Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:05  ·  International Champions Cup TVP Sport   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

W ciszy stadionu. Guardioli w City samych porażek

 19 października 2016, 13:35

 Karol Chowański 'Challenger'

 72 komentarze

Podejmując decyzję o przeprowadzce do Premier League Pep Guardiola miał do wyboru co najmniej trzy ekipy. Zdecydował się na Manchester City. Chłodna ocena tego postanowienia przez zawodniczą i trenerską legendę katalońskiego klubu jest nie tylko opinią. Obecność Guardioli w City poręcza za działania, które FC Barcelonie szkodzą.

Ciężko określić, czemu osoby utożsamiające się z FCB popierają Pepa w City. Szukając na futbolowej mapie instytucji stanowiącej zaprzeczenie tego, czym jest Barça – obok PSG czy Chelsea trzeba wskazać klub z City of Manchester Stadium.

Barça jest najlepiej znanym symbolem Katalonii. Stąd pochodzą jej władze, trenerzy, wielu piłkarzy. Barceloniści odegrali kluczową rolę w sukcesach reprezentacji Hiszpanii, na które składają się dwa mistrzostwa Europy i zwycięstwo na Mundialu. Fundament składu Blaugrany tworzą wychowankowie. Nie ma ich tylu, co jeszcze parę lat temu, to prawda. Nie codziennie jest piątek. Istotny element polityki kadrowej klubu stanowi obecność Katalończyków. W składzie jest ich dziś szóstka: Busquets, Piqué, Alba, Roberto, Vidal i Masip. Z czterech ostatnich trenerów Luis Enrique jest trzecim w tej roli byłym piłkarzem „Dumy Katalonii”. Klubowa fundacja ma globalny zasięg. Każdego roku prowadzi szereg działań w dziedzinach edukacji dzieci, zdrowia i promowania praw człowieka.

Związki barcelońskiego klubu z arabskim kapitałem są oczywiste. Jest zresztą tajemnicą klubowych korytarzy, że grający u schyłku kariery w Katarskiej Lidze Gwiazd Guardiola pośredniczył w kontaktach z Qatar Foundation. Barça do dziś ma napis „Qatar” na koszulkach. Mimo to trzyma Katarczyków na dystans. Wedle obecnych zasad nie mogą nawet zostać socis, członkami klubu. W tonie wypowiedzi przedstawicieli FC Barcelony z ostatnich miesięcy o przedłużeniu umowy sponsorskiej czuć dystans. Na Camp Nou od przedstawicieli QA zależy czcionka ich nazwy. W City od arabskich właścicieli zależy wszystko.

Abu Zabi – miasto powstałe przed chwilą, oaza szklanych biurowców wystająca z pustyni. Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich (i siedziba rodu Al Nahyan, właścicieli City) liczyła w 1952 roku 4 000 mieszkańców. Dziś ma około miliona, GP Formuły 1, park rozrywki „Ferrari World”, oddział New York University i własny Luwr z terminem otwarcia pod koniec tego roku.

Póki drużyna należała do Anglików, przez 82 lata spędzone w najwyższej klasie rozgrywek Manchester City zdobył dwa mistrzostwa Anglii: w 1937 i 1968. Pozostałe sukcesy ponad stuletniej historii sprzed zagranicznych inwestorów to: cztery Puchary Anglii (1904, 1934, 1956, 1969), trzy Puchary Ligi (ostatni w 1976) i Puchar Zdobywców Pucharów (1970). Pozycję The Sky Blues lepiej niż bilans do ery szejków oddają losy najnowsze. W 1999 roku drużyna Pepa Guardioli grała w III lidze.

Rurociąg emirackich petrodolarów odmienił historię klubu. Man City to Abu Zabi piłki nożnej.

Zjawiło się w wielkiej piłce z dyskrecją kogoś flirtującego na pogrzebie. Po przejęciu klubu od Thaksina Shinawatry latem 2008 roku obecni właściciele sprowadzili do The Sky Blues zawodników za 157,5 miliona euro. Nie wszystkie zakupy zostały przemyślane. Hit był z napastnikami. Mogli stworzyć własną drużynę, było ich jedenastu. Jednego wypożyczono (Jô), jednego zwolniono (Mpenza), do rozgrywek przystąpiło dziewięciu. Dziesiątego (Bellamy) sprowadzono w styczniu.

