Okiem kibica. Dwadzieścia lat z Barçą

Grzegorz Z

8 kwietnia 2015, 12:30

49 komentarzy

Zaczytanych w statystykach i siadających z nadzieją przed ekranami komputerów, dzierżących w dłoniach smartfony, tablety bądź inne wytwory nowoczesnej technologii – rozczaruję. Poniższy tekst nie jest monografią dotykającą zawiłości rozwiązań taktycznych współczesnej piłki.

Nie będzie to również analiza gruntownie porównawcza stylu Barçy z innym, równie wybitnym. Nie będzie także hymnem pochwalnym mającym wynieść Barçę pod niebiosa, ani rozprawką, która udowodni raz na zawsze jej wielkość. Tym, którzy czują się zawiedzeni, uznając tekst za błahy i w niektórych kręgach nazywany miałkim, sugeruję wstrzymać złośliwe, nic nie wnoszące, protekcjonalne komentarze. W zamian udać się do kuchni celem herbaty wyprodukowania, zgarnięcia kilku ciasteczek i pochłonięcia jednego z drugim w trakcie zaczytywania się w artykule sąsiednim, z pewnością dużo ciekawszym.

Będzie natomiast o mnie – osobie średnio imponującej, czterdziestoletniej – oraz mojej historii związania dwudziestoletniego, a nawet nieco dłuższego, z FC Barceloną.

Czterdzieści lat na garbie i rzekoma mądrość mędrca, a w pamięci finał pucharu Europy w roku 1986 i niesamowite wyczyny w bramce Duckadama. Doskonale pamiętam również finał 1992 roku na Wembley. Szczerze jednak jak czekista powiem, nie pamiętam komu kibicowałem w żadnym z wymienionych przypadków.

Początek mojego kibicowania Barcelonie nastąpił w sezonie 1993/94. Ale wtedy nie trudno było manifestować swoje przywiązanie do jej barw. Świadomym i wiernym jej kibicem wyrzeźbił mnie dopiero finał w Atenach. Dream team Cruyffa. Mój wykładowca „Prawa morskiego” zwykł był wtedy mówić: tej jesieni nie ma nic lepszego, niż rozkoszowanie się grą Barcelony przy dobrym piwie. Nic to, że kilka miesięcy później, skutecznie uwalił mnie na egzaminie, doprowadzając tym samym do naszej ponownej konfrontacji na poprawce. Nie wpłynęło to znacząco na moje odczucia, chłopa wspominam z sympatią.

Tego sezonu wydawało się, że nie ma mocnych na FC Barcelonę. Każdy chciał być jej kibicem. Późny Koeman, Bakero, Nadal, Beguiristain, Ferrer, rakiety w butach odpalał Stoiczkow, balet uprawiał Romario, a wszystkim zarządzał Guardiola. Najstarsi górale nie wiedzą, jak moje przywiązanie do Barcelony by się ukształtowało, gdyby nie ów felerny finał. Milan zagrał mecz sezonu, ociężała Barça została wypunktowana jak cieniawy bokser, a ja pozostałem z otwartą paszczą nie wierząc w to, co przed chwilą zobaczyłem. Kto wie, jak wypadki na boisku by się potoczyły, gdyby nie cudem wyrwane i świętowane trzy dni wcześniej mistrzostwo Hiszpanii, które na dekoncentrację zespołu podobno znacząco wtedy wpłynęło? Tak czy owak, Barça mecz przerżnęła, a ja nie wiedzieć czemu pozostałem jej wierny mimo to. I tak zaczęło się moje dwudziestoletnie, z niewielkim okładem, z Barceloną spotkanie.

