Barcelona odrodzona

Challenger

8 kwietnia 2016, 16:35

własne

11 komentarzy

W tych czasach ogarniającej zewsząd sztuczności, gdzie nawet ogień z kominka przestał być prawdziwy, niewiele zostało sfer tak autentycznych jak emocje. Co prawda ludzie kryją się przed obnażaniem ich za mediami społecznościowymi i ironicznymi emotkami w SMS-ach, na szczęście futbol zachowuje ich wystarczająco, by wciąż sprawiał mi frajdę.

Główna różnica w postawie podopiecznych Luisa Enrique między sobotą i wtorkiem: emocje. Tak bardzo brakowało ich w derbach z Realem, że kiedy wróciły w drugiej połowie meczu z Atlético – rozniosły rywala oraz przywróciły wiarę w wielki sezon Katalończyków. Nieszczególnie widać to po wyniku (choć „wrzucenie” ekipie Simeone dwóch goli górnymi piłkami i zgaszenie ich na całą drugą część meczu na mnie przynajmniej robią spore wrażenie), ale każdy kto oglądał mecz dokładnie wie, co mam na myśli. Drugie 45 minut było kompletnie inne niż poprzednie sto trzydzieści pięć.

Nie, w sobotę nie brakowało mi w szeregach gospodarzy tego czy innego nazwiska. Umiejętności. Nie brakowało alternatywnych rozwiązań taktycznych. Brakowało mi tylko emocji; pasji, zaangażowania, chęci – nazwij to, jak chcesz. Oglądam tę Barçę częściej niż raz na miesiąc (trybuni „złej zmiany” FCB po ciasnej jednobramkowej porażce golem w 85. minucie też powinni) i czułem, że wrócą. Voila, witamy z powrotem przy pierwszej okazji! FC Barcelona „wsiadła” na Atlético w 46. minucie i skończyła w 95-ej. Drużyna pokazała po przerwie wszystko, co trzeba: serce, walkę, nieustępliwość, ambicję i jaja. Niejeden zawyje za czerwoną kartką dla Fernando. Ja uważam, że tak nakręcona Barça jest w stanie pokonać każdego, nawet gdyby grał w dwunastu. Przecież Atléti w dziesiątkę miało mniej z gry niż w styczniu w dziewięciu! Jak mało szacunku trzeba mieć do jakości i talentu gości, aby zrzucać całe „zło” tego meczu na jedną słuszną decyzję sędziego? Barça „uwolniła” na prawej flance Alvesa czyniąc go dodatkowym skrzydłowym, po 135 minutach przesunęła Suáreza z powrotem do środka, wykorzystała trwającą do 75. minuty (wejście Teye) taktyczną bierność trenera gości i wolą zwycięstwa totalnie zdominowała rywala – oto, co stało się we wtorek.

Porażka z Realem – choć piekielnie uciążliwa dla fana, jak to „Klasyk” – nie może boleć, bo została odniesiona w sposób absolutnie zasłużony. Oglądanie końcówki w wykonaniu Barçy bolało w oczy. Zagrała źle. Nie pechowo-źle, a słabo-źle; jałowo-źle. Nie wierzcie Masche chętnie wskakującemu w galoty Xaviego i mamroczącego coś o dobrej grze przez 70 minut”. Gospodarze grali źle przez cały mecz. Od rozpoczęcia meczu, który zaczęli niemrawo, po jednostajny drugi kwadrans gdy chcąc uśpić rywala uśpili samych siebie, okres kilkunastu minut przed przerwą gdy znów dali się rozkręcić rywalom aż po samą końcówkę spotkania, kiedy to z każdym kontratakiem Real nabierał wiatru w żagle i mimo strat w ludziach po drodze, dobił do celu na prowadzeniu. Oczywiście, zwycięstwo z soboty może nakręcić sezon Realu. Ale zdecydowanie odmawiam poparcia tezie, iż ma jednocześnie oznaczać katastrofę sezonu dla Barçy. Na podstawie tego, że od początku roku widziałem więcej meczów Barçy i Realu niż jeden w sobotni wieczór, uważam, że prognozy jakie rozpełzły się po GD deprecjonują możliwości Barçy i nadestymują Realu. Ich autorzy przekonają się o tym w kolejnych tygodniach, które zostały do końca sezonu. Zresztą, chyba już zaczęli.

