Następny mecz:  Barcelona  -  Boca Juniors     ·  Dziś o 18:15  ·  Finał Puchar Gampera FCBarcelona.com   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Powrót do wielkości

 28 maja 2016, 16:30

 Challenger

Źródło: własne. Przekład fragmentów "Powrotu do przyszłości" w reż. R. Zemeckisa z oryginału scenariusza: własny

 23 komentarze

Najbliższe tygodnie będą nudne. Na płaszczyźnie piłkarskiej, mam na myśli. Jak co roku na koniec zmagań wielkich lig kanały sportowe wypełnią ramórkę najpodlejszym chłamem. Potrzebujemy podróży w czasie.

Jeśli podczas wstecznej podróży w czasie ktoś zabije własnego dziadka zanim dziadek począł jego ojca, to ten ktoś nie narodzi się i nie odbędzie podróży w czasie, i nie zabije własnego dziadka, co tworzy paradoks.

W encyklopedii pod hasłem „FC Barcelona” od dawna powinno brzmieć: Gdy wygrywa, to spektakularnie. Wciska rywali w murawę, niejednokrotnie rozwijała taktykę i losy futbolu. Gdy przegrywa, jedną bramką lubi. Równie często co rywalom, ulega samej sobie. Wystarczy spojrzeć wstecz, w historię tego klubu.

Końcówka sezonu 15/16 była zaprzeczeniem tej charakterystycznej, przygnębiającej tendencji. Od porażki z Valencią Barça dokonała czegoś wielkiego, spektakularnego. Wiedzą o tym tylko jej kibice. Tylko oni oglądali tę historię mecz w mecz, akt po akcie. Reszta piłkarskiego świata była zajęta czym innym, patrzyli na inne stadiony.

Nie było marginesu błędu. I FC Barcelona nie popełniła żadnego. Luis Enrique zdołał pozbierać zespół mentalnie. Uwierzyli, podkasali rękawy, odstawili Twittera i zabrali się do roboty. Bilans 6 meczów, 6 zwycięstw i 26:0 w bramkach pokazuje, że wzięli to na serio. Heroiczną, niezwykłą w swej intensywności walkę.

Po tym jak Barça przegrała z Valencią i zrównała się punktami z Atlético, napisano wiele bzdur. Mieli używanie kibice innych klubów, ale trudno oczekiwać od nich innej postawy. W grupie złorzeczących byli też poczytni publicyści oraz z założenia obiektywni dziennikarze codzienni. Przewaga stopniała, lecz Barça zachowała ostatni skrawek przewagi i tylko ona mogła ją stracić. Mimo to od luksusu niewiedzy wolano chwytliwe tytuły i aprioryczne nagłówki. Sformułowania o przegranym już mistrzostwie, powtórce z Tamudazo i inne brednie wiszą dalej w sieci. Mistrz, w którego zwątpiono – wziął odwet i z wielu ludzi zrobił głupców. Tak pewne swych tez artykuły brzmią dziś jak listy do Świętego Mikołaja.

Choć Granada ani Sevilla nie były mitycznym finałem LM z 1999 roku, ani innym rozstrzygnięciem rozgrywek uważanych przez część publiki za jedyne definiujące sezon – sądzę, że Barça dokonała czegoś historycznego. Ten dublet to dla mnie jeden z największych sukcesów klubu, jaki widziałem. Ani mniej cenny, że dopiero siódmy w historii.

Wszystko zaczęło się zeszłej jesieni.

- Zaraz, zaraz. Chcesz mi powiedzieć, że zbudowałeś wehikuł czasu z… DeLoreana?

- Ja to widzę tak: jeśli podróżować w czasie, to z klasą! Poza tym karoseria ze stali nierdzewnej umożliwia znacznie korzystniejsze rozproszenie strumienia czasu w kondensatorze strumienia.
Chodź, pokażę ci, jak to działa. Najpierw włączasz wyświetlacz obiegu czasu. Trzy różne ekrany, widzisz? Dobrze. To data, do której się wybierasz, to: w której jesteś, a to: w której byłeś. Obok masz wskaźniki zużycia głównego akumulatora i reaktora zasilającego. Teraz wystarczy wprowadzić wybrany dzień na klawiaturze. Możesz zobaczyć podpisanie Konstytucji 3 maja, urodziny Chrystusa lub 6:2 na Bernabéu. Ale to innym razem. Teraz ruszamy!

