Następny mecz:  Barcelona  -  Boca Juniors     ·  Dziś o 18:15  ·  Finał Puchar Gampera FCBarcelona.com   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Młodzi pokorni

 6 stycznia 2014, 14:40

 silver912

 40 komentarzy

„Osiemnaście mieć lat to nie grzech", jak śpiewała kiedyś Kasia Sobczyk. Któż, ślęcząc nad biurkiem od 8 do 16, nie zatęskni do czasów młodości? Wolność, imprezy od zachodu do wschodu słońca i ostatni rok szkolnej ławki . Gdyby tak podróże w czasie były możliwe! Wspominać na pewno każdy co ma, tym gęściej zbiera się na wspomnienia, im większe głupoty zdawało się popełnić. Tak to już w życiu jest, że najważniejsze dla siebie decyzje podejmujemy, gdy jesteśmy jeszcze młodzi i o świecie wiemy tyle, ile nam powiedzą. Sama, będąc w owym znamiennym okresie, czuję się upoważniona do „rozgrzeszania" sławniejszych rówieśników z takiego czy innego podejścia do dorosłości.

Wbrew wszelkim przesłankom świat futbolu ma do siebie to, że nie jest wszechświatem alternatywnym. Chociaż mogłoby się wydawać, że życie piłkarzy rzadko ma wiele wspólnego z szarą przyziemnością, ludzie z nim związani są... no właśnie: ludźmi! Oprócz milionów na koncie i wystawy sportowych samochodów w garażu, mają też kota, cieknący kran, młodszą siostrę lub coś równie denerwującego. Mieli też młodość i to na ogół młodość tym burzliwszą, im większy sukces odnieśli. Dorosłość nie wybiera sobie ofiar. Dopadnie każdą osobę. Każdy musi obrać swoją ścieżkę.

Osobiście znam całą masę ludzi, którzy w tym okresie złamali sobie życie i codziennie obserwuję tych, którzy są na najlepszej drodze, żeby pójść tym śladem. Dziesiątki razy dziennie słyszę w kółko „chciałbym/chciałabym wiedzieć, co zrobić ze swoim życiem". Nie to jest jednak najgorsze. Najgorsze jest, gdy pomimo świadomości celu - nie będziesz w stanie go osiągnąć. O „być albo nie być" niemal zawsze decydują detale, dwa punkty na egzaminie, przecinek w równaniu... Dziesięć minut na boisku.

„Slumdog: Milioner z La Masíi"

Panie i Panowie! Mamy kumulację! Niby nic wielkiego, ale 68% wychowanków w kadrze pierwszego zespołu to wynik, który robi wrażenie nawet na największych sceptykach barcelońskiego systemu szkolenia i filozofii budowania drużyny. Rezultat imponujący tym bardziej, że składa się na niego ponad 20 lat marzeń o wielkości dyrektorów La Masíi i wszystkich culés.

Ze wszystkimi tego konsekwencjami jest to jednak wynik procentowy, nie zaś: średnia ważona przydatności dla zespołu. Biorąc pod uwagę to drugie kryterium, z rozrzucaniem confetti radzę się nieco wstrzymać. Choć wielkich pośród grających dziś w I składzie wychowanków nie brakuje, ich droga na murawę Camp Nou była bez wyjątku zawiła i nieraz wiodła okrężną ścieżką. W zasadzie do biografii każdego z wielkich-wyhodowanych można zamieścić dopisek „Ja się w bólach rodziłem".

O tym, jak miała się sytuacja Valdésa pisałam już przy innej okazji, dorzucając do tego pozostałe historie mamy niezły materiał na telenowelę. I chociaż historie te są na ogół skrajnie różne, powtarza się za to punkt kulminacyjny: zmiana trenera. Swego czasu Xavi był jedną nogą w Milanie. Puyol wzbudził zainteresowanie sir Bobbiego jedynie poprzez rzekomy „brak pieniędzy na fryzjera". Iniesta miał odleżyny od ławki, a Busquets był bliski porzucenia profesjonalnej kariery. Alba opuścił klub, mając lat 16, w tym samym wieku co Cesc i Piqué. Dopiero zmiana trenera odwróciła losy ich przygody z Barceloną o 180 stopni.

Oglądając mecze presezonu, wielu miało nadzieję, że Gerardo Martino będzie kolejnym entuzjastą „młodej fali", jednak czytając najnowsze doniesienia o możliwym odejściu Sanabrii, Tello czy Montoyi, można doświadczyć nieprzyjemnego deja vu. „A miało być tak pięknie". Tak nowatorsko. Tak odważnie. Zamiast tego presja wyników sprowadziła kolejnego trenera na manowce asekuranctwa, zmuszając do trzymania się sprawdzonych graczy.

