Coś ty Barcelonie zrobił Valdésie, że ci statuę lud niesie, wzgardziwszy pierwej?

silver912

16 października 2013, 17:45

64 komentarze

„Wewnątrz karczmy „Ostaniec" światło padało na twarz Kronikarza i czystą kartkę papieru, wyznaczając początek. Zalewało kontuar baru, iskrząc się tysiącem maleńkich, tęczowych początków w kolorowych flaszkach, wreszcie wspinało się po ścianie ku mieczowi, jakby tu poszukiwało początku jednoznacznego i ostatecznego. (...)

- W jaki sposób ludzie normalnie zaczynają opowiadać swoje historie? - zapytał Kvothe.

- Większość po prostu mówi mi wszystko, co pamiętają - Kronikarz wzruszył ramionami. - Później zapisuję wydarzenia we właściwym porządku, skreślam niepotrzebne fragmenty, innym nadaję czystszy styl, upraszczam i tak dalej. (...) Zacznij od początku.

- Dobrze więc, jeśli ma być to opowieść, niech będzie porządną opowieścią. Nazywam się Kvothe. Imiona są ważne, ponieważ z nich można się dużo dowiedzieć o samym człowieku. Nosiłem więcej imion, niźli miałby prawo ktokolwiek nosić. (...)

Mój pierwszy nauczyciel nazywał mnie E'lir, ponieważ byłem bystry i zdawałem sobie z tego sprawę. (...) Mówiono o mnie Kvothe Bezkrwisty, Kvothe Hermetyczny, Kvothe Królobójca. Zasłużyłem sobie na wszystkie te imiona. Zapłaciłem za prawo do ich noszenia. Ale wychowany zostałem jako Kvothe. (...) Rzecz jasna nazywano mnie też wszelkimi innymi imionami. Większość z nich może być uważana za obraźliwe, ale na większość z nich też sobie zasłużyłem. Wykradałem księżniczki spod boku królów, śpiących jak spasione wieprze. Z Uniwersytetu wydalono mnie w wieku tak młodym, że większość, będąc w nim, nie marzy jeszcze nawet o przyjęciu na studia. Przemierzałem przy świetle księżyca ścieżki, o których inni nawet nie ważą się wspomnieć za dnia. Rozmawiałem z bogami, kochałem kobiety i napisałem pieśni, które wyciskają łzy z oczu minstreli.

Być może o mnie słyszałeś." *

Przyglądając się osobom publicznym zza okładek czasopism czy ekranu telewizora często odnosi się wrażenie, że wiemy o nich wszystko, że ich życie wyzute jest z prywatności do tego stopnia, że żadna informacja na ich temat nie jest nas w stanie zaskoczyć. Myślimy, że znając fakty z ich życia, listę osiągnięć i porażek - jesteśmy uprawnieni do ich osądzania. Chociaż stoimy całkiem z boku, wydaje nam się, że rozumiemy w pełni ich decyzje, a ich kolejny krok nie może być dla nas zaskoczeniem.

Nie inaczej miał się jeszcze do niedawna stosunek kibiców do Víctora Valdésa. W opinii większości fanów Barcelony, obecny portero klubu jest osobą, która posadę w klubie dostała „z urzędu". Jak niemal większość wychowanków La Masíi wystawiających głowę choć trochę ponad krzywą statystyczną, musiał w końcu otrzymać szansę debiutu w pierwszej drużynie. Trener uparcie na niego stawał i z czasem stał się zawodnikiem podstawowej jedenastki. Pograł tu parę ładnych lat, teraz zaś chce odejść... Historyjka znana wszystkim. To historyjka jakich wiele w profesjonalnym sporcie, przez co sam bramkarz zdaje się być zawodnikiem jak każdy inny.

Chociaż wydaje nam się, że znamy go tak dobrze, nie znamy go niemal w ogóle. Decyzja o nieprzedłużaniu przez Víctora kontraktu spadła na barcelonismo jak grom z jasnego nieba. Szokująca była tym bardziej, że nie zwiastowały jej żadne przesłanki. Była i w dalszym ciągu pozostaje dla wielu niezrozumiała. Gdy już wydawało nam się, że znamy Valdésa na wylot, on zmusza nas, by jeszcze raz wnikliwie przyjrzeć się jego osobie.

Poznaj mnie, a zrozumiesz. Zrozum, a wybaczysz.

Każdy kto kiedykolwiek, choć przez chwilę, miał okazję stać na bramce, wie, że nie jest to pozycja dla każdego... Dokładnie 23 lata temu, ośmioletni wtedy Víctor był ostatnim człowiekiem na planecie, który chciałby być zawodowym bramkarzem.

To, że zdobył się na stanie między słupkami było dziełem przypadku - jego starszy brat Ricardo obsesyjnie chciał trafić do barcelońskiej La Masíi. Wykorzystywał młodszego brata jako partnera do ćwiczeń. Víctor o wiele bardziej wolał biegać za piłką niż ją łapać, jednak na jego nieszczęście w opinii wszystkich był urodzonym golkiperem. Nie bał się rzucać na piłkę i nawet gdy wyciągał się za nią od niechcenia, żaden z rówieśników nie był w stanie go pokonać. José Manuel Valdés stosunkowo szybko zdał sobie sprawę, że tylko jeden z jego synów ma realną szansę na profesjonalną karierę i był nim właśnie Víctor.

