Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Luis Enrique superstar

 7 września 2016, 21:30

 Challenger

 41 komentarzy

„Zwyczajny” to komplement wątpliwy. A tak się mówi i pisze o trenerach jak on. Jeśli mówi się w ogóle. Uwagę przykuwają inni. Ci wyraziści. Jest tak w futbolu, jest tak w innych dziedzinach sportu i życia. Mourinho, Guardiola, Klopp – Luis Enrique nie jest żadnym z nich. Jest kimś, kogo kataloński klub potrzebował jak tlenu. Skoro Messi, Xavi, Iniesta, Busquets, Piqué czy Suárez byli i są gwiazdami na boisku, gwiazdą w równym stopniu jest ich trener.

Jeśli ktoś zechce uznać to za przesadę dla zgrabnego passusu, proszę bardzo. FC Barcelona po Pepie znalazła się na równi pochyłej. Fundament składu był ten sam. Zupełnie inne były wyniki. Przyjście Enrique odmieniło je diametralnie, tak jak sposób gry. Zmiana trajektorii mentalnej piłkarzy – choć nie od razu – też się powiodła. Klub zrezygnowanych znów stał się lożą zwycięzców.

Gdy Blaugrana po raz drugi zdobędzie Puchar Europy pod wodzą LE, bądźcie pewni: ze wszystkich stron spadnie na niego lawina braw i pochwał. Moim zdaniem trener Barçy zasługuje na nie już teraz.

Odrodzenie

Na płaszczyźnie ogólnej piłka nożna to dyscyplina bardzo prosta: piłka, bramki i rywal do ogrania. To fasada, pierwsze wrażenie. Mylne. Obserwatorzy najlepszych rozgrywek wiedzą, jak złożony jest futbol, jak wiele czynników decyduje o dojściu na szczyt, jeszcze więcej: o utrzymaniu się na nim. Z jakichś powodów czekamy 27 lat na obrońcę Pucharu Europy. Futbol jest prosty tylko na podwórku.

Gdyby było inaczej, każdy umiałby wskazać przyczynę schyłku Barcelony w ostatnim sezonie Guardioli i rozrysować precyzyjny plan ozdrowienia. Nie było nikogo takiego. Trzeba było trzech lat, pełnych bezsilności i kolejnych rozczarowań, by zespół wrócił na ścieżkę zwycięstw. Trzeba było Luisa Enrique.

Trzy lata rozczarowań

To prawda, że pracuje w tej roli względnie niedługo, w Romie zawiódł, a liczba jego triumfów w Lidze Mistrzów póki co kończy się na skromnej liczbie „1”. Wystarczy jednak spojrzeć wstecz, by nabrać przekonania, że Barça zyskała z Lucho połączenie lepsze niż w Tinderze. Przebieg trzech poprzednich sezonów dostarcza tyle samo wniosków o trenerskiej jakości i zwycięskiej intuicji Asturyjczyka, co jego własne osiągnięcia podczas dwuletniej z górką kadencji.

Czterolatka Pepa skończyła się w aurze nieudanych eksperymentów z triem obrońców i naiwnej porażki z Chelsea. Półfinał LM z Bayernem był pomnikiem upadku drużyny, którą przed chwilą zachwycał się cały świat. Następnie Barça została Adasiem Miauczyńskim sezonu 13/14: druga w lidze, druga w pucharze Hiszpanii i o jedną bramkę od finału w Europie. Słowa o „krótkiej murawie” i „byliśmy lepsi” przestały bawić. Drużyna z Messim, Iniestą i resztą zapomniała, jak się wygrywa.

W okresie 2012-14 wszyscy najlepsi byli w składzie cały ten czas. Ośmiu piłkarzy FCB z finału Ligi Mistrzów 2011 zaczęło „Klasyk” wiosną 2014. To konkurencja „nauczyła się” gry Barçy. Nie musiało to oznaczać tak radykalnej różnicy w wynikach, gdyby Katalończycy przepoczwarzyli swą grę, dodali inne metody nawiedzania wrogich pól karnych, zareagowali. Barça nie potrafiła tego zrobić. Jej ataki pozycyjne były wtedy jak stępiony nóż: od czasu do czasu zdolny kogoś skrzywdzić, ale zawodzący gdy potrzebowano go najbardziej. Zwycięski model przestał działać.

Nowe oblicza Barcelony

Taktyczna elastyczność jest kluczem do osiągania sukcesów w futbolu. Zawdzięczana globalizacji mnogość talentu i skrócenie drogi zdolnych graczy z najdalszych zakątków świata do czołowych drużyn Europy wynoszą poziom konkurencyjności w piłce na niespotykany wcześniej poziom. Najlepiej widać to w Lidze Mistrzów, ale na poziomie ligowym również. Drużyny największych zwycięzców muszą stale ewoluować, aby powstrzymać legion chętnych do zajęcia ich miejsca.

Porzucona przez Pepa Barça zaniedbała to już w trakcie jego ostatniego sezonu. Dwa kolejne lata pogłębiły kryzys. Przyjmowany z rezerwą Lucho dał nowe życie drużynie, która zdaniem wielu była już skończona. „Koniec cyklu”, którego tak dopominała się la central lechera*, pomysły i decyzje następcy Pepa, Tito i „Taty” zamieniły w trzy trofea wzięte szturmem.

