaciłem za prawo do ich noszenia. Ale wychowany zostałem jako Kvothe. (...) Rzecz jasna nazywano mnie też wszelkimi innymi imionami. Większość z nich może być uważana za obraźliwe, ale na większość z nich też sobie zasłużyłem. Wykradałem księżniczki spod boku królów, śpiących jak spasione wieprze. Z Uniwersytetu wydalono mnie w wieku tak młodym, że większość, będąc w nim, nie marzy jeszcze nawet o przyjęciu na studia. Przemierzałem przy świetle księżyca ścieżki, o których inni nawet nie ważą się wspomnieć za dnia. Rozmawiałem z bogami, kochałem kobiety i napisałem pieśni, które wyciskają łzy z oczu minstreli.

Być może o mnie słyszałeś." *

Przyglądając się osobom publicznym zza okładek czasopism czy ekranu telewizora często odnosi się wrażenie, że wiemy o nich wszystko, że ich życie wyzute jest z prywatności do tego stopnia, że żadna informacja na ich temat nie jest nas w stanie zaskoczyć. Myślimy, że znając fakty z ich życia, listę osiągnięć i porażek - jesteśmy uprawnieni do ich osądzania. Chociaż stoimy całkiem z boku, wydaje nam się, że rozumiemy w pełni ich decyzje, a ich kolejny krok nie może być dla nas zaskoczeniem.

Nie inaczej miał się jeszcze do niedawna stosunek kibiców do Víctora Valdésa. W opinii większości fanów Barcelony, obecny portero klubu jest osobą, która posadę w klubie dostała „z urzędu". Jak niemal większość wychowanków La Masíi wystawiających głowę choć trochę ponad krzywą statystyczną, musiał w końcu otrzymać szansę debiutu w pierwszej drużynie. Trener uparcie na niego stawał i z czasem stał się zawodnikiem podstawowej jedenastki. Pograł tu parę ładnych lat, teraz zaś chce odejść... Historyjka znana wszystkim. To historyjka jakich wiele w profesjonalnym sporcie, przez co sam bramkarz zdaje się być zawodnikiem jak każdy inny.

Chociaż wydaje nam się, że znamy go tak dobrze, nie znamy go niemal w ogóle. Decyzja o nieprzedłużaniu przez Víctora kontraktu spadła na barcelonismo jak grom z jasnego nieba. Szokująca była tym bardziej, że nie zwiastowały jej żadne przesłanki. Była i w dalszym ciągu pozostaje dla wielu niezrozumiała. Gdy już wydawało nam się, że znamy Valdésa na wylot, on zmusza nas, by jeszcze raz wnikliwie przyjrzeć się jego osobie.

Poznaj mnie, a zrozumiesz. Zrozum, a wybaczysz.

Każdy kto kiedykolwiek, choć przez chwilę, miał okazję stać na bramce, wie, że nie jest to pozycja dla każdego... Dokładnie 23 lata temu, ośmioletni wtedy Víctor był ostatnim człowiekiem na planecie, który chciałby być zawodowym bramkarzem.

To, że zdobył się na stanie między słupkami było dziełem przypadku - jego starszy brat Ricardo obsesyjnie chciał trafić do barcelońskiej La Masíi. Wykorzystywał młodszego brata jako partnera do ćwiczeń. Víctor o wiele bardziej wolał biegać za piłką niż ją łapać, jednak na jego nieszczęście w opinii wszystkich był urodzonym golkiperem. Nie bał się rzucać na piłkę i nawet gdy wyciągał się za nią od niechcenia, żaden z rówieśników nie był w stanie go pokonać. José Manuel Valdés stosunkowo szybko zdał sobie sprawę, że tylko jeden z jego synów ma realną szansę na profesjonalną karierę i był nim właśnie Víctor.

Problem leżał w tym, że trenerzy i bliscy wierzyli w chłopca bardziej niż on sam kiedykolwiek był w stanie. Dopiero usilne namowy i roztaczanie wizji wspaniałej kariery zdołały przekonać młodego Valdésa do obrania takiej, a nie innej drogi życia.  Jednak nie ważne jak bardzo się starał, jego stosunek do bronienia pozostawał taki sam - Víctor nienawidził stania na bramce. Weekendowe mecze w sekcjach młodzieżowych były dla niego najgorszym momentem w ciągu całego tygodnia. Oglądanie rozradowanych kolegów uganiających się za piłką sprawiało mu niezwykłe cierpienie. Jako bramkarz był ostatnim, którego chwalono po meczu, zaś pierwszym do krytyki ze strony drużyny.