Kolejnym wydarzeniem godnym odnotowania na mojej osi czasu związku z Barceloną, to rok 1999. 23 listopada Barcelona ląduje w Berlinie, na meczu drugiej fazy grupowej z Herthą. Mieszkałem wówczas w Szczecinie, czyli na dalekich przedmieściach Berlina. Grzechem byłoby nie jechać, ale jak zdobyć bilety? Nieświadomym wyjaśniam, rok 1999 to nie były jeszcze czasy wszechobecnego internetu i kupna biletu jednym kliknięciem. Zebrałem grupę kiboli-zapaleńców i wspólnie główkowaliśmy, w jaki sposób nabyć bilety. Jeden z nas, przez kuzyna ojca siostry znalazł dojście do dyrekcji prężnie działającego wtedy biura podróży, które kupiło te bilety dla nas. Zatem 23 listopada, pożyczonym Mercedesem Vito, w piątkę zapaleńców - tylko ja fan Barçy - mknęliśmy ku Berlinowi. Zimno było jak cholera, śnieg, ale my szczęśliwi, bo ujrzymy Barcelonę Kluivertem i Rivaldo kąsającą. Przed meczem zjedliśmy niemieckiego wursta i popiliśmy go piwem, i na trybuny. A tam kicha. Mgła na kilka metrów. Odwołają, nie odwołają – dywagowaliśmy, nie wiedząc co lepsze. W rezultacie mecz odbył się bez przeszkód. Gdy na drugi dzień śledziłem powtórkę w telewizji, z perspektywy boiska widoczność była bez zastrzeżeń. Barcelona mecz zremisowała, bramkę łupnął Lucho, a my mogliśmy się zachwycać grą na 1/4 boiska. Tyle bowiem widzieliśmy ze swoich miejsc. Nie przeszkadzało nam to jednak chwalić się przed szerokim audytorium, że na meczu Barcelony byliśmy.

W 2002 roku, tym samym co to nasza kadra boiska Korei wzięła szturmem, z ówczesną dziewczyną, dzisiejszą żoną, obraliśmy sobie Barcelonę jako cel wakacji. Nie docierało to do mnie, póki swojej nogi tam nie postawiłem. Na pierwszy ogień poszło zwiedzanie muzeum, Camp Nou i wizyta w stadionowej botidze. Bilety na mecz Ligi Mistrzów czym prędzej nabyłem. Całe 62 euro mnożone razy dwa, bo dzisiejsza żona, ówczesna dziewczyna również zapałała ochotą obejrzenia meczu. W środę o 19.00, by broń Boże się nie spóźnić, w nówce sztuce koszulce zameldowałem się pod stadionem. Byłem w kompletnym amoku. Moja żona zaś - czego nie wybaczyłem jej do dzisiaj, bo kosztowało mnie to 62 euro - zajęła się wypisywaniem kartek pocztowych, nieświadoma wielkości wydarzenia w jakim przyszło jej uczestniczyć. Niewielką dawkę emocji wywoływał u niej filigranowy Saviola będący stosunkowo najczęściej kopanym zawodnikiem, co wywoływało irytację ówczesnej dziewczyny, dzisiejszej żony. Czemu oni go tak kopią? - pytała.

Powiem szczerze, cud że zapamiętałem z kim Barcelona grała i jakim wynikiem zakończył się mecz. Otóż grała i nawet wygrała z Club Brugge 3:2. Zachowywałem się jak szaleniec bez leków. Marzenia nagle się urzeczywistniły. To co podziwiałem jedynie na ekranie telewizora, a czego nie mogłem dotknąć, teraz było moim udziałem. Nie bardzo wiedziałem na czym się skupić. Czas na meczu upłynął mi niepostrzeżenie i zdecydowanie zbyt szybko. A żona wypisywała te swoje karteczki przez cały czas trwania meczu, przerywając tylko od czasu do czasu pytaniem: Dlaczego nie ma powtórek?