Innym mitem upadłym po wtorkowym ćwierćfinale było usprawiedliwianie Barçy na siłę. Zmęczenie to wytłumaczenie przegranych. Real lepiej rozegrał „Klasyk”, a Barça marnie, w tym na płaszczyznach niezwiązanych bezpośrednio z witalnością, jak: podbramkowa skuteczność, trzymanie linii przy bronieniu kontr i brak asekuracji bocznych korytarzy przez Alvesa i Albę, co na ostatnie 20 minut otworzyło dwa pasy autostrady. Na dodatek Lucho nie trafił ze zmianami, a raczej znowu je olał – za co tym razem wynik postanowił boleśnie ugryźć go w d*pę. Od mierzenia zmęczenia jest sztab, są treningi. Gdyby były do tego podstawy, zawodnicy przeciążeni zostaliby zastąpieni. Szukanie nadziei na lepszy wynik w rotacjach dla samych rotacji – równie absurdalne. Jak pokazał wtorek, gracze Barçy wciąż mają w sobie dużo ognia. Postulowanie wymiany połowy składu na ten szczególny mecz oznacza nierozumienie przez kogoś wymiaru Gran Derbi. Niezależnie od przewagi w tabeli, jeżeli Lucho mocniej zamieszałby składem, pół Camp Nou wyszłoby ze stadionu razem z bramą.

Takie obrazki jak pudło Suáreza, spóźnieni obrońcy, apatia Messiego to moja galeria antyhi(ghligh)tów tych derbów. Pisałem przed tygodniem, że jeden Casemiro nie wystarczy i się pomyliłem – w tym, że nie przewidziałem tak dużego i regularnego zaangażowania CR7 i Bale’a w defensywę. Obaj narobili w tym jednym meczu więcej pressingu niż wcześniej przez całe kariery… Przebieg meczu unieszkodliwił Busiego w znajomy sposób, opisany tu przy innej okazji. W dodatku Barça marnowała wszystko, co stworzyła, a że tworzyła mało, to z akcji nie strzeliła niczego. Panika w następstwie wyrzucenia Ramosa do szatni – kiedy wystarczyło zachować spokój i z rozwagą utrzymać wynik albo postarać się o coś więcej – to synteza w pigułce wszystkiego, co poszło w tym meczu gospodarzom nie tak.

Futbol, jasna cholera… Nieprzewidywalny, pasjonujący, wspaniały! Gratuluję Realowi, dobranoc, 6 punktów, następna kolejka za tydzień.

W sobotę zabrakło wszystkich pozytywów, które zobaczyliśmy we wtorek. Barça chciała wygrać mniej niż rywal. Nie obchodzi mnie, dlaczego. Szanuję czas wydany na głębsze analizy „Klasyku” – jedna, druga, próba trzeciej – ale to dyskusje obok tematu. Po co szukać przyczyn gorszego wyniku kierowcy w niewyspaniu i błędach na paru zakrętach, jak widać, że wjechał na metę na trzech kołach? Piłkarze wiedzieli o tym, że zaprezentowali się poniżej swego poziomu. Dali temu wyraz w pomeczowych wypowiedziach Iniesta, Dani i Piqué.

Myślę, że słowa Piqué o tym, że „stawia się nam wyzwania, a my jesteśmy gotowi” świadomie stanowiły zapowiedź nastawienia, z jakim on, koledzy i trener podchodzą do meczu we wtorek. Resztę zrobili na boisku. Z całej otoczki „Klasyku” najbardziej podobały mi się słowa Ramosa, który powtórzył przed meczem, że futbol zawsze daje okazję do rewanżu. W drugiej połowie ćwierćfinału Ligi Mistrzów dotkliwie przekonało się o tym Atlético. Alves przypomniał, że „tytuły zdobywa się dzięki regularności, nie jednym meczem”. W tym sensie porażka w GD była tyleż zimną, co skuteczną, pobudką przed wtorkiem. Jeśli ktoś widział w sobocie zarzewie kryzysu i na tej podstawie kwestionował na głos Ligę, Ligę Mistrzów – do finału Pucharu Króla, widać, zabrakło fantazji – nie docenia tej Barçy. Można to tłumaczyć wyłącznie swoistym „zmęczeniem” całego piłkarskiego otoczenia na nieustające sukcesy Blaugrany. Znak czasów.

JEst znakiem takich czasów pomeczowa sesja czy filmik z szatni gości.
JEst znakiem czasów eksplozja wielkich słów ze strony madryckich reprezentantów. Brzmieli jak zaskoczeni piłkarze skromniejszego dużo klubu, beniaminka może, którzy przyjeżdżali na Camp Nou z obawą przed pogromem by wyjechać z trzema punktami.
JEst znakiem czasów fontanna zachwytów trenera na pomeczowej konferencji.
JEst znakiem czasów pompatyczny ton, z jakim przyjęli wynik promadryccy publicyści i hiszpańskie okładki.
JEst znakiem czasów, że temu tonowi poddały się inne media, wraz z nimi wielu kibiców i postronnych obserwatorów.