Całej sytuacji nie pomagał fakt, że jego rodzina zdecydowała się przeprowadzić z Barcelony na Teneryfę. Chcąc zostać w szkółce Barçy musiał zaakceptować fakt, że od tej pory będzie musiał przez wszystko przechodzić sam. Przez kolejne lata nie było dnia, w którym nie myślałby o porzuceniu bramkarstwa, za każdym razem schodząc  z murawy z postanowieniem, że już nigdy więcej tam nie wróci. Przed rezygnacją powstrzymywała go jedynie myśl o bracie i ojcu. Nie chciał ich zawieść. Wiedział, że ukierunkowali go z myślą o jego dobru. Oni przy każdej okazji przekonywali go, że cierpienie nie będzie trwało wiecznie, a perspektywa grania na Camp Nou jest warte wszelkich poświęceń. Niestety bliscy nie mogli być przy nim ciągle. Presja rywalizacji i strach przed niepowodzeniem dawały o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Z dala od rodziny w tak młodym wieku, Víctor z czasem stał się bardziej skryty niż jego rówieśnicy i koledzy z drużyn juniorskich. Był jak wyspa z dala od archipelagu, na której samemu jest się sobie królem, sędzią i katem.

W takich okolicznościach wykształca się w sobie cechy, o których normalnie zapewne nigdy byśmy się nie dowiedzieli. Pojawia się poczucie, że gdy popełni się błąd - nie będzie nikogo, kto go naprawi. Musisz być swoim największym krytykiem i motywatorem. A nade wszystko nie stać cię na to, by okłamywać samego siebie. Víctor też nie chciał tego robić. Podczas jednej z wizyt powiedział bratu jasno: "Ricardo, nie jestem szczęśliwy. Wy wszyscy jesteście, ale nie ja". Miał wtedy 18 lat i serdecznie dosyć życia marzeniami innych, chciał raz na zawsze odciąć się od świata piłki, zacząć zupełnie nowe życie. Już raz próbował. W wieku 10 lat opuścił La Masíę nie mogąc znieść rozłąki z bliskimi, wtedy jednak nie wytrwał w swoim postanowieniu zbyt długo, wizja gry na Camp Nou tkwiła nieustannie „z tyłu głowy" uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Po 3 latach morderczych treningów postanowił ponownie dostać do barcelońskiej cantery. Wtedy się udało, jednak tym razem było inaczej. Sprawy zaszły za daleko. Nie było mowy o powrocie do normalnego życia. Dopiero terapia psychologiczna skłoniła 18-letniego Víctora do zmiany decyzji. Zrozumiał, że bycie bramkarzem jest jego powołaniem i starał się pielęgnować to przekonanie w sobie.

Nieważne jak mocno będzie temu zaprzeczał, ma ogromny talent, którego nie może zaprzepaścić. Jeśli teraz się podda, już do końca życia będzie myślał „co by było gdyby". A skoro walka z własnym losem stała się niemożliwa, równie dobrze mógł go zaakceptować i starać się czerpać radość z tego, co robi. Po latach Valdés przyzna, że nie byłoby go tu gdzie jest bez ojca i brata.

„Wszystko zawdzięczam tej dwójce ludzi. Bez nich opuściłbym futbol. Chciałem przedstawić tą historię, gdyż bycie upartym jest warte grzechu. Cokolwiek się stanie, cokolwiek myślisz, zawsze możesz osiągnąć upragniony życiowy cel. Możesz żałować czegoś do końca życia jeśli po drodze poddasz się i porzucisz dążenia. Prawdopodobnie przytrafiłoby się to i mi. Jestem pewien, że gdyby to zależało tylko ode mnie, odszedłbym. I jeśli tak by się stało, a ktoś pokazałby mi w kryształowej kuli to, co mam dzisiaj - płakałbym każdej nocy..."**

Nazywam się Víctor Valdés. Imiona są ważne, ponieważ z nich można się dużo dowiedzieć o samym człowieku. Mam na imię Víctor i nim właśnie jestem. Jestem zwycięzcą. Przez 10 lat marzyłem o innym życiu, w którym nie musiałbym być bramkarzem; myślałem, że moje życie jest bez znaczenia, byłem pośmiewiskiem wielu i nigdy niczego nie dostałem za darmo.