Problem leżał w tym, że trenerzy i bliscy wierzyli w chłopca bardziej niż on sam kiedykolwiek był w stanie. Dopiero usilne namowy i roztaczanie wizji wspaniałej kariery zdołały przekonać młodego Valdésa do obrania takiej, a nie innej drogi życia.  Jednak nie ważne jak bardzo się starał, jego stosunek do bronienia pozostawał taki sam - Víctor nienawidził stania na bramce. Weekendowe mecze w sekcjach młodzieżowych były dla niego najgorszym momentem w ciągu całego tygodnia. Oglądanie rozradowanych kolegów uganiających się za piłką sprawiało mu niezwykłe cierpienie. Jako bramkarz był ostatnim, którego chwalono po meczu, zaś pierwszym do krytyki ze strony drużyny.

Całej sytuacji nie pomagał fakt, że jego rodzina zdecydowała się przeprowadzić z Barcelony na Teneryfę. Chcąc zostać w szkółce Barçy musiał zaakceptować fakt, że od tej pory będzie musiał przez wszystko przechodzić sam. Przez kolejne lata nie było dnia, w którym nie myślałby o porzuceniu bramkarstwa, za każdym razem schodząc  z murawy z postanowieniem, że już nigdy więcej tam nie wróci. Przed rezygnacją powstrzymywała go jedynie myśl o bracie i ojcu. Nie chciał ich zawieść. Wiedział, że ukierunkowali go z myślą o jego dobru. Oni przy każdej okazji przekonywali go, że cierpienie nie będzie trwało wiecznie, a perspektywa grania na Camp Nou jest warte wszelkich poświęceń. Niestety bliscy nie mogli być przy nim ciągle. Presja rywalizacji i strach przed niepowodzeniem dawały o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Z dala od rodziny w tak młodym wieku, Víctor z czasem stał się bardziej skryty niż jego rówieśnicy i koledzy z drużyn juniorskich. Był jak wyspa z dala od archipelagu, na której samemu jest się sobie królem, sędzią i katem.

W takich okolicznościach wykształca się w sobie cechy, o których normalnie zapewne nigdy byśmy się nie dowiedzieli. Pojawia się poczucie, że gdy popełni się błąd - nie będzie nikogo, kto go naprawi. Musisz być swoim największym krytykiem i motywatorem. A nade wszystko nie stać cię na to, by okłamywać samego siebie. Víctor też nie chciał tego robić. Podczas jednej z wizyt powiedział bratu jasno: "Ricardo, nie jestem szczęśliwy. Wy wszyscy jesteście, ale nie ja". Miał wtedy 18 lat i serdecznie dosyć życia marzeniami innych, chciał raz na zawsze odciąć się od świata piłki, zacząć zupełnie nowe życie. Już raz próbował. W wieku 10 lat opuścił La Masíę nie mogąc znieść rozłąki z bliskimi, wtedy jednak nie wytrwał w swoim postanowieniu zbyt długo, wizja gry na Camp Nou tkwiła nieustannie „z tyłu głowy" uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Po 3 latach morderczych treningów postanowił ponownie dostać do barcelońskiej cantery. Wtedy się udało, jednak tym razem było inaczej. Sprawy zaszły za daleko. Nie było mowy o powrocie do normalnego życia. Dopiero terapia psychologiczna skłoniła 18-letniego Víctora do zmiany decyzji. Zrozumiał, że bycie bramkarzem jest jego powołaniem i starał się pielęgnować to przekonanie w sobie.

Nieważne jak mocno będzie temu zaprzeczał, ma ogromny talent, którego nie może zaprzepaścić. Jeśli teraz się podda, już do końca życia będzie myślał „co by było gdyby". A skoro walka z własnym losem stała się niemożliwa, równie dobrze mógł go zaakceptować i starać się czerpać radość z tego, co robi. Po latach Valdés przyzna, że nie byłoby go tu gdzie jest bez ojca i brata.

„Wszystko zawdzięczam tej dwójce ludzi. Bez nich opuściłbym futbol. Chciałem przedstawić tą historię, gdyż bycie upartym jest warte grzechu. Cokolwiek się stanie, cokolwiek myślisz, zawsze możesz osiągnąć upragniony życiowy cel. Możesz żałować czegoś do końca życia jeśli po drodze poddasz się i porzucisz dążenia. Prawdopodobnie przytrafiłoby się to i mi. Jestem pewien, że gdyby to zależało tylko ode mnie, odszedłbym. I jeśli tak by się stało, a ktoś pokazałby mi w kryształowej kuli to, co mam dzisiaj - płakałbym każdej nocy..."**

Nazywam się Víctor Valdés. Imiona są ważne, ponieważ z nich można się dużo dowiedzieć o samym człowieku. Mam na imię Víctor i nim właśnie jestem. Jestem zwycięzcą. Przez 10 lat marzyłem o innym życiu, w którym nie musiałbym być bramkarzem; myślałem, że moje życie jest bez znaczenia, byłem pośmiewiskiem wielu i nigdy niczego nie dostałem za darmo.

Być może o mnie słyszeliście.

„Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość." ***

W chwili debiutu w pierwszej drużynie, zawodnik z L' Hospitalet zapewne nie spodziewał się, że będzie to dopiero początek prawdziwej gehenny. Jego występów pod wodzą Louisa van Gaala delikatnie mówiąc nie można zaliczyć do najlepszych. Choć wtedy nie powierzono mu jeszcze poważniejszej roli w drużynie, presja Camp Nou bezsprzecznie go przytłaczała. Każda interwencja czy to dobra, czy zła, siedziała w jego głowie przez najbliższe minuty utrudniając koncentrację. Wkrótce trener podziękował mu za współpracę. Po zaledwie 3 miesiącach musiał powrócić na Mini Estadi, by ponownie zasłużyć sobie na uwagę holenderskiego szkoleniowca.