LIS   21   2015   20  05

Po wakacjach FC Barcelona płaciła jeszcze zmęczeniem za trzy trofea zdobyte wiosną. Na wejściu w nowe rozgrywki długo łapała swój rytm. Dotkliwy łomot w Superpucharze, masa gubionych goli, przegrane w podłym stylu z Celtą i Sevillą karmiły niepokojem. Jesienny „Klasyk” zapowiadał się problematycznie. Okazał się trampoliną. To najważniejszy mecz pierwszej połowy sezonu. Głównie w wymiarze mentalnym, choć w ostatecznym rozrachunku zdobyte wtedy 3 punkty okazały się decydujące o tytule.

Drużyna była podbudowana do tego stopnia, że dwa lekkomyślne remisy w grudniu w niczym jej nie zaszkodziły. Ba, w tradycyjnie ciężkim dla siebie okresie styczeń-luty Katalończycy „roznosili” każdego. Poza jednym remisem ligowym (Espanyol) i rewanżem bez znaczenia z Valencią w Pucharze (1:1) Azulgrana odniosła piętnaście zwycięstw.

Rozmawiałem niedawno z kumplem-kibicem. Śledzi hiszpańską, ale częściej ogląda inne ligi. Z pewnego oddalenia stwierdził coś, co dobrze oddaje dalsze wydarzenia: „Wiosną wydarzyło się tyle, że można by zapomnieć. A popatrz, 4:0 z Realem też było w tym sezonie”. Faktycznie, kto by pomyślał?

Czas wsiadać z powrotem. Zapiąć pasy. Przed nami kolejny przystanek.

- Jezu Chryste, zostali unicestwieni!

- Spokojnie, nic nie zostało unicestwione. Słyszałem jak ten szalony powtarzał wcześniej sam do siebie, że struktura molekularna pasażerów i samochodu pozostają nienaruszone.

- To gdzie, do cholery, teraz są?

- Właściwszym pytaniem byłoby: kiedy, do cholery, teraz są? Do końca nie wiem jak, ale ci w środku chyba odbyli właśnie pierwszą podróż w czasie. Uwaga, wracają! Schowaj się głębiej w krzaki, bo jeszcze nas zauważą.

KWI   13   2016   17  50

Vicente Calderón. Rewanż ¼ finału Ligi Mistrzów. W niecały miesiąc z ekipy idącej po trzy trofea wiosny, Barça stała się klubem, który zapomniał jak się nazywa. Mecz w Madrycie miał zaprzeczyć kryzysowi Barçy w tak ważnym momencie sezonu. Okazał się jego bezdyskusyjnym potwierdzeniem.

Nie to, że nie było ostrzeżeń – bo były od meczu z Villarrealem. Drużyna ugrzęzła w samozadowoleniu. Lucho przestał rotować. Seria zwycięstw uśpiła czujność.

Najgorsze w tamtym remisie z czwartą na koniec drużyną rozgrywek, że Barça straciła punkty w identyczny sposób jak w grudniu z Valencią i Deportivo. Zdobyte i długo utrzymywane prowadzenie zostało stracone w II połowie na swoje życzenie. Podopieczni Marcelino odrobili stratę dwu goli w mniej niż 10 minut, jak Depor. Poza walorami obu rywali, postawa obronna Barcelony w decydujących momentach wspomnianych meczów była workiem katastrof.

Chwiejna postawa z końcówki przeciw „Żółtym Płetwonurkom” miała kontynuację po przerwie reprezentacyjnej. W meczu z Realem Madryt Katalończykom zabrakło inteligentnych rotacji. Nie mówię o wymianie połowy składu, jaką sugerował mój redakcyjny kumpel Ściahu – na Camp Nou w „Klasyku” oznaczałoby to wyjście połowy stadionu razem z bramą. Wystarczyłyby dwie-trzy modyfikacje, odciążające kluczowych graczy na później. Sergi Roberto świetnie sprawdził się w GD jesienią, cudowną asystą otworzył wynik. Jego obecność „w podstawie” w środku pola na rewanż odciążyłaby pomoc na cały dwumecz z Atléti. Po długiej podróży przez ocean należało zastąpić któregoś z MNS Munirem lub Turanem – każdy z nich ze swoim do udowodnienia zostawiłby na boisku serce i wypluł płuca. Czy przeciw świetnym w powietrzu BBC musiał zagrać niski Masche? Wie tylko Lucho.