Być może o mnie słyszeliście.

„Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość." ***

W chwili debiutu w pierwszej drużynie, zawodnik z L' Hospitalet zapewne nie spodziewał się, że będzie to dopiero początek prawdziwej gehenny. Jego występów pod wodzą Louisa van Gaala delikatnie mówiąc nie można zaliczyć do najlepszych. Choć wtedy nie powierzono mu jeszcze poważniejszej roli w drużynie, presja Camp Nou bezsprzecznie go przytłaczała. Każda interwencja czy to dobra, czy zła, siedziała w jego głowie przez najbliższe minuty utrudniając koncentrację. Wkrótce trener podziękował mu za współpracę. Po zaledwie 3 miesiącach musiał powrócić na Mini Estadi, by ponownie zasłużyć sobie na uwagę holenderskiego szkoleniowca.

To, że Víctorowi w ogóle powierzono rolę pierwszego bramkarza było dziełem przypadku, a nawet jeśli niekoniecznie przypadku, to stanowiło sumę wielu wydarzeń losowych. W klubie od czasów Zubizarrety pozycja bramkarza nie była pewna. Przez skład przewinęło się od tego czasu mnóstwo „wynalazków". Wszyscy solidarnie zawodzili na całej linii, a ich imiona zostały zapomniane przez kibiców i historię. Klub był w głębokim kryzysie. Od lat bez sukcesów, za to z coraz poważniejszymi problemami finansowymi i kadrowymi. W dziewiętnastej kolejce sezonu 2002/2003 drużyna była blisko spadku do Segunda, a trenera zwolniono w połowie sezonu.

Barcelonę z dołka wyciągał Radomir Antic. To on dał Barçy awans do europejskich pucharów. To on dał Barçy Valdésa. Jednak uczucie Dumy Katalonii do swojego bramkarza nigdy nie było miłością od pierwszego wejrzenia. Bardziej odpowiednie byłoby określenie tej relacji jako małżeństwo z rozsądku. Drużynie konieczna była stabilizacja, a zawodnikowi: awans społeczny i zawodowy. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, żadna ze stron nie była w pełni usatysfakcjonowana. Kibice do znudzenia wypominali mu każdą wpadkę czy niedoskonałość rok w rok głośno spekulując o jego sprzedaży, zaś sam bramkarz nie pozostawał im dłużny skarżąc się na brak docenienia i ostentacyjnie ignorując krytykę.

Ostatnie co można powiedzieć na temat Víctora Valdésa, to określenie go mianem sympatycznego. Jednak niewielu zdaje sobie tu sprawę, że wmawiana mu arogancja nigdy nie była wynikiem usposobienia, a jedynie sposobem radzenia sobie z presją. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, kiedy wszyscy w ciebie wątpią, musisz sam się dowartościowywać. Czasami najlepiej zwalczać krytykę... po prostu przyjmując ją do wiadomości. Valdés nigdy nie zwalczał trybunowych gwizdów pod swoim adresem. Nie zwracał na nie uwagi i robił swoje. Niech psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Cóż, przynajmniej tak starał się postępować, choć skutki bywały różne.

Dziwnym zbiegiem okoliczności początki Valdésa w roli pierwszego bramkarza były także moimi własnymi początkami z Barceloną. Patrząc wtedy na bramkę na Camp Nou nie widziałam genialnego czy chociażby przyzwoitego zawodnika. Widziałam cieniasa. Człowieka-babola. Dyletanta. Szczerze powiedziawszy, nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak taki klub jak Barça może sobie pozwolić na trzymanie kogoś tak słabego. Nie znosiłam go całym sercem i podczas każdego meczu modliłam się o transfer Didy. Tak było kiedyś; tak jak ja prawie sięgałam do półki z telewizorem - Valdés prawie sięgał do poziomu kolegów z boiska. Wszystko zmieniło się w 2006r, a konkretnie podczas finału Ligi Mistrzów z Paryżem. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości komu zawdzięczamy drugi w historii Puchar Europy, mogę podpowiedzieć: Valdésowi. Chociaż już wcześniej zdarzały mu się kapitalne spotkania, w tym meczu przeszedł sam siebie. Tej nocy znienawidzili go wszyscy sympatycy Arsenalu, a ja sama poprzysięgłam sobie, że już nigdy więcej nie będę obstawała za jego odejściem. Słowa dotrzymałam.