To, że Víctorowi w ogóle powierzono rolę pierwszego bramkarza było dziełem przypadku, a nawet jeśli niekoniecznie przypadku, to stanowiło sumę wielu wydarzeń losowych. W klubie od czasów Zubizarrety pozycja bramkarza nie była pewna. Przez skład przewinęło się od tego czasu mnóstwo „wynalazków". Wszyscy solidarnie zawodzili na całej linii, a ich imiona zostały zapomniane przez kibiców i historię. Klub był w głębokim kryzysie. Od lat bez sukcesów, za to z coraz poważniejszymi problemami finansowymi i kadrowymi. W dziewiętnastej kolejce sezonu 2002/2003 drużyna była blisko spadku do Segunda, a trenera zwolniono w połowie sezonu.

Barcelonę z dołka wyciągał Radomir Antic. To on dał Barçy awans do europejskich pucharów. To on dał Barçy Valdésa. Jednak uczucie Dumy Katalonii do swojego bramkarza nigdy nie było miłością od pierwszego wejrzenia. Bardziej odpowiednie byłoby określenie tej relacji jako małżeństwo z rozsądku. Drużynie konieczna była stabilizacja, a zawodnikowi: awans społeczny i zawodowy. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, żadna ze stron nie była w pełni usatysfakcjonowana. Kibice do znudzenia wypominali mu każdą wpadkę czy niedoskonałość rok w rok głośno spekulując o jego sprzedaży, zaś sam bramkarz nie pozostawał im dłużny skarżąc się na brak docenienia i ostentacyjnie ignorując krytykę.

Ostatnie co można powiedzieć na temat Víctora Valdésa, to określenie go mianem sympatycznego. Jednak niewielu zdaje sobie tu sprawę, że wmawiana mu arogancja nigdy nie była wynikiem usposobienia, a jedynie sposobem radzenia sobie z presją. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, kiedy wszyscy w ciebie wątpią, musisz sam się dowartościowywać. Czasami najlepiej zwalczać krytykę... po prostu przyjmując ją do wiadomości. Valdés nigdy nie zwalczał trybunowych gwizdów pod swoim adresem. Nie zwracał na nie uwagi i robił swoje. Niech psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Cóż, przynajmniej tak starał się postępować, choć skutki bywały różne.

Dziwnym zbiegiem okoliczności początki Valdésa w roli pierwszego bramkarza były także moimi własnymi początkami z Barceloną. Patrząc wtedy na bramkę na Camp Nou nie widziałam genialnego czy chociażby przyzwoitego zawodnika. Widziałam cieniasa. Człowieka-babola. Dyletanta. Szczerze powiedziawszy, nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak taki klub jak Barça może sobie pozwolić na trzymanie kogoś tak słabego. Nie znosiłam go całym sercem i podczas każdego meczu modliłam się o transfer Didy. Tak było kiedyś; tak jak ja prawie sięgałam do półki z telewizorem - Valdés prawie sięgał do poziomu kolegów z boiska. Wszystko zmieniło się w 2006r, a konkretnie podczas finału Ligi Mistrzów z Paryżem. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości komu zawdzięczamy drugi w historii Puchar Europy, mogę podpowiedzieć: Valdésowi. Chociaż już wcześniej zdarzały mu się kapitalne spotkania, w tym meczu przeszedł sam siebie. Tej nocy znienawidzili go wszyscy sympatycy Arsenalu, a ja sama poprzysięgłam sobie, że już nigdy więcej nie będę obstawała za jego odejściem. Słowa dotrzymałam.

Historia zatacza koło

Gdyby poprosić pierwszego lepszego kibica o wymienienie 100 legend danego klubu, zapewne zacząłby od napastników, pomocników i trenerów, napomykając o bramkarzach w okolicach drugiej dziesiątki. Na barcelońskiej liście bohaterów nawet najlepszy golkiper walczy o miejsce w połowie stawki z kibicem, który przemycił na stadion świński łeb. Wielkich bramkarzy na Camp Nou nie było zbyt wielu. Może inaczej: bramkarze nigdy nie byli uważani za kluczowe postaci. Przyczyna tego jest dość prosta i logiczna. FC Barcelona niemal zawsze słynęła z ofensywy, efektywnego stylu i wielkich gwiazd w linii ataku. Cień zawodników z pola był i jest tak ogromny, że w całości przykrywa bramkę.

Po nastąpieniu Ery Cruyffa futbol barceloński stał się wręcz radykalnie ofensywny. Jedynym celem stało się kontrolowanie piłki i zdobywanie bramek. Jednak paradoksalnie, im bardziej utrudniamy życie napastnikom rywala, tym trudniejsze staje się również zadanie naszego własnego bramkarza. W tym miejscu pragnę przypomnieć o tym, co zapewne każdy z was słyszał gdy przestał słuchać: najtrudniejsze zadanie stoi przed tym golkiperem, który ma w ciągu meczu tylko kilka okazji do interwencji, bo najważniejszy w tym fachu nie jest wcale refleks czy skoczność, a właśnie koncentracja.

Przy barcelońskim ustawieniu defensywy, w większości przypadków po tym, jak przeciwnik minie już obrońców, sytuacja jest tak klarowna, iż bramkarz musi wspiąć się na wyżyny własnych umiejętności aby obronić strzał. To właśnie dzięki naszej filozofii gry podczas niektórych meczów o Valdésie można było powiedzieć tylko tyle, że był na boisku. Przechwycił kilka piłek „na awanturę", rozprowadził parę podań, poklaskał sobie przy bramkach kolegów.