Można wyliczać puchary Barçy Enrique i powtarzać je jak refren. To powierzchowne. Sednem przemiany tej drużyny jest jej gra. Najważniejszym osiągnięciem obecnego trenera jest dla mnie uwolnienie drużyny z taktycznych i psychologicznych więzów tiki-taki, i nauczenie jej nowych sposobów rozbrajania rywali. Tymi „sposobami” są nie tylko nieobecne – do tego stopnia – w latach ubiegłych zabiegi taktyczne: kontratak, dalekie górne piłki, dopracowanie stałych fragmentów gry (kwestionowane wcześniej głośno jako niegodne tożsamości Barçy), co uodparnia zespół na różne scenariusze meczowe. Za równie ważne uznaję sprowadzenie piłkarzy o profilu, jaki wcześniej nie był reprezentowany w drużynie. Moim zdaniem Luis Suárez nie trafiłby do Barçy, gdyby trenerem był Guardiola. Bojowy, momentami wulgarny w swoim stylu gry Urugwajczyk obok Mathieu – innego transferu zdaniem „prawdziwych culés” niepasującego do klubu – okazał się wiosną 2015 sensacyjnie skuteczny i niezwykle przydatny w osiągnięciu przez klub drugiego trypletu w historii hiszpańskiej piłki. Lucho patrzy szerzej niż bordowo-granatowy kanon, zaskakując tym tak culés, jak i rywali. Okazało się, że szybkie podania wychowanków Masii w połączeniu z daleką piłką „za kołnierz” obrońców przy szybkości Neymara i zastawianiu się Suáreza dają worki goli. Drużyna wszechstronniejsza jest drużyną lepszą, bo trudniej jej wybić z ręki wszystkie atuty naraz.

Zmieniła się gra i zmienił jej odbiór. Gdy mówiono, że Barça gra kontrą jak Real Ancelottiego, culés nauczyli się brać to za komplement. Zamiast dominujących przez lata 2012-2014 określeń „bezproduktywność”, „ciągła gra wszerz”, „przewidywalność” LE przywrócił opisom gry FC Barcelony takie słowa, jak: „różnorodność”, „świeżość” i „skuteczność”. Do gry „Dumy Katalonii” powrócił dawno niewidziany element zaskoczenia rywala. Wróciła też szczelność bloku obronnego, której nowy trener poświęcał mnóstwo uwagi w wypowiedziach i pracy na treningach.

Na koniec wróciła radość. A z nią wszystko jest łatwiejsze.

Mozaika Luisa Enrique

Barcelona Enrique nie potrzebuje 50 twarzy. Wystarcza jej pięć. Tym, co najbardziej imponuje mi w warsztacie obecnego szkoleniowca jest umiejętne połączenie DNA Barçy z inspiracjami od innych topowych drużyn. W jego pojmowaniu futbolu szacunek dla piłkarskiej tożsamości klubu nie wyklucza pragmatyzmu. Widać to w sposobie gry jego podopiecznych, a jeszcze lepiej: w osiąganych rezultatach.

Przy całej stanowczości, z jaką obecny trener wręcza piłkarzom nowe narzędzia, zachował wszystko, co najlepsze ze stylu gry poprzedników. Dynamiczna gra piłką nadal stanowi solidny fundament gry zespołu. Przeniosła się bliżej bramki rywala, odzwierciedlając profil posiadanych piłkarzy równie mocno, co wizję trenera. U Luisa Enrique piłkarze pokonują środkową tercję boiska najszybciej jak to możliwe. Mają unikać rozgrywania piłki wszerz. Często wykorzystują piłki krzyżowe. Potrafią zaprosić rywala na własną połowę i w ten sposób „odpoczywać” w meczu, aby po pewnym czasie zaatakować znowu, ze wzmożoną energią. Całość wygląda na wymyśloną w Parku Güell, bo to futbol-mozaika, futbol inny względem wszystkiego, co ostatnio widywano na Camp Nou: inteligentny, eklektyczny i bardziej skuteczny.

W zakresie transferów Lucho również trzyma rękę na pulsie i nie zwleka z decyzjami. Okazuje się wyśmienitym menedżerem. Zakaz transferowy przyjął z ósemką nowych piłkarzy. Po osiągnięciu trypletu postanowił wydać 51 milionów, choć Vidal z Turanem nie mogli grać przez pół roku. Latem 2016 kupił sześciu piłkarzy.

Trzeba też docenić skuteczność Enrique w forsowaniu swoich pomysłów w zarządzie. Wygląda na to, że ma pełne wsparcie Bartomeu. Współpraca obu panów jest wzorcowa: „cicha” i skuteczna. Cecha ułożenia sobie dobrej współpracy ze wszystkimi wokół to wielki plus trenera z Asturii. Korzysta na tym klub. Nie ma nic ważniejszego.

Widoki na przyszłość

Porażka w ćwierćfinale z Atlético przyniosła natychmiastową reakcję trenera. Latem doszło do potężnych wzmocnień na ławce rezerwowych. Barça wydawała dużo, ale wydawała z głową. Początek nowych rozgrywek, zdobyty bez nerwów Superpuchar, trzy czyste konta w czterech meczach i nowe postaci wyglądające jakby grały tu od lat – ta drużyna ani trochę nie wygląda na wypaloną. To żadna tajemnica, że ambicje piłkarzy sięgają odzyskania Pucharu Europy i trzeciego z rzędu mistrzostwa Hiszpanii.

Póki trenerem jest Lucho, FC Barcelona może mierzyć we wszystkie możliwe tytuły.

   
* Przyjęte w Katalonii określenie na media sprzyjające madryckim Los Blancos, pl. „stołeczna mleczarnia”.

Udostępnij:

Komentarze (41)

Gorące tematy