Historia zatacza koło

Gdyby poprosić pierwszego lepszego kibica o wymienienie 100 legend danego klubu, zapewne zacząłby od napastników, pomocników i trenerów, napomykając o bramkarzach w okolicach drugiej dziesiątki. Na barcelońskiej liście bohaterów nawet najlepszy golkiper walczy o miejsce w połowie stawki z kibicem, który przemycił na stadion świński łeb. Wielkich bramkarzy na Camp Nou nie było zbyt wielu. Może inaczej: bramkarze nigdy nie byli uważani za kluczowe postaci. Przyczyna tego jest dość prosta i logiczna. FC Barcelona niemal zawsze słynęła z ofensywy, efektywnego stylu i wielkich gwiazd w linii ataku. Cień zawodników z pola był i jest tak ogromny, że w całości przykrywa bramkę.

Po nastąpieniu Ery Cruyffa futbol barceloński stał się wręcz radykalnie ofensywny. Jedynym celem stało się kontrolowanie piłki i zdobywanie bramek. Jednak paradoksalnie, im bardziej utrudniamy życie napastnikom rywala, tym trudniejsze staje się również zadanie naszego własnego bramkarza. W tym miejscu pragnę przypomnieć o tym, co zapewne każdy z was słyszał gdy przestał słuchać: najtrudniejsze zadanie stoi przed tym golkiperem, który ma w ciągu meczu tylko kilka okazji do interwencji, bo najważniejszy w tym fachu nie jest wcale refleks czy skoczność, a właśnie koncentracja.

Przy barcelońskim ustawieniu defensywy, w większości przypadków po tym, jak przeciwnik minie już obrońców, sytuacja jest tak klarowna, iż bramkarz musi wspiąć się na wyżyny własnych umiejętności aby obronić strzał. To właśnie dzięki naszej filozofii gry podczas niektórych meczów o Valdésie można było powiedzieć tylko tyle, że był na boisku. Przechwycił kilka piłek „na awanturę", rozprowadził parę podań, poklaskał sobie przy bramkach kolegów.

Zdarzają się jednak i takie mecze, w których w światło jego bramki lecą 2-3 strzały, a wszystkie zamieniają się na bramki. Rzadko kiedy wynikają one z jego błędów, zazwyczaj są wynikiem gapiostwa stoperów, jednak kogo to obchodzi? Przeciętny kibic widzi tylko jedno: 100-procentową skuteczność rywala. Nieważne czy katalońska drużyna wygra 2:1 czy 9:1, tobie i tak zawsze wypominać będą tę jedną, jedyną bramkę.

Najtwardsze, co musi mieć bramkarz Barcelony, to nie dłonie, lecz tyłek i psychika. Konieczność interweniowania daleko przed bramką, kreowania gry w obronie i wznawiania gry pod presją rywala jest pierwszym i nadrzędnym założeniem gry golkipera Blaugrany. To czy dobrze broni się na linii nie ma większego znaczenia, takie sytuacje zdarzają się góra raz na mecz. Tu liczy się to co, robisz nogami, wznawianie gry, skracanie kąta, kontrolowanie emocji.

Víctor być może nie jest i nigdy nie będzie bramkarzem idealnym, ale jest idealny dla Barcelony. Został zahartowany przez życie, wie dokładnie jak radzić sobie ze spojrzeniami 100 tys. kibiców, kiedy stać na uboczu, a kiedy ruszyć z pięściami. Choć nieraz słyszał w swoim kierunku gwizdy, nigdy nie stracił charyzmy, potrafi przywołać do porządku każdego obrońcę (a nawet Xaviego, jak kilkanaście dni temu w końcowych minutach meczu z Almeríą za niedostateczną koncentrację „Generała" przy rzucie wolnym) i zgasić ripostą najbardziej zażartych krytyków.