Podobne refleksje towarzyszyły mi widząc skład w San Sebastián. Tam zmiany Enrique były liczne, lecz okazały się chaotyczne i nie w tych rejonach boiska, co trzeba. Ryzyko wymiany dwóch pomocników naraz nie opłaciło się. Wstawienie Roberto na lewą obronę poskutkowało golem.

W dniu rewanżu z Atléti Barça wciąż nie zdołała okiełznać zamieszania, jakiego narobił wynik z Anoeta. Każdy może mieć własne zdanie, dla mnie eliminacja przez Atlético pozostaje dwumeczem, w którym zasługi zwycięzców zdecydowały o wyniku na równi z zaniedbaniami Barçy w tygodniach poprzedzających. Niezależnie od przyczyn, końcowy wynik to przykra kartka z kalendarza… i dobra. Dzień, w którym sezon Barçy dla wielu wyglądał na skończony, okazał się pierwszym źródłem inspiracji i sił, by go uratować.

- To było naprawdę mocne. Coś wspaniałego! Yyy, jeździ na zwykłej bezołowiowej?

- Z przykrością stwierdzam, że nie. Potrzebuje czegoś ekstra – plutonu.

- Plutonu? Zaraz, czyli to ustrojstwo ma napęd atomowy?!

- Nie, nie, nie. To ustrojstwo ma napęd elektryczny. Ale tylko reakcja jądrowa zapewni wehikułowi 1,21 gigawata energii, której potrzeba do rozruchu kondensatora strumienia.

KWI   20   2016   21  50

Nie wiem, czy patrzyliście po drodze. Gol samobójczy „Rakiety” i gol do szatni Miny dały wygraną Valencii. Robi się szczególnie gorąco i wcale nie dlatego, że w tej podróży mamy za plecami ekwiwalent 1,6 miliona koni mechanicznych.

„Klasyk”, Atlético, przeklęte od lat San Sebastián – ze wszystkich tych wyników Valencia była największym rozczarowaniem. Dla drużyny z Mestalla to sezon do zapomnienia. Miała łącznie czterech trenerów. Z pięcioma porażkami w 7 meczach podchodziła do meczu z Barçą ze swoimi demonami. Poza krótkim momentem zrywu w II połowie „Duma Katalonii” nie zrobiła nic aby wygrać.

Było fatalnie, zrobiło się jeszcze gorzej. Zamroczona tak dotkliwą kumulacją nieszczęść ekipa Lucho wyglądała wtedy na zdolną polec z własnym cieniem. Jest środa, 20. kwietnia. Dwunastopunktowa przewaga stopniała do zera. Znów „mamy ligę”. Od Valencii minęły trzy dni, świeże wspomnienia palą jak ogniem. Na Riazor nigdy nie dają punktów za darmo. Barça potrzebowała trzech. Trzeba wygrać choć jednym golem. Wygrali ośmioma.

Suárez zaczął. Rakitić poprawił. Złoty Luisito skończył na czterech. Swoje dodali Messi i Neymar. Mocarski rajd przeprowadził Bartra. Barça wróciła. Cóż to był za wieczór!

Już czas. Czas wybrać kolejną datę.

- Byłbym zapomniał. Musimy załadować nowy zapas. Załóż kombinezon antyradiacyjny.

- Nie jest za wygodny.

- Ma inne zadania. Gotowe. Obieg zamknięty. Możemy zdjąć maski. Teraz ty prowadzisz.

- Co mam robić?

- Noga w podłodze aż osiągniemy 88 mil na godzinę. I trzymaj mocno kierownicę. Przy lądowaniu ma zwyczaj wpadania w poślizg.

MAJ   14   2016   18  50

Trzynaście goli później i trzy zwycięstwa po Depor Barcelona wciąż była na prowadzeniu. Z wyścigu wypadło Atlético, w XXXVII rundzie przegrane z dawno upadłym do Segundy Levante. W sytuacji Barçy nic to nie zmieniło. Do zdobycia tytułu potrzebowała zwycięstwa w ostatniej kolejce.