Albowiem każdy kot musi znać miejsce w szeregu

Szukanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego młodzi zawodnicy grają tak mało, nie wydaje mi się zbyt zasadne. Równie dobrze można by się pytać: dlaczego praktykanci parzą kawę i ślęczą godzinami przy kserze. W każdej pracy istnieje hierarchia i staje się ona coraz bardziej wyraźna wraz ze wzrostem dysproporcji w umiejętnościach pomiędzy nowicjuszem a resztą ekipy. Nawet najbardziej obiecujący adept jest skazany na porażkę w bezpośredniej rywalizacji z mistrzem świata.

Powiedzmy sobie szczerze, nawet biorąc pod uwagę najbardziej wymyślne kategorie, tylko głupiec jest w stanie powiedzieć, że Montoya jest lepszy od Alvesa, a dos Santos od Busquetsa. To, czy występ młodzika będzie mniej lub bardziej imponujący, zależy przeważnie od koncentracji, determinacji, zwyczajnej dyspozycji dnia. Nieważne, jak bardzo będziemy tupać nogą, nie zmienimy faktu nierówności takiej walki. Co dla trenerów jest przyjemnym bólem głowy, dla młodych zawodników jest prawdziwą udręką. Jak ciężko przebić się z poziomu brązowego na srebrny wiedzą wszyscy gracze RPG. Co dopiero w rozgrywce tak rozbudowanej fabularnie jak ludzkie życie.

Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że dobrobyt we wszystkich kategoriach wiekowych Barçy sięga niemal wyłącznie dwóch formacji: pomocy i ataku. O ile w początkowych etapach rozgrywki mogą liczyć na support, podczas walki z bossem nawet najlepsza zbroja nie zawsze zatrzyma cios. Talenty pokroju Thiago czy Bojana zdarzyły się raz na milion. Ich problemem była obecność na tej samej mapie graczy pokroju Xaviego, Iniesty czy Messiego. Podstawowym „bagiem" życia jest brak opcji „save". Decyzja o dalszej karierze jest ostateczna, co czyni ją jeszcze bardziej przerażającą.

Mimo upływu kolejnych sezonów problem pozostaje cały czas ten sam - młodzi barceloniści nie mogą grać wtedy, kiedy mają czas na zdobywanie doświadczenia. W celu ograniczenia tego swoistego bezrobocia podjęto się nawet kłamliwej propagandy: „Nie zniszczymy wam dzieciństwa". Skutkiem owej „szlachetnej" akcji zostało wypaczenie funkcji Barçy B. Gdzie jeszcze poza Katalonią 21-latka uważa się za obiecującego juniora?! Podczas gdy rówieśnicy z Francji czy Niemiec brylują w najwyższej klasie rozgrywkowej, nasze „dorosłe dzieci" jedynie hamują swój rozwój, fermentując pokłady talentu w meczach o przysłowiową pietruszkę.

W tym miejscu jako rzecznik Ministerstwa Głupich Kroków wnoszę petycję: ograniczmy działalność tego cyrku, wypuśćmy lwy na wolność i wyłapmy z powrotem, gdy się nasycą. Cóż jest złego w stosowaniu polityki wypożyczeń na wcześniejszym etapie? Miejsce w kadrze A nie jest pisane każdemu, a wcześniejsza weryfikacja skali talentu może wyjść wszystkim tylko na dobre. Zawodnika, który bezproblemowo przeszedł przez wszystkie szczeble barcelońskiej kariery, znam tylko jednego. Nazywa się Leo i jest w tej kwestii ewenementem. A ewenementy nie powinny stanowić uniwersalnego punktu odniesienia. Chociaż przywiązanie do klubu jest cechą, którą najbardziej cenię wśród naszych wychowanków, nie mogę patrzeć, jak ślepo podążając przykładem wielkich, marnują najważniejsze lata swojego życia. Oczekując swojej szansy, muszą wystawiać się na nieludzką próbę cierpliwości. Bo alternatywą dla cierpliwości jest jedynie banicja. Tak, banicja właśnie. Trudno nazwać inaczej obecny system wypożyczeń w klubie. W tej kwestii wciąż pozostaje wiele do poprawy, jednak przy zmianie podejścia i podjęciu stosownych działań szanse powodzenia mogą być niewspółmiernie większe niż wmawianie, że „na wszystko jest czas". Tak jak dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy z niegdysiejszych „drugich Iniestów".

I tak źle, i tak niedobrze

Opcji cała masa, realnych rozwiązań zero. Jak żyć, panie trenerze? Właśnie to pytanie zdaje się być skrzętnie zakamuflowanie pod każdą wypowiedzią młodych graczy. Chyba nikt, łącznie z nimi samymi, nie oczekiwał po awansie do pierwszej kadry gwałtownego zwrotu w karierze. W sumie bycie regularnym zmiennikiem na tym etapie - też nie jest złe. Niestety, w wielu przypadkach nawet na to ciężko liczyć nowej barcelońskiej młodzieży. Otrzymanych minut jak na lekarstwo, a jedyną szansą na występ - kontuzja podstawowego gracza. Na nieszczęście nas wszystkich, „dream team" młodszy się nie zrobi, a zmiana pokoleniowa z czasem straci pozory misji pobocznej. Chcąc uniknąć losu Milanu czy Manchesteru United, o przyszłości trzeba pomyśleć już teraz.