Zdarzają się jednak i takie mecze, w których w światło jego bramki lecą 2-3 strzały, a wszystkie zamieniają się na bramki. Rzadko kiedy wynikają one z jego błędów, zazwyczaj są wynikiem gapiostwa stoperów, jednak kogo to obchodzi? Przeciętny kibic widzi tylko jedno: 100-procentową skuteczność rywala. Nieważne czy katalońska drużyna wygra 2:1 czy 9:1, tobie i tak zawsze wypominać będą tę jedną, jedyną bramkę.

Najtwardsze, co musi mieć bramkarz Barcelony, to nie dłonie, lecz tyłek i psychika. Konieczność interweniowania daleko przed bramką, kreowania gry w obronie i wznawiania gry pod presją rywala jest pierwszym i nadrzędnym założeniem gry golkipera Blaugrany. To czy dobrze broni się na linii nie ma większego znaczenia, takie sytuacje zdarzają się góra raz na mecz. Tu liczy się to co, robisz nogami, wznawianie gry, skracanie kąta, kontrolowanie emocji.

Víctor być może nie jest i nigdy nie będzie bramkarzem idealnym, ale jest idealny dla Barcelony. Został zahartowany przez życie, wie dokładnie jak radzić sobie ze spojrzeniami 100 tys. kibiców, kiedy stać na uboczu, a kiedy ruszyć z pięściami. Choć nieraz słyszał w swoim kierunku gwizdy, nigdy nie stracił charyzmy, potrafi przywołać do porządku każdego obrońcę (a nawet Xaviego, jak kilkanaście dni temu w końcowych minutach meczu z Almeríą za niedostateczną koncentrację „Generała" przy rzucie wolnym) i zgasić ripostą najbardziej zażartych krytyków.

Aż nie chce się wierzyć, że temu gościowi odmawiano kiedyś charakteru. Większości sympatyków Barçy wydaje się, że po jego odejściu jedynym problemem będzie wyłożenie 10 mln na transfer następcy. Szczerze? Chciałabym, żeby to było nasze jedyne zmartwienie. Historia pokazuje jednak, że kończy się to zazwyczaj zgoła odmiennie. Zawodnik, który jest gwiazdą w swoim klubie, nie zawsze potrafi sprostać wymaganiom culés. Wejście w zbyt duże buty na tej arenie wykończyło już dziesiątki. Poza tym bramkarze Barcelony, nawet ci legendarni, rzadko mogą liczyć na jakąkolwiek wdzięczność.  Po przegranym finale Pucharu Europy z Benfiką to Ramallets poniósł największe konsekwencje, w analogicznej sytuacji 23 lata później z klubem pożegnał się Zubizarreta. Z zasady golkiperzy Barçy albo bronią tu przez długie lata, albo żegnają się z klubem po kilkunastu miesiącach. O tym, że jest to funkcja niezwykle niewdzięczna przekonali się wszyscy bez wyjątku. Gra na Camp Nou jest jak rola na Broadwayu. Z tym tylko  wyjątkiem, że na rolę Hamleta mogą liczyć jedynie gracze z pola. Bramkarze na ogół są traktowani jak oświetleniowcy.

W tym momencie dochodzimy do sedna. Być może o to właśnie chodzi Víctorowi. Chce wreszcie zagrać Hamleta. Przejść do klubu, w którym będzie mógł zbierać zasługi na własne konto. Chociaż jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii klubu, ludzie uważają, że po prostu miał fart, trafiając na najlepszy okres w historii klubu... Trzymajcie mnie w pięciu, bo zabiję dziesięciu! To nie on podpiął się do sukcesów Barcelony, on je współtworzył! Spędził tu przeszło 11 lat, stojąc na bramce łącznie ponad 770 godzin, a z każdym kolejnym meczem zmuszony jest do udowadniania swojej wartości na nowo.

Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych i w odejściu Valdésa też się żadnych nie dopatruję. Bo czy człowiek nie kochający bezgranicznie swojego klubu, wypruwa sobie żyły aby po raz ostatni zgarnąć z nim wszystkie trofea? Czy gdyby chodziło mu o pieniądze odmówiłby „zasiądnięcia" do negocjacji? Czy gdyby był z kimkolwiek skonfliktowany, zostałby tu na kolejny rok?

W Barcelonie zdobył wszystko oprócz akceptacji kibiców, którzy na wieść o jego odejściu cieszyli się bądź też wymawiali mu niewdzięczność wobec klubu,  w którym podobno wraz z dyplomem La Masíi dostał w pakiecie wór pucharów i wagon pieniędzy. W tym kontekście nagła zmiana stosunku do jego osoby w obliczu jesiennej eksplozji formy jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym. Czyli jednak miał jakiś wkład w swoje nieziemskie statystyki! Czy też może zamiast nowego kontraktu podpisał cyrograf z diabłem i nagle nauczył się bronić?

Bawi mnie to, jak usilnie kibice podejmują nagle wszelkie inicjatywy dążąc do zatrzymania go w klubie: tworzenie żywego łańcucha, okrzyki uwielbienia podczas meczów czy też pomysł, który nawet mi wydaje się absurdalny: budowa pomnika na Camp Nou; gdyż notabene są to ci sami kibice, którzy po zeszłorocznym Superpucharze pokazywali mu drzwi i którzy zajadali się popcornem podczas czerwcowego meczu z Málagą. Tego samego, który w opinii wszystkich miał być ostatnim spotkaniem Valdésa w barwach blaugrana. Czyżby wreszcie go doceniono? Cóż, lepiej za późno niż wcale.