Rywalem była pewna utrzymania Granada. Kij o dwóch końcach. Wielokrotnie w historii „łatwiejszy” niegrający o nic rywal okazywał się przeszkodą nie do pokonania. Języczkiem u wagi w walce innych o trofea. Nie tym razem.

FCB od początku wyglądała dobrze jako kolektyw, skoncentrowana, z pewnymi Masche, Piqué, Iniestą i bokami obrony. Czujność w defensywie i skuteczność na atakowanej połowie już przed przerwą zbudowały dwubramkowe prowadzenie. Oba gole za sprawą niezawodnego Suáreza padły po asystach wspomnianych wahadłowych: Alby na 1:0 i Alvesa w 38. Granada tak naprawdę nie została dopuszczona do bramki Barçy, w całym meczu tylko dwukrotnie uderzywszy w światło bramki. Messi udanie robił za dyrygenta. Ter Stegen udanie zastąpił Claudio. Krótko przed ostatnim gwizdkiem wątpliwości rozwiali Ney z Suárezem. Na wyniku 0:3. W głowie jakiś huragan. Koniec meczu.

Ulga. Niedowierzanie. To już? To naprawdę już?! Wow…

- Będziemy cali po tym wszystkim?

- Jeśli moje obliczenia są poprawne, to tak. I kompletnie nie odczujemy tego, że cokolwiek się zmieniło. Po osiągnięciu prędkości granicznej dochodzi do tymczasowego przemieszczenia wehikułu i otwarcia portalu czasowego. Gdy wrócimy z kolejnej podróży w czasoprzestrzeń, DeLorean wyląduje dokładnie w tym samym miejscu, o tym samym czasie, skąd wyruszyliśmy.

MAJ   23   2016   00  08

W tym dziwnym sezonie Barça musiała zdobyć mistrzostwo dwa razy. Puchar Króla – tak naprawdę trzy.

Finałowy mecz Barcelony z Sevillą był jak nie mecz Barcelony. Długo zapowiadało się, że będzie to kolejna „piękna porażka” Katalończyków; z gatunku tych, jakie wspomniałem na początku. Strata Mascherano, uraz Suáreza, stracone okazje, rywal rosnący przebiegiem meczu – romantycy futbolu mieli gotową listę klęsk nim minęła godzina gry. Barça zaskoczyła wszystkich, na czele z Sevillą na boisku. Wygrała.

Czerwona kartka tak ważnego zawodnika na tak wczesnym etapie finału jest jak wyrok śmierci. W finałach gra idzie o wszystko. Tu nie ma rewanżu. Nie wierzyłem, że to wygrają, obraz gry do tego momentu dawał małe podstawy na sukces. Wykluczenie Masche zmyło je jak sztorm ludzi z pokładu.

Wolny Banegi. Ter Stegen broni. Rzut rożny na nic. Barça przetrwała moment krytyczny. Przegrupowała się w przerwie. Podniosła głowę. Wygrała pierwszy raz.

W kolejnym ważnym meczu wiosny Neymar był nieskuteczny. Messi zmuszony grać za trzech. W takich okolicznościach Suárez był mi prywatnie jedyną opcją na gola i zwycięstwo. TRZASK! To w ziemię uderzyły przedmioty, „jedynej nadziei” poszedł mięsień.

Urugwajczyka zastąpił superzmotywowany Rafinha. Barça opanowała emocje i grę. Podniosła głowę ponownie. Wygrała ten mecz po raz drugi.

Klęska „Dumy Katalonii” w „10” w dogrywce była pewna jak po dniu noc. Przetrwanie w osłabieniu 45 minut to wyczyn. Tu było nawet więcej. Kolejne pół godziny to proszenie o zbyt wiele.

Zmuszona do bronienia się mniejszą liczbą ludzi Barça atakowała po przerwie ekonomiczniej. Z punktu widzenia oszczędzania sił, najlepiej zawęzić grę ofensywną do piłek mijających dwie linie, akcji „z klepki” i podań prostopadłych. Tak też grała Barca. Dodatkowo korzystała z genialnych szarż Iniesty. Zmuszona do gonienia za piłką Sevilla słabła, zmęczenie ich meczem ze środy. Od wejścia Rafinhi stopniowo intensyfikowano akcje penetracyjne. Kilkakrotnie wychodził do nich Neymar. Po którymś z kolei zagraniu z tego samego schematu Banega zatrzymał pewną okazję bramkową faulem. Siły się wyrównały.