Na całe szczęście nie potrzeba nam na razie rewolucji. Jak mi życie miłe, prędzej wolałabym podlewać konewką murawę na Camp Nou niż patrzeć, jak nasze legendy podzielają los Raúla czy Pirlo. Nie w tym rzecz, żeby odmładzać kadrę na siłę. Sęk w tym, żeby nie powielać błędów z przeszłości. Być może nie każdy trener ma instynkt Obi Wana Kenobiego. Do młodzieży trzeba mieć podejście i ja to w pełni rozumiem. Nie zmienia to jednak faktu, że przypadki jak chociażby starszego z braci Alcântara nie mogą się powtórzyć. Ślepe trzymanie się reliktów wielkości nie wyszło nigdy na dobre ani starożytnym, ani współczesnym. Nam nie wyjdzie tym bardziej.

Swego czasu przyszedł tu pewien młody trener, przewietrzył szatnię i dał kilku nowych geniuszy. Teraz od każdego kolejnego wymagana jest podobna odwaga. To, że wzorzec trenera z Santpedor po drodze oddał na przemiał niemal tylu canteranos, ilu stworzył, a na poczet eksperymentów kadrowych poświęcił mistrzostwo kraju, zdaje się niektórym umykać. Z 21 debiutantów w klubie za Pepa pozostało sześciu, kolejni trzej grają na wypożyczeniach. Smutna rzeczywistość. Do gry w Barcelonie nie nadaje się każdy wielki talent ze szkółki.

Przestańmy więc wymagać, by każdy dobrze prosperujący zawodnik został drugim Fàbregasem. Jeśli wśród obecnych wychowanków znajdzie się kolejny Joan Verdu czy Sergi García też będzie to nie małym sukcesem.

„Should I stay or should I go?"

Zostawmy jednak kwestię „kto komu i dlaczego", a powróćmy do sprawy zasadniczej: co powinni zrobić zawodnicy stojący obecnie w La Masíi przed życiową decyzją. Wszystkich, którzy postanowili brnąć wytrwale przez moje wypociny w oczekiwaniu jednoznacznej odpowiedzi, muszę zawieść. Nie jestem Sokratesem, Freudem, nawet nie Buddą. Nie znam uniwersalnej recepty na szczęście (czy takowa w ogóle istnieje?), jednak jeśli życie czegokolwiek mnie nauczyło, to tego, że są na tym świecie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. Stojąc na rozdrożu, w głowie młodych zawodników powinna zapalić się czerwona lampka: czym dla mnie jest właściwie gra w Barcelonie? Celem czy tylko środkiem? Spełnieniem marzeń czy przystankiem w karierze? Daleka jestem od sądzenia, że pod każdą umową powinien widnieć drobny druczek „Póki śmierć nas nie rozłączy". To, że ten klub nie dla każdego wychowanka jest priorytetem, nie jest dla mnie skandalem czy ostatecznym upadkiem wartości. W świecie powszechnej globalizacji i hołdowania hedonistycznej zasadzie: „jak ci źle, to odejść", znikome przywiązanie do korzeni nie powinno już nikogo dziwić. Nigdy nie nazwałam wychowanków opuszczających klub zdrajcami i chyba się do tego nie posunę. Ucieczka jest rozwiązaniem marnym, wciąż jednak lepszym od pogrążania się w konformizmie marazmu. Czasem po prostu aby zrobić krok do przodu, trzeba zrobić dwa kroki wstecz.

Gdy zawodnik opuszcza klub, jest to dla kibica ciężkie przeżycie bez względu na subiektywne sympatie i klasę piłkarza. Żegnając się z wychowankiem, dodatkowo odczuwa się cierpki smak zawodu. Czasem jest to złość na klub, przeważnie jednak na zawodnika. Nic nie denerwuje tak jak trzaskanie drzwiami przy wychodzeniu. Niestety na ogół podobnym „rozwodom" towarzyszą wzajemne oskarżenia, niedomówienia i pretensje. To smutne, że odchodząc z klubu, wychowankowie nieraz nie potrafią powiedzieć o Barçy nic ponad „to zła kobieta była". Nawet jeżeli zostali skrzywdzeni w taki czy inny sposób, nawet jeśli nie potrafią się już zdobyć na szacunek, powinni chociaż okazać pokorę.

W domu nie powinno się na dzieci chuchać i dmuchać, powinno się ich przygotować do życia. Dlatego też tym, którzy postawili na wytrwałość - wypada jedynie pogratulować. Ścieżka, jaką obrali, będzie kręta i wyboista, ale wciąż możliwa do przejścia. Sukces nie przyjdzie łatwo. W końcu gdyby miał przyjść łatwo, to po co nazywać go sukcesem?

Tagi:

Okiem Kibica

Udostępnij:

Komentarze (40)

Gorące tematy