Aż nie chce się wierzyć, że temu gościowi odmawiano kiedyś charakteru. Większości sympatyków Barçy wydaje się, że po jego odejściu jedynym problemem będzie wyłożenie 10 mln na transfer następcy. Szczerze? Chciałabym, żeby to było nasze jedyne zmartwienie. Historia pokazuje jednak, że kończy się to zazwyczaj zgoła odmiennie. Zawodnik, który jest gwiazdą w swoim klubie, nie zawsze potrafi sprostać wymaganiom culés. Wejście w zbyt duże buty na tej arenie wykończyło już dziesiątki. Poza tym bramkarze Barcelony, nawet ci legendarni, rzadko mogą liczyć na jakąkolwiek wdzięczność.  Po przegranym finale Pucharu Europy z Benfiką to Ramallets poniósł największe konsekwencje, w analogicznej sytuacji 23 lata później z klubem pożegnał się Zubizarreta. Z zasady golkiperzy Barçy albo bronią tu przez długie lata, albo żegnają się z klubem po kilkunastu miesiącach. O tym, że jest to funkcja niezwykle niewdzięczna przekonali się wszyscy bez wyjątku. Gra na Camp Nou jest jak rola na Broadwayu. Z tym tylko  wyjątkiem, że na rolę Hamleta mogą liczyć jedynie gracze z pola. Bramkarze na ogół są traktowani jak oświetleniowcy.

W tym momencie dochodzimy do sedna. Być może o to właśnie chodzi Víctorowi. Chce wreszcie zagrać Hamleta. Przejść do klubu, w którym będzie mógł zbierać zasługi na własne konto. Chociaż jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii klubu, ludzie uważają, że po prostu miał fart, trafiając na najlepszy okres w historii klubu... Trzymajcie mnie w pięciu, bo zabiję dziesięciu! To nie on podpiął się do sukcesów Barcelony, on je współtworzył! Spędził tu przeszło 11 lat, stojąc na bramce łącznie ponad 770 godzin, a z każdym kolejnym meczem zmuszony jest do udowadniania swojej wartości na nowo.

Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych i w odejściu Valdésa też się żadnych nie dopatruję. Bo czy człowiek nie kochający bezgranicznie swojego klubu, wypruwa sobie żyły aby po raz ostatni zgarnąć z nim wszystkie trofea? Czy gdyby chodziło mu o pieniądze odmówiłby „zasiądnięcia" do negocjacji? Czy gdyby był z kimkolwiek skonfliktowany, zostałby tu na kolejny rok?

W Barcelonie zdobył wszystko oprócz akceptacji kibiców, którzy na wieść o jego odejściu cieszyli się bądź też wymawiali mu niewdzięczność wobec klubu,  w którym podobno wraz z dyplomem La Masíi dostał w pakiecie wór pucharów i wagon pieniędzy. W tym kontekście nagła zmiana stosunku do jego osoby w obliczu jesiennej eksplozji formy jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym. Czyli jednak miał jakiś wkład w swoje nieziemskie statystyki! Czy też może zamiast nowego kontraktu podpisał cyrograf z diabłem i nagle nauczył się bronić?

Bawi mnie to, jak usilnie kibice podejmują nagle wszelkie inicjatywy dążąc do zatrzymania go w klubie: tworzenie żywego łańcucha, okrzyki uwielbienia podczas meczów czy też pomysł, który nawet mi wydaje się absurdalny: budowa pomnika na Camp Nou; gdyż notabene są to ci sami kibice, którzy po zeszłorocznym Superpucharze pokazywali mu drzwi i którzy zajadali się popcornem podczas czerwcowego meczu z Málagą. Tego samego, który w opinii wszystkich miał być ostatnim spotkaniem Valdésa w barwach blaugrana. Czyżby wreszcie go doceniono? Cóż, lepiej za późno niż wcale.


* Patrick Rothfuss, "Kroniki królobójcy #1. Imię wiatru"
** Wywiad Valdésa dla programu „Informe Robinson"; hiszpański Canal+, kwiecień 2010
*** Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu"

Udostępnij:

Komentarze (64)

Gorące tematy