* Patrick Rothfuss, "Kroniki królobójcy #1. Imię wiatru"
** Wywiad Valdésa dla programu „Informe Robinson"; hiszpański Canal+, kwiecień 2010
*** Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu"

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Victor Valdes jest LEGENDA BARCY i tyle. NIKT nie ma prawa krytykowac tego wspanialego , radosnego golkipera , To On blokowal bramke kiedy zawodzila obrona , a zawodzila w ostanich miesiacach . szkoda Victora , szkoad ze nie bedzie go juz pomiedzy slupkami w Barsie

Tak pisać to umieją tylko nieliczni! Genialny tekst!

wielki hard ducha ogromny charakter do gry jeszcze bedzie go nam brakowac zobaczycie...

Victor Valdes, czyli przykład bramkarza przeciętnego, z którego powstał bramkarz światowej klasy

Byłem Na camp Nou w pażdzierniku zeszłego roku na meczu z Celtikiem kibice przy jeden sytuacji socios wygwidali Valdesa dwa razy myśle że wielki wpływ na odejści valdesa miały te sytuacje gdyż w barcelonie jest niedoceniany ,czasem ma lepsze momenty czasem gorsze ale jest to dobry bramkarz z tym że dużo kibiców socios tak nie uważa

Hejtowanie Valdesa było tak samo słabe, jak teraz stawianie jego na piedestale. Jest w dobrej formie, ale to dopiero początek sezonu, jak zagra cały sezon dobrze i równo to wtedy będzie za co go chwalić.

Imię wiatru, świetna książka!

Dziwnym zbiegiem okoliczności początki Valdésa w roli pierwszego bramkarza były także moimi własnymi początkami z Barceloną. Patrząc wtedy na bramkę na Camp Nou nie widziałam genialnego czy chociażby przyzwoitego zawodnika. Widziałam cieniasa. Człowieka-babola. Dyletanta. Szczerze powiedziawszy, nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak taki klub jak Barça może sobie pozwolić na trzymanie kogoś tak słabego. Nie znosiłam go całym sercem i podczas każdego meczu modliłam się o transfer Didy. Tak było kiedyś; tak jak ja prawie sięgałam do półki z telewizorem - Valdés prawie sięgał do poziomu kolegów z boiska. Wszystko zmieniło się w 2006r, a konkretnie podczas finału Ligi Mistrzów z Paryżem. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości komu zawdzięczamy drugi w historii Puchar Europy, mogę podpowiedzieć: Valdésowi. Chociaż już wcześniej zdarzały mu się kapitalne spotkania, w tym meczu przeszedł sam siebie. Tej nocy znienawidzili go wszyscy sympatycy Arsenalu, a ja sama poprzysięgłam sobie, że już nigdy więcej nie będę obstawała za jego odejściem. Słowa dotrzymałam.

orientuje się ktoś może gdzie w dobrych warunkach będzie można obejrzeć gran derbi w krakowie? w jakim pubie?

Właśnie,podobnie jest na forum.Jeszcze niedawno ktoś popełnił tekst o Valdesie,pytając po jaką cholere zostaje w klubie i zajmuje miejsce.Na całe szczęście autor chyba wytrwał w swojej opinii bo nie czytamy jaki Victor jest wspaniały i jak bardzo chciałby (autor) by Valdes pozostał w klubie.To prawda,że kibice są winni odejścia Valdesa ale bramkarz musi sobie zdawać sprawę,że nie jest jedyny na świecie,którego spotyka taki los.Sam przyznał,że ta pozycja nie jest jego wymarzoną,że zdarzało mu sie i to dość często tracić koncentrację.Ponadto Victor popełniał babole jakie zdarzały się mało komu.A kibice jak to kibice.Krytykują jak jest źle,chwalą jak jest dobrze.Iker jest ikoną i pewnie Victor chciałby taką być na Camp Nou.Dla wielu zresztą pewnie jest.Tylko czy na pewno chciałby zamienić się miejscami z Casillasem?Bramkarz Realu ma już miejsce tylko w kadrze.
Odchodząc do innego klubu zmieni się niewiele,pomnika mu nie postawią a jeśli sezon nie pójdzie po myśli kibiców i właściciela,przegonią i kto wie czy nie do Barcy.Nie jestem przekonany o końcu historii Valdesa z Barceloną.
Oglądałem ostatnio wywiad z bramkarzem Barcelony we francuskiej tv.Mimo wszystko jest kilka rzeczy,które Valdesa w klubie drażnią.Nie będę pisał,że jest to obecny zarząd,bo tego nie powiedział,Wspomniał jednak o decyzjach,które mocno go rozczarowały.
1 Eric Abidal
2 Upór z jakim zarząd chciał sie go pozbyć na początku sezonu,by zarobić kilka euro

Artykul bardzo dobry, ciekawy kawal wywiadu, o wielu rzeczach nie mialam pojecia. Nie rozumiem tylko czesci w ktorej piszesz, ze modlilas sie o transfer Didy jednoczesnie ledwo siegajac polki z telewizorem(wnioskuje majac max 10 lat?) Podoba mi sie jeszcze wprowadzenie- w koncu cos innego.