MCFC nie ma za sobą historii sukcesów. Ma zaś pieniądze na tworzenie nowej. Nie ma wypracowanej latami piłkarskiej tożsamości, emblematycznego stylu gry. Ma pieniądze. Niby to klub angielski, lecz w 22-osobowym składzie (podstawowa 20-ka [LINK] + Iheanacho i Sane) Anglicy stanowią 14%. Są za to pieniądze – na stranierich z całego świata. Kibice chodzący na stadion nie znajdą na boisku chłopaków z sąsiedztwa. Wiadomo, co mają zamiast. Sytuację potwierdza nawet profil władz klubu. W dwudziestoosobowej dyrekcji sportowej jest miejsce dla trzech Anglików. Reszta pochodzi lub została podkupiona z innych klubów. Ferran Soriano pełni w City funkcję dyrektora generalnego. Dyrektorem ds. sportowych jest Txiki Begiristain. Obaj pracowali poprzednio w Barcelonie.

Wszystko dające klubowi jego obecną sportową pozycję – czołowej ekipy ligi i uczestnika LM – jest kupione.

 

Od pierwszego dnia obecności w City arabscy szejkowie deklarowali chęć inwestowania w szkółkę. Osiem lat później w pochodzącej z 12 krajów kadrze nie ma jej ani jednego absolwenta. W 2014 roku ukończono z pompą piłkarską akademię Manchesteru City. Posiada centrum treningowe z 15 boiskami, kriokomorę, siłownię, college, mały szpital, laboratoria i hotel dla I zespołu. Kosztowała ok. 200 milionów funtów (równowartość 250 mln euro). Suma wydatków na zawodników należących dziś do pierwszej drużyny (bez tych, którzy w międzyczasie odeszli) wynosi 579 milionów funtów.

W ostatnich czterech latach inwestycje The Citizens coraz częściej obejmują juniorów. To rosnące zagrożenie dla klubów takich, jak Barca, której szkółka co roku kształci utalentowanych zawodników we wszystkich kategoriach wiekowych. Kelechi Iheanacho, w powszechnej opinii wychowanek angielskiego klubu, trafił do niego dwa lata temu z Taye Academy w nigeryjskim Owerri. Kupiono go za 660 tys. euro, 420 tys. euro „opłaty transferowej” wręczono ojcu piłkarza. W okresie 2013-2016 City wydało na nastolatków ponad 40 milionów euro. Napastnik Patrick Roberts kosztował piętnaście. Listę wydatków uzupełniają m.in. Angeliño (4,5 mln €), Marlos Moreno (5,5), Aleix García (4) i Ołeksandr Zinczenko (2). Trzech z czterech młodzieżowców stanowiących zaplecze obecnego składu zostało podkupionych z hiszpańskich klubów: Angeliño (2013, Deportivo), Maffeo (2013, Espanyol) i García (2015, Villarreal).

Po przyjściu Pepa, jego współpracowników i skautów do klubu można się spodziewać, że barcelońską młodzieżą będą się interesować z tą samą powściągliwością, co latem sytuacją w bramce.

Wątła wydajność własnego systemu szkolenia i niechęć do promowania angielskich piłkarzy ma konsekwencje. Wąska kadra City wynika z przepisów Premier League. Zgodnie z nimi każdy klub może zgłosić 25 piłkarzy powyżej 21 lat. Tylko siedemnastu może być wychowankami z zagranicy. Mając czterech piłkarzy spełniających kryteria wyszkolenia na Wyspach (Delph, Sterling, Clichy i Stones), City mogło zgłosić maksymalnie 21. Z kwartetu Nasri, Mangala, Bony, Touré co najmniej dwóch musiało pójść na wypożyczenie, bo i tak nie byliby uprawnieni do gry. Podobne zasady obowiązują w Lidze Mistrzów. Tu, z racji ukarania Touré, skład City jest jeszcze mniejszy.

Trudno wskazać aspekt funkcjonowania Manchesteru City, który jest wypracowany. „Built, not bought” – to popularne naklejki [LINK] na zderzak lub szybę. Umieszczane są na autach, których właściciele odbudowali lub przerobili je sami; dla odróżnienia od ozdób ulic, które zostały po prostu kupione. Dobrze, że w Anglii wciąż są kluby rozwijające się inną drogą niż City, Chelsea i im podobni. Tottenham z Evertonem zyskują coraz więcej sympatii wśród obserwatorów Premiership.

 

Motywy kierujące Pepa Guardiolę na Old Trafford, do Arsenalu lub City są jego prywatną sprawą. Rezultat tej decyzji jest sprawą publiczną. Kibice kupujący bilety, widzowie płacący abonament, klienci płacący za reklamowane przez Pepa