Następny mecz:  Barcelona  -  Sociedad     ·  Dziś o 20:45  ·  38. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Barçy droga z Londynu do Berlina

 4 czerwca 2015, 01:00

 Challenger

Źródło: własne

 16 komentarzy

Piłkarska Europa co roku odżywa na wiosnę. Czas zbiorów, czas pucharów. Decydujący okres to najwyższy poziom gry i wrażeń. Ta pora roku każdemu kibicowi trwa za krótko.

Na Camp Nou wiosna 2015 minęła szybciej niż zwykle. Przez intensywność doznań, jak przejażdżka najszybszym autem w okolicy był to sezon. Łatwo zapomnieć o emocjach towarzyszących poprzednim.

Droga do wieczoru w Berlinie to jedna z piękniejszych opowieści, jakie dał mi futbol. Ta remontada – w słowniku hiszpańskiego fana „podróż z dalekiej podróży” – obejmuje nie 90 minut, a cztery długie lata. Jestem culé, kibicem FC Barcelony. Jedyną analogią przychodzącą na myśl jest powetowanie sobie "klątwy" Duckadama zwycięstwem Dream Teamu w 1992.

Unikam tego słowa. Nie wypowiadam na głos. Po co kusić los. Zamiast pompować pompkę, w przededniu finału Ligi Mistrzów zajęty czymś innym. Delektowaniem się. Delektowaniem tym, jaki smak ma dojście Barçy Luisa Enrique do dwu pucharów wiosny z widokiem na trzeci. Barça może wygrać w Berlinie lub przegrać. Osiągnęła już coś innego. Odzyskała wielkość.

Jesienią Real wydawał się najmocniejszy od lat. W rundzie rewanżowej Barça „Królewskich” dogoniła i przegoniła. Tak zdobyta Liga ma szczególne miejsce nawet pośród gromady trofeów wszystkich ostatnich lat… Do pary „perfekcyjny” Puchar Króla. Barça wygrała wszystkie (!) mecze w drodze do finału. Po ostatnim z nich ktoś ma wątpliwości?

Przebieg tego sezonu po tym wszystkim: cierpkim pożegnaniu z Guardiolą w 2012; zdarzeniach jakie napotkali jego następcy, co roku inny; kłopotach na boisku; atakach poza nim; kwestionowaniu obecnego trenera aż po styczeń – to w samej teorii historia niewiarygodna. Może być jeszcze lepiej. Może?

Przez te lata FC Barcelona przeszła wiele jako instytucja i jako drużyna. W kontekście różnych wydarzeń z międzyczasu, pośród których wspomnienie Tito Vilanovy i podziw dla Érica Abidala zawsze będą pierwszoplanowe – odrodzenie się zespołu w formie dubletu jest czymś wspaniałym, wyjątkowym.

Jeśli na dublecie się skończy – to pięknie. Szanse na więcej są. Też. Oczekuj najlepszego. Doceniaj, co masz. Czy przesadzę mówiąc, że znalezienie się w sobotnim finale to zwycięstwo samo w sobie?

Od poprzedniego, w Londynie, minęły trzy sezony. Dały nam Puchar Króla 2012, jedną Ligę i jedno trofeum-którego-nikt-nie-pamięta. W Europie przyniosły same klęski, gorzkie klęski. Pośród których 0:7 z Bayernem jest klęską wszystkich klęsk.

Blaugrana od lata 2011 jest w fazie permanentnej przebudowy. Choć Pep odszedł "dopiero" rok później, to rewolucja z 3-osobowym blokiem obronnym była równie istotną zmianą w materii gry co następujące po nim rok w rok zmiany trenerów.

Wynik sezonu za kadencji Tito Vilanovy można różnie interpretować. W moim przekonaniu mistrzostwo Hiszpanii (przystrojone wyrównaniem kosmicznego rekordu 100 punktów) potwierdza i nobilituje pracę Vilanovy, Roury i całego sztabu. Zespół nie dorobił się idealnego rytmu gry, ale znów miał porządek. Przywrócenie konkurencyjności w ustawieniu z czterema obrońcami i solidność wypracowanych rozwiązań pozwoliły finiszować 24 pkt. nad trzecią siłą ligi, 15 punktów nad wiceliderem.