Moim zdaniem najlepszy artykuł jaki był na tej stronie odkąd pamiętam. To tak.. Wg. mnie Valdes nie wytrzymał presji której stawiała na niego 3/4 kibiców Barcelony. Wieczne narzekanie jak to on słabo i mówienie, żeby go sprzedać. Oczywiście jak ma odejść to wszystko inaczej jest, zmienne zdania na jego temat - że był najlepszy itd.. Valdes potrzebował wsparcia od kibiców, wszelkiego wsparcia żeby podnieść się po jakiejkolwiek porażce z klubem. Ale na niego wieszano psy i przed każdym meczem stawiano na porażke w bramce. Valdes wiele razy ratował tyłek Barcelonie ale wielu pewnie tego nie pamięta, bo pamięta się tylko te ,,złe'' momenty a nie te dobre w których Victor pokazał prawdziwego Siebie. Ludzie po prostu szybko zmieniają zdaniem o kimś. Tak samo było z Bartrą, zagrał 3 mecze źle i tak samo każdy chciał go sprzedać.. Dopiero po jednym meczu gdy pokazał klasę i spokój w obronie wszyscy go tak chwalili że szok. Podsumowując Valdes nie dostał takiego wsparcia na jakie zasługuje bramkarz FC Barcelony.

Bardzo dobry artykuł podoba mi się akapit który pokazują tą ludzką stronę victora...on niechciał byc wgle bramkarzem a obecnie jest żywą legendą naszego klubu tak naprawdę niewielu go doceniało bo wszyscy są mądrzy przed telewizorami i patrząc na bramkarzy w innych meczach niewielu rozumie specyfike bycia bramkarzem barcy nieraz to pisałem i napisze to jeszcze raz victor ma wszystko by byc naszym bramkarzem owszem popełniał błędy które nas czasem kosztowały ale każdy je popełnia wiele razy też ratował nas tylko że kogo to obchodzi nie? nikt go nie doceniał a on przez ten cały czas zrobił niesamowity progres a w tym roku możemy ogladac efekty jego cięzkiej pracy niesamowity charakter niesamowity hard ducha ja osobiscie będe go pamiętał bardziej za charakter którego brakuje często piłkarzom Barcy nie oszukujmy się mamy niesamowitą drużynę ale czasami brakuje nam takich walczaków jak puyol czy victor ludzi którzy trud mają wpisane w charakter którzy trudzą sie dla naszej drużyny jak syzyf i tak nikt ich nie docenia victor jest idealny dla barcy jako bramkarz okaże się jak bedzie w innym klubie ale czasami tracił bramki nawet przez ślepe podążanie za założeniami filozofii naszej gry (sytuacja z di mariią bo portero barcy nigdy nie wykpouje na oślep piłki) valdes odejdzie a my bedziemy żegnac go z uśmiechem na twarzy jednak w tym sezonie udowodni wszystkim że ma już dosyc proszenia sie o uznanie odwalając czarną robote

Niech odejdzie. Gdyby nie on to pare razy Chelsea by z Barca nie wygralo w LM. Kibice z dluzszym stazem na pewno pamietaja jak Lampard lobnal go z lini koncowej. To bylo zalosne

Naprawdę zacny felieton naszej koleżanki, która lubi sobie popisać, a co najważniejsze mądrze, rozsądnie i co komentarz czytam kolejną mądrą i konstruktywną opinię :) Artykuł naprawdę wyszedł dobrze, ale czegoś mi tutaj po trochu zabrakło. Po tytule spodziewałem się troszkę czego innego, ale nie narzekam, bo zdaje sobie sprawę ile trzeba było się natrudzić i ile czasu mogło zająć napisanie takiego tekstu. Na pewno nie jest to takie hop-siup.
Bądź, co bądź. Tekst nie odbiega od tego, czego się w nim spodziewałem.

W tej Barcelonie to właśnie tak jest. Bramkarz nie ma w przeciągu meczu za wiele do roboty, właściwie to może nawet w trakcie spotkania udać się na pogawędkę z kibicami na uboczu albo uciąć sobie drzemkę, ale jak pod jego bramką rywale stworzą potencjalne zagrożenie, to musi być już maksymalnie skupiony i zapomnieć o wydarzeniach pozaboiskowych, chociażby do czasu oddalenia zagrożenia podbramkowego :)
Czasem paradoksalnie trudniej jest wybronić kilka piłek w całym meczu, gdy rywal oddaje strzał raz na 20-30 minut niż kilkanaście lub kilkadziesiąt. Chwila zdezorientowania i piłka może zatrzepotać w bramce. Jeszcze przy tak niepewnej obronie bramkarz ma utrudnione zadanie.

Już to kilka razy pisałem napisze jeszcze raz. VV odkąd wszedł do bramki broni cały czas bardzo dobrze a Jego forma jest równa i na bardzo wysokim poziomie. Tylko różnica jest, że za chwilę odejdzie a kibice zaczynają nareszcie doceniać Victora. Kilka lat wstecz miał duże problemy z dośrodkowaniami ale sobie z tym poradził i zaczął piąstkować. Jak pamiętam kilku bramkarzy przed Nim to dziękuję Bogu , że przez tyle lat mieliśmy tak świetnego bramkarza.Rola bramkarza w takim klubie jak Barca nie jest łatwa a On świetnie sobie radzi i chwała Mu za to ...pomnik też.

Dziękuję wszystkim za komentarze i opinie. Zdaję sobie sprawę, że przedstawony przeze mnie obraz Valdesa może się wydać niektórym wyolbrzymiony czy zbytnio wyidealizowany. Zapewniam, że jest to zabieg celowy, nie miałam intencji zakłamywać rzeczywistości, a jedynie obalić pewne stereotypy i skróty myślowe poprzez dosadne wyrażenie ich bezzasadności. Mam nadzieję, że nie zostało to przyjęte jako swego rodzaju radykalizm. Przede wszystkim swoim tekstem chciałam uświadomić ci niektórych, że pod względem rangi i zasług dla drużyny Victor w niczym nie ustępuje Xaviemu czy Puyolowi i tak powinien być postrzegany.