Co usłyszę gdy Barça zdobędzie Ligę Mistrzów? Opinie o jej stanie po sobotnim potknięciu, te wszystkie katastrofizmy – dalej będą w sieci. Mecz z Realem nie zakończył sezonu. Po jednym wieczorze uderzono w dzwony, w tony jak by jutra miało nie być. #konieccyklu Przyjmuję te wszystkie reakcje (nie tylko od madridismo, a zachłyśniętego rezultatem derbów całego świata futbolu), całą tę nabrzmiałą poweekendowo banię mydlaną za komplement nie-wprost wobec bordowo-granatowych osiągnięć ostatnich lat i, poniekąd, przebiegu tego sezonu w wykonaniu obu klubów na trzech wspólnych frontach. Nieświadomie pewnie wysyłany to komplement. Przy tym zupełnie przez Barçę zasłużony. Nic nie potwierdziło tego lepiej jak druga połowa i wynik we wtorek.

Mecz po meczu, spokojnie, rozważnie, z pokorą, z koncentracją. To jeszcze nie koniec.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

Challenger, widzę że mamy identyczne podejście do sprawy, artykuł trafiony za 100 Pktów, zeszły sezon też potwierdził że najlepsze zostawili sobie na koniec, świadczyć o tym może choćby tryplet albo pokonanie wszystkich mistrzów kraju najlepszych lig w Europie.

Nie ma to jak pisać o odrodzeniu tylko po 45 minutach gdzie rzekomy kryzys trwał trzy razy dluzej. Można mówić o lepszej lub gorszej grze, w kryzysie będziemy jak przegramy dwa najbliższe mecze

Ani Barca nie byłą w tym meczu wspaniałą , ani Atleti nie zasłużyli na porażkę .

To oczywiste że po czerwonej kartce nasi musieli na nich ruszyć i spróbować zepchnąć do defensywy ( co się udało) w końcu grali u siebie z przewagą zawodnika a wynik był jaki był , czekanie tylko dało by przeciwnikom odpocząć, a tak nie wytrzymali trudów tego meczu i trochę km biegając za piłką zrobili

Fakt jest jeden - 2:1 u siebie czyli wynik jak najbardziej otwarty

Bądźmy dobrej myśli. Czuje, że Anoeta zostanie jutro odczarowane i oczywiście pięćsetny gol Leo.
Vamos!

Nie myślę, że odrodzona. Czarno to widzę.

Jeśli jutro będzie dobrze to z Atletico tez będzie dobrze. Jeśli jutro będzie słabo i co gorsze przegrają to w środę będzie BARDZO ciężko...

Gdyby Barca tylko zagrała tak jak z Ateltico w drugiej połowie, to by porażki z Realem nie było, ale cóż życie pisze różne scenariusze.

Tak naprawdę to wsiedli na Atleti w 55 i siedzieli do 70. Faktem jest, że Atleti momentami nie mogło wyjść z 16'tki. Dzięki temu ufam, że ciężki rewanż w którym to Atletico będzie musiało strzelić gola my zamknięty kontra i definitywnym odcięcie skrzydeł. Te 15 min dominacji dało nadzieję że nie powtórzy się scenariusz sprzed 2 lat. No ale hurraoptymizm bijący z felietonu chyba ciut przesadzony. To jednak dwumeczu o każdym możliwym scenariuszu, choć potwierdziła jego pierwsza odsłona cudowną zasadę. Jakie nie byłyby okoliczności, wygrywamy z Atletico :))))

W sumie to nawet nie chcę myśleć co by było gdyby nie to czerwo dla Torresa, nie ma co do tego wracać, wygraliśmy. Teraz priorytetem jest strzelić pierwszego gola na Calderon.

Co do wtorkowego meczu to nie podniecał bym się za bardzo. Dobra - wygrali, odrobili stratę ale gdyby nie czerwo dla Torresa to mogło by być cieniutko. Ja z oceną poczekam do rewanżu z Atleti a w sumie to już po części jutrzejszy mecz pokarze w jakim są stanie piłkarze. Niby tylko już kilka kolejek do końca sezonu a przegrana lub remis skomplikowały by sprawę.

"Co usłyszę gdy Barça zdobędzie Ligę Mistrzów? Opinie o jej stanie po sobotnim potknięciu, te wszystkie katastrofizmy – dalej będą w sieci." - Jakie to prawdziwe..