Los był dla mnie życzliwy, a woo-doo, hoo-doo lub wszyscy naraz, czuwali. 11 marca 2003 roku, zupełnie nieoczekiwanie i w sprawie służbowej, ponownie znalazłem się w Barcelonie. W tym dniu Barça podejmowała Bayer Leverkusen. Cały dzień spędziłem jak na szpilach, nie mogąc się wyrwać, by nabyć bilet na mecz. Dopiero zahaczony w biurze kolega oświadczył, że on również na mecz się wybiera i chętnie mnie podrzuci, a jak da cynk znajomym, to kupią dla mnie wcześniej bilet. Jezu, jaki ja byłem mu wdzięczny. Gotów byłem bycze genitalia schrupać na ostro w najbliższym barze. Jak się rzekło, mecz numer dwa na Camp Nou obejrzałem. Barcelona wygrała 2:0, a ja wraz z kolegą, który pomoc mi okazał, czciliśmy to do późnych godzin, a może były to już wczesne, by do samolotu o poranku wkraczać z potwornym bólem głowy.

I tak sobie mijał czas bajecznym tik-tak, a mój stan majętności przesuwał mnie klasowo coraz to wyżej, pozwalając zastąpić wino marki Sophia winem nieco wybitniejszym. Dorobiłem się w tym czasie trzech telewizorów, Bóg wie ilu telefonów, ekspresu do kawy, dwóch samochodów, dwójki upierdliwych bachorów (oddam), kredytu we frankach, siwych włosów, posiadłem umiejętność porozumiewania się w pięknej kastylijskiej mowie. Cały ten mój stan posiadania pozwala mi corocznie wykupywać członkostwo klubowe i być kilka razy do roku na meczach Barcelony i ku irytacji żony, koszulkę z każdego zwozić. Choć najcenniejsza oczywiście jest ta pierwsza. Każdy taki mecz to dla mnie wydarzenie. Nic się nie zmieniło przez lata. Wciąż, gdy zbliżam się do Camp Nou, dostaję gęsiej skórki. Uwielbiam całodzienną ekscytację i oczekiwanie. Tłumy powolnie i dostojnie przemierzające Les Corts, zbliżające się do stadionu. Zapchane bary, gdzie można przegryźć kanapkę z szynką, zapić piwem, podyskutować o meczu z mieszkańcami. Nic się nie zmieniło. Mam czterdzieści lat, a w tych chwilach czuje się jak nastolatek. Duże dziecko.

Obecnie, po przemierzeniu Europy wzdłuż i wszerz, od trzech lat rezyduję na kontynencie azjatyckim. Od trzech lat nie oglądałem Barçy z bliska. Miarą mojego przywiązania do Barcelony są nocne pobudki - 2.45 czasem letnim; 3.45 czasem zimowym - by potyczki Barcelony w Lidze Mistrzów śledzić. Żadnego meczu jeszcze nie odpuściłem. Zaznaczam, że o poranku muszę stawiać się w biurze i świecić przykładem. Mecze La Liga nie stanowią już takiego wyzwania, bowiem zwykle jest czas, by je odespać. Za jakiś czas kończy się moja uciążliwość i wracamy wraz z rodziną na kontynent europejski. Dobrze poinformowane źródła doniosły mi, że żona - ta sama, co to te kartki wypisywała - oraz przyjaciele, po cichu przygotowują prezent dla mnie. Fiestę na wiosnę szykują i bilet na jeden z meczów. Moje powitanie Europy. Znów będę mógł poczuć magię.

---

Powyższy artykuł odzwierciedla wyłącznie opinie jego autora.

„Okiem kibica” to dział FCBarca.com stworzony dla Was i współtworzony przez Was. Każdy z Czytelników FCBarca.com może podzielić się swoją opinią z Redakcją i Czytelnikami.

Serdecznie zapraszamy do nadsyłania Waszych tekstów na adres:
okiemkibica@fcbarca.com

Więcej informacji tutaj.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

ajajajajaj ja tez jestem kibicem Barcy od sezonu 1993/1994 to byl niesamowity sezon oprocz tego przegranego meczu w finale z Milanem.Wspominam te lata z sentymentem.Do tej pory pamietam cala 11 - stke Barcy na pamiec.

ja kibicuje Barcelonie od niepamiętnych czasów

ja zacząłem kibicować barcelonie przez wujka, kiedy w 2011 roku akurat oglądał mecz barca getafe, spytałem się go, co za klub gra w tych pięknych granatowo- czerwonych strojach ( te kolory były akurat moimi ulubionymi), a on odpowiedział że to barca. I tak siedziałem obok niego i z zafascynowaniem oglądałem mecz. chrzest kibica przeszedłem w 2013 roku, byłem na ostatnim meczu sezonu barca- malaga. Mam dopiero 11 lat i ta miłość trwa do dziś.

Ja z kolei zaczelem sie interesowac Barcelona przez moja mame. Lubilem pilke nozna i moglem biegac po boisku caly dzien. Pewnego dnia mama kupila mi "poliestra" Luisa Enrique ... Ucieszylem sie straznie i zaczelem na wszelkie sposoby szukac informacji nt klubu ktorego koszulke przywdziewalem na szko0lnych boiskach. I tak zaczela sie moja przygoda z Barca ktora po niedlugim czasie przerodzila sie w milosc i trwa do dzis i trwac bedzie na zawsze.
Byl to rok 1996 jezeli dobrze pamietam ... Luis przechodzi do Barcy z Realu ...

Znakomity artykuł, bardzo przyjemnie się go czytało. Byłoby świetnie, gdybyś napisał rownież część drugą - po ponownym spotkaniu z Europą.

Romario nigdy nie zapomnę.Stoichkova również choć go z innych aspektów gry i zachowań.Podobnie jak Koemana.
Ale prócz Barcy trudno zapomnieć resztą magicznych latających Holendrów( tych z Milanu i reprezentacji) Rijkard,Gullit i oczywiście Van Basten, który mnie jako pierwszy zachwycił.Maradonę to głównie jednak zapamiętałem prócz pięknej gry to ze skandalu w jakim się pożegnał na MŚ W 1994

moja historia z Barcelona jest bardzo podobna do tej autora tego tekstu. mam 31 lat, kibicuje Barcie od 1992, pochodzę ze szczecina i również bylem na tym meczu z Hertha w Berlinie. mialem wtedy 15 lat, wydalem na bilet 50 marek, mialem najlepsze miejsca a tam mgla i zero widocznosci

Ciekawe ile przez ten czas autor przeżył wzlotów i upadków w kibicowaniu. Mój staż jest nieco krótszy, bo coś koło 15 lat, a momentów zwątpienia trochę było. Największy i najgorszy to odejście Figo - kapitana i dowódcy. Człowiek z dumą chodził w koszulce z nr 7 przez miesiąc, bo zachciało mu się odejść do Madrytu. I taki piękny srebrno-szary trykot bez kołnierzyka (wyjazdówka bodajże 99/00) poszła w otchłań szafy. A niech Cię szlag Luis!!

też się cieszę że są tutaj takie osoby. ja mam 31 lat, Barcelonie kibicuje od przegranego ćwierćfinału LM z PSG, czyli też już będzie jakieś 20 lat. co to były za czasy jak się miało jeden tv w domu i rodzice pozwalali mi w nocy mecz oglądać, magia Camp Nou, tego olbrzyma, Dariusz Szpakowski, tvp1. wiadomo że inaczej się patrzy na to przez pryzmat wspomnień lat dziecięcych bo wtedy była ta beztroska, liczyło się tylko to żeby następnego dnia założyć na WF'ie koszulkę Barcy i mijać kolegów z klasy. Jak mi wujek z hiszpanii przywiózł oryginalną koszulkę Stoichkova to prawie wylewu dostałem ;)

"Dlaczego nie ma powtórek?" Nie żebym miał jakieś problemy, ale wydaje mi się, że z tak rozgarniętą żoną to Ty masz stary istny raj.

konto usunięte

Jaka to mila niespodzianka przeczytac artykul kibica, ktory zaczal byc fanem Barcy dokladnie wtedy, kiedy i ja zapalalem miloscia do tego klubu. Mimo iz jestem kibicem mlodszym wiekowo od ciebie, to rowniez final z wielkim Milanem byl dla mnie prawdziwym, swiadomym poczatkiem przygody z druzyna z Katalonii._Serdeczne pozdrowienia wierny kibicu:)