Dla mnie VV zawsze był świetnym bramkarzem. Każdemu może nieraz pójść gorzej. A felieton wspaniały. :)

konto usunięte

Kibic jest od tego, żeby wspierać drużynę. A jak ktoś zmienił zdanie o Valdesie dlatego, że ostatnimi czasy jest fenomenem (zresztą zawsze był) to współczuję.

Ładnie to opowiedziałaś silver :-)

Prawda zawsze jest gdzieś pośrodku wielu komentarzy.
Najbliżej był chyba KrólLeonidas - to nie był bramkarz wspaniały, często najsłabsze ogniwo drużyny, ale za Guardioli grał lepiej, mało wpuszczał baboli, potem jeszcze znowu było gorzej...
(ostatnie dwa lata - fatalny rok Guardioli, który trenerem wybitnym moim zdaniem nie jest, ale lubię go mocno i jeden rok Vilanovy, który miał nawroty problemów zdrowotnych i na dobre klubowi wyszło, bo trenerem był słabym, może lepszym od Roury)

Teraz jest w najlepszej dyspozycji swojego życia, co wielu potwierdzi. Ale zespołu nie kocha, ma w nosie wiele osób i na pewno stara się dobrze wypaść przede wszystkim dla nowego kontraktu.
Cała ta decyzja była głównie po to. Może trochę też po to, żeby się gdzieś pokazać, być docenionym bardziej, zacząć bronić w kadrze... ale przede wszystkim dla pieniędzy.
We wszystkich obecnych okolicznościach zarobi pewnie sporo.

Ja go wcale nie krytykuję. Dobrze, że ta jego obecna gra pasuje wszystkim. Ale pary rzeczy mi nie pasuje i denerwuje mnie. Trudno. Nie można mieć wszystkiego.
Mam nadzieję, że Barca za nim nie zatęskni!

konto usunięte

Gratulacje naprawdę świetny artykuł.
Sam pamiętam jeden z pierwszych meczów Valdesa w Barcelonie w 2002 w eliminacjach LM z Legią i pamiętam tytuł w jakiejś gazecie, że Barca rozbiła Legię wystawiając nawet 3 bramkarza.
Mam tylko nadzieję, że w przyszłych sezonach nie będziemy musieli w odniesieniu do Victora używać słów " ten tylko cię doceni kto cię stracił"
i jego następca będzie przynajmniej równie dobrym fachowcem.

PS
A czy przypadkiem w poprzednim sezonie to w ostatniej kolejce z Malagą nie bronił Pinto?

Zdecydowanie jeden z najlepszych tekstow na fcbarca.com w ostatnich latach, zgadzam sie chyba z kazdym zdaniem ,podpisuje sie pod nim rekoma i nogami. Wielki szacun za tak dobry felieton, jestem pod duzym wrazeniem. Gratulacje Silver912! :)

trzy ligi mistrzow, do wygranych których walnie sie przyczynił. a po cichu licze w tym roku na jeszcze jedna.

Valdes broni obecnie swietnie, mozliwe ,ze przezywa wlasnie szczyt formy. W porzadku, ale nie zawsze tak bylo i ja swojego zdania nie mam zamiaru zmieniac. Krytyka, ktora latami splywala na niego byla zasluzona, to nie bylo tylko durnym widzi - misie kibicow jak tam co niektore jednostki sobie chca ja teraz tlumaczyc.

Victor - jesteś zwycięzcą! :D

Sory, ale jeśli Barca sprowadzała tak przeciętnych bramkarzy jak Bonano czy Recber to nie dziwne, że to nie wypalało

Podpiszę się pod jedną z konkluzji autorki - bycie bramkarzem Barcy to bardzo ciężkie zadanie i oby nie czekał nas kolejny kilkuletni okres testowania rzeszy golkiperów. Ja pamiętam czasy Zubizaretty i to co działo się na bramce później. Już przed Zubim mówiło się o Barcelonie że nigdy nie miała dobrego bramkarza, później to wróciło co obserwowałem na własne oczy. Chyba najbardziej w mojej pamięci zapisał się Rustu. Genialny turniej, transfer i .... KLAPA. Facet spalił się psychicznie w ciągu paru spotkań i szybko zrozumiał że trafił do zupełnie innej bajki. Valdes przywrócił porządek i spokój w bramce. Nigdy go nie krytykowałem, bo pamiętam dużo gorsze czasy. Zobaczymy jak poradzi sobie następca Victora.

Klub był w głębokim kryzysie. Od lat bez sukcesów, za to z coraz poważniejszymi problemami finansowymi i kadrowymi. W dziewiętnastej kolejce sezonu 2002/2003 drużyna była blisko spadku do Segunda, a trenera zwolniono w połowie sezonu.
No taka sytuacja zapewne dla jednego z wyznawców pana nie transparentnego była wielce lepsza niż ta w 2010 roku.

Koniec...... kurcze nawet nie wiem kiedy skonczyłem.Super sie czyta.Cała prawda o tym portero veb

ja bym powiedział tak... niech ten kto rzuca kamień najpierw sam stanie w bramce Barcy i zachowa czyste konto.