Bez forsowania swych sił, Messi kontynuował grę na pozycji wysuniętego rozgrywającego. Czasem zaglądał w pole karne, ale kluczowe dla zachowania przez niego świeżości i losów meczu było, że nie robił tego częściej. Wspaniałym zagraniem spod połowy boiska pomógł drużynie objąć prowadzenie. Barça „przebiła” po raz trzeci i ostatni. W końcówce podwyższyła prowadzenie za sprawą Neymara. Ponownie asystował Messi ze środkowego pasa boiska. Trzeba pamiętać o wejściu Mathieu. Francuzowi zajęło chwilę „wejście w mecz”, ale gdy to zrobił był ważnym punktem zespołu – wolicjonalnie, wzrostem i taktycznie. Grał przecież bliżej skraju boiska, półlewego tak naprawdę obrońcę. Dzięki temu Alba mógł grać wyżej niż zwykle i uczestniczyć w większej liczbie akcji. Tak padła pierwsza bramka.

Koniec. Sevilla, jak żołnierzyk-zabawka nakręcona wielkim zwycięstwem z Liverpoolem – pokonana. Sprawdźcie sami jak rzadkim zjawiskiem jest dublet w całej historii hiszpańskiej piłki. Ten, z racji okoliczności, smakuje jak coś dużo więcej… Pora wracać.

Brakuje dowodu na istnienie wehikułu czasu. Tak, jak brakuje dowodu, że nigdy nie powstał. Być może żyją wśród nas podróżnicy z przyszłości i każdego dnia dają tego świadectwa. Tylko nie potrafimy ich odczytać.

MAJ   28   2016

Remis i cztery porażki w 6 spotkaniach, trzy z rzędu. Przebieg kolejnych, każdego granego z nożem na gardle, widzieliście. Kolosalna przemiana na boisku i w ich głowach. Ta sytuacja – wykreowana na życzenie, lecz z tej przyczyny pokonanie jej nie traci nic ze swego wydźwięku – dobiłaby wielu, pobiła. Oni zamiast się „zagotować”, zdołali się odbudować. Z ambicji obrony trypletu, o której mówili głośno, spadli na ziemie beniaminków. W każdej szatni walczącej cały sezon o ligowy byt słychać, że liczy się „tylko kolejny mecz”. Przyjęli pokornie. Stosowali skutecznie. Na koniec to oni pili szampana.

Przez kilka tygodni ze szczytu piłkarskiego świata na dno i z powrotem. Dziś Barça znów jest wielka.

Matematyka rzadko jest argumentem w futbolu. Dołożenie Pucharu Króla do mistrzostwa stawia bilans sezonu Barçy w zupełnie innym świetle. Z samotnym mistrzostwem wciąż zostałby niedosyt. Moim zdaniem krajowy dublet oznacza, że to bardziej udana kampania dla FC Barcelony niż każdego z uczestników sobotniego finału. Grają tam we dwójkę, wygra tylko jeden z nich. Dla obu to ostatnia okazja na jedyne trofeum sezonu. Puchar Hiszpanii rozgrywkami bez znaczenia? Jedni zrobili w nich z siebie pośmiewisko, drudzy odpadli w ćwierćfinale. Co mają powiedzieć?

Sevilla zdobyła Ligę Europy i osiągnęła finał Pucharu Hiszpanii. Real Madryt i Atlético mają wiele do udowodnienia w kraju. Po udanym dla siebie sezonie groźne pozostaną Villarreal i Athletic Club. Barca? Takie doświadczenia wzmacniają. Wróci silniejsza. To będzie jeszcze bardziej zacięty sezon niż ten, co świeżo za nami.

Do zobaczenia w przyszłości! Zapowiada się ekscytująco.

- A zatem przyszłość, teraz tam się wybierasz?

- Zgadza się. Zawsze marzyłem, by zobaczyć przyszłość. Spojrzeć dalej niż jest mi dane. Zobaczyć postępy ludzkości. No i sprawdzę, kto będzie zdobywał Ligę Mistrzów przez najbliższe 25 lat.

- Powiesz mi, jak wrócisz?

- Nie! Zabieram cię ze sobą.

Udostępnij:

Komentarze (23)

Gorące tematy