To znaczy,że 40-latków trochę tu jest.Myślałem,że jestem sam

Szacunek! Trochę jakbym o sobie czytał. Prawie 40 na karku, nie mieszkam w kraju, w podobnym czasie zacząłem kibicować Barcelonie, ale jedno się zgadza w 100% . Jak zbliżamy się do Camp Nou cały "latam". Szybkie piwko w Jardins de Bacardi i na stadion. Pozdrawiam. VeB!

U mnie zaczęło się tak że wujek był za barcą i ja razem z nim kibicowalem i ta miłość do barcy pozostała od samego dziecka

Też byłem na tym meczu w Berlinie. Zrobiłem sobie nawet fotkę z Frankiem De Boer'em. Mgła była naprawdę wielka. Mecz oglądałem z 1ego rzędu, a i tak nie widziałem połowy boiska.

Ale ze mnie sezonowiec... Tak na calkiem powaznie to dopiero od czasow Guardioli na lawce, a i to nie od samego poczatku.

Ciekawe, ciekawe, każda historia zaczyna się inaczej. Ja sam mam problem z określeniem od czego zaczęło się moje kibicowanie Barcy. Mam mętlik w głowie. Byłem zbyt młody aby pamiętać szczegóły. Pamiętam jedynie kiedy kupowałem mój pierwszy szalik. Tato poprosił panią aby rozłożyła wszystkie szalika jakie ma a je bez dłuższej chwili zastanowienia wybrałem ten właściwy (tak, ten w najpiękniejsze barwy). Do dzisiaj zachodzę w głowę, czy to wtedy zeszły się nasze drogi, czy może ten szalik był już świadomym wyborem. Nie odgadnę bo zbyt odległe czasy, ale wiem że to była mniej więcej 2 klasa podstawówki. Może szalik, a może Luiz Nazario de Lima przyciągnął mnie do Barcy.

Genialny tekst,czytany jednym tchem.Poznajemy ciekawą historię prawdziwego kibica Barcy,które tyle lat jest wierny swojej drużynie.Gratulacje dla autora za wytrwałość,poświęcenia,i wierność,Życzę co najmniej kolejnych dwudziestu lat z Barceloną i wielu sukcesów naszej drużyny.

Prosiłbym o więcej takich artykułów. Świetnie się to czyta.

w jakiej branzy pracujesz autorze tych wspomnien?

Półfinał w 1994 i 3:0 z Porto w rewanżu, pomimo gry Barcy w dziesiątkę. A potem petarda łopatą prosto w twarz i 0:4 z Milanem w finale. To był mój początek. Byłem jeszcze w 1988 na meczu Lech-Barca i to chyba miało jakiś wpływ na mój późniejszy wybór. Ale nie ważne jak długo jest się kibicem, ważne, żeby być wiernym i lojalnym w każdej sytuacji.

konto usunięte

Wspaniały artykuł! Takiego osobistego tekstu właśnie mi tu brakowało ;-)

Świetny tekst, nacechowany emocjami i wspomnieniami. Może trochę mi zabrakło opisu okresu czasu po 2003. roku, ale i tak wciągnąłem ten artykuł jednym tchem :) moja przygoda z Barceloną trwa już 10 lat i mam nadzieję, że za kolejne 10 będę mógł pochwalić się podobnymi doświadczeniami. Pozdrawiam!

Pisanie o swoich dzieciach per "bachory" to trochę jak pisać o swojej matce per "stara". Niby ma być śmiesznie, ale pozostaje spory niesmak.

Zmeczylo mnie wywracanie oczami czytajac ten tekst ...

konto usunięte

....finał 1992 roku na Wembley i strzał Ronalda Koemana ...... i tak zaczęło się moje kibicowanie Dumie Katalonii :)
VeB