No dobra, taki felieton wypada choć pobieżnie skomentować.
Valdes przez lata nazywany był ręcznikiem. Z jakiego powodu - chyba wszyscy wiemy. Występ w finale w 2006 nie zmienił tego, tak jak pisze autorka. Szybko zapomniano o wyczynach Victora, a bohaterem ogłoszono Henka. Valdes nadal miał łatkę "wpuszczacza bramek". Sytuacja powoli zaczęła się odmieniać, gdy Barcelonę przejął Pep Guardiola. Notoryczne trofeum Zamory, dobra współpraca ze stoperami, pewniejsze rozprowadzanie piłek - ile było dyskusji o obsadzie reprezentacyjnej bramki na mundialu 2010, nieco mniej podczas Euro 2012. Nie wzięło się to z niczego. Victor po prostu dobrze bronił. Ale niestety selekcjoner twardo stawiał na Ikera. Niestety dla Valdesa, bo reprezentacja na tej decyzji chyba nic nie straciła. Ostatni rok Pepa na ławce i rok z Tito były dla naszego portero równą pochyłą. Niby źle nie bronił, a co rusz musiał wyciągać piłkę z siatki po jednym celnym strzale. Smutne to, ale prawdziwe.
Decyzja o odejściu zaskoczyła na pewno wszystkich lecz nie zmieniła nic w jego dyspozycji. Nadal chimerycznie zachowywał się w bramce, gubił koncentrację, wychodził do górnych piłek i nagle się zatrzymywał. Dopiero ten sezon na nowo oddał Valdesa w dyspozycji takiej, jaką chcielibyśmy zawsze oglądać. Czysty przypadek? Zbieg okoliczności? Nowe ćwiczenia na treningach? Chęć pokazania się i nadzieja na kontrakt życia czy może oddanie się w pełni drużynie i próba wygrania wszystkiego? Nie nam to oceniać.
cdn

..to prooste,ze Valdes idzie za darmo do Monaco po to by ''sie odkuc'',on tam za 4 lata kontraktu zarobi tyle co w Barsie przez ostatnie 10..a na jakie pieniádze on moze liczyyc w Barsie,skoro Rossel na wszystkim sépi..???

Z Valdesa zeszla presja, dopiero teraz, gdy opuszcza Camp Nou. Wiedzial, ze decyzja o odejsciu moze sprawic, ze w ostatnim sezonie bedzie bronil kapitalnie. Chociaz do konca sezonu jeszcze mnostwo meczow, to w glebi duszy czuje, ze sezon w jego wykonaniu bedzie kapitalny. Victor aby kibice go zapamietali wlasnie z najlepszej strony. Po raz ostatni Valdes

No cóż, a może tak au rebours? Chętnie przeczytam podobny artykuł niechętnego do Valdesa kibica. Takiego, który zapyta się: dlaczego dopiero po podjęciu decyzji o odejściu eksplodował znakomitą formą? Złośliwy odpowie, że teraz dopiero przygotowuje grunt pod negocjacje z przyszłym pracodawcą :( A ile jest prawdy w tym, ze jak podał (chyba Sport) że wstępnie (może w zależności od pokazanej formy) uzgodniono już niebotyczną wysokość kontraktu i kwotę na "osiedliny" - których to sum zadłużona Barca, płacąca już i tak najwięcej ze wszystkich klubów na świecie nie była w stanie zapewnić? Może by się wtedy okazało, że nie jest taki on święty (jak i inni) jak go maluje autor(ka) artykułu?

Ozil pokazuje w Arsenalu że można świetnie grać w innym klubie i kibice od razu go polubili... Może VV też chce spróbować sił gdzie indziej i poznać inny futbol, z Barcą i tak zdobył wszystko, do Realu nie idzie żeby mu świński łeb pokazali :P poczytajcie Zico :
[Zobacz link: http://www.kanonierzy.com/shownews_id-32060_Zico--Ozil-kandydatem-do-Zlotej-Pilki.shtml]
:P

Trzeba uszanowac Jego decyzję. Valdes w mojej opinii był i jest najlepszym bramkarzem FCB w historii klubu. Dodam tylko, że rozgrywa najlepszy sezon w karierze, jak do tej pory i oby ta passa nie minęła. Oby był to Jego najlpeszy sezon i najlepszy dla Barcy!
Victor - szacunek.

Bardzo ciekawie się czytało, mimo faktu, że historię Valdka znam bardzo dokładnie. Nie wiem tylko za bardzo co jest dziwnego w tym, że jeśli komuś nie idzie to się go krytykuje, a jeśli gra dobrze to się go chwali. Chyba tak funkcjonuje świat jeśli się nie mylę. Zawalasz coś w życiu to spada na Ciebie fala krytyki, w odwrotnej sytuacji jesteś chwalony. Tak było w przypadku Valdesa. Sama piszesz na początku, że widziałaś człowieka-babola. Taki był Victor na początku więc go krytykowali. Po kilku latach przyszła zwyżka formy to i pochwały się pojawiły. Historia zatoczyła koło i dwa lata temu Victor znowu był pod formą i częściej przytrafiały mu się farfocle więc i nastąpił powrót zwątpienia. Ten sezon znowu ma kapitalny więc po raz kolejny kibice noszą go na rękach. Niestety, łaska kibica na pstrym koniu jeździ i nigdy się to nie zmieni.

Jak Pique po kilku latach wróci do formy to stronę znowu zaleje fala komentarzy porównujących go do Piquenbauera. Normalka.

Bardzo ciekawy artykuł ;)

Słaby tekst jak i bramkarz.

Król bramki na Camp Nou!