Na pozostałych frontach Barcelona poległa dotkliwie. To były puchary rozczarowań, z zasłużonymi porażkami z drużynami w fantastycznej formie: Bayernem w Lidze Mistrzów, Realem w Pucharze Hiszpanii. Barça była gorsza. Swoją wymowę ma "suchy" bilans goli: 2-11. Siedmiobramkowe lanie od Bayernu pamięta się do dziś. Co dopiero miesiąc później! Wręczone po meczu z Betisem medale, Camp Nou przyjęło z głębokim poczuciem niedosytu. Dostojne to. Próżne. Zdobycie Mistrzostwa Hiszpanii 2012 – z rozmachem 115 goli, naprzeciw finalnego produktu Mou w Madrycie – przez ekipę "opuszczoną" przez trenera-ikonę, było i pozostanie szczególnie wartościową nagrodą.

Decyzja o zatrudnieniu Gerardo Martino przyszła nagle, bo też nagle drużyna została bez trenera. Gdy ogłoszono następcę Tito, był 23 lipca. Poprzedni sezon skończył się pierwszego dnia czerwca. Nowy startował 18 sierpnia.

Nowy trener przybywał z dalekiej Argentyny i jeszcze odleglejszej dla Europejczyka argentyńskiej ligi. Połowa presezonu, mniej niż miesiąc do pierwszego meczu o punkty, a wpływ "szefa" na ruchy transferowe okazał się żaden. Klub nie czekał ze sprzedażą najzdolniejszego dziecka La Masíi. Thiago Alcântara odszedł kilka dni wcześniej. Wdzięczny za otrzymaną szansę trener bez marki po tej stronie oceanu przyjął granie tymi, kogo miał w zespole. Zespole, co do którego oczekiwania były te same co zwykle. Można napisać książkę z ilu powodów Barça słabła z miesiąca na miesiąc i poległa wiosną we wszystkich rozgrywkach. Jednak z powodu wszystkiego, co zdarzyło się i nie zdarzyło się (np. wzmocnienia obrony latem) przez tamten rok, pozwalam sobie traktować wywalczenie Superpucharu Hiszpanii 2013 jako zdobycz (mediaczęść graczy sądzą inaczej). Tak szkoleniowca z Argentyny, jak i jego drużyny.

Kilka tygodni od wkomponowania w kataloński pejzaż z gracją i przewidywalnością spadającego meteorytu, Tata Martino zdołał przygotować zespół na wymagający, intensywny pojedynek. Z remisowego rezultatu tego dwumeczu łatwo kpić. Tym, którzy darowali sobie oglądanie. Barça przeważała w obu spotkaniach. Rzut karny Messiego heroicznie obroniła poprzeczka. W drugiej połowie rewanżu FCB pilnowała by nie stracić gola. Osiągnęła swój cel i zabrała puchar. W tych okolicznościach - trenerska karuzela, uczucia związane z chorobą Tito, zamieszanie z transferem Neymara - jest to osiągnięciem. Prawdziwi fani klubu powinni o nim pamiętać.

Było to jedyne trofeum sezonu. Furia, z jaką wszyscy podsumowywali kampanię 2013/2014, rozpaliła na Camp Nou płomienie. Ich oczywistą ofiarą został Martino. Pożegnany bez godności i szacunku dla gotowości podjęcia projektu i wykonanej pracy, na co zasługiwał pomimo kadrowych i strategicznych błędów. W tymże ogniu zrodziła się nowa Barca.

Do jakiego stopnia fala krytyki pomimo walki o puchary do ostatniego dnia sezonu dotknęła piłkarzy? Nie wiem. Wiem, że 12 miesięcy później mają w dłoniach dublet i zrobią wszystko by przemienić go w coś więcej. Do projektu, jaki rozwinął przed nimi nowy trener – dołożyli determinację, harówę i wiarę w podjęcie drogi powrotnej na szczyt. Wspólnie zbierają plon.

„Reklamowanie” finału 2015, że żaden klub na świecie nie zdobył trypletu więcej niż raz – przepraszam, wydaje mi się trywialne. Przez przytoczone tu okoliczności nie umiem porównać sytuacji Barçy do nikogo, innych klubów, kiedykolwiek. Ile w ciągu ostatnich 3 lat wydarzyło się w tym klubie, wokół niego, dotknęło go – w innych nie dzieje się przez 30.

Wrócić po tym na sam szczyt, do finału LM – brakuje słów... Ta drużyna próbuje przekonać cały świat, że nic i nikt nie może jej powstrzymać. Mamy przywilej oglądać FC Barcelonę, co pasma kolejnych sukcesów, bez względu na wszystko, rozdziela okresami, które trwają najwyżej paręnaście miesięcy.

W 60-letniej historii Pucharu Europy i 116-letniej historii Klubu to jak mgnienie oka.

Udostępnij:

Komentarze (16)

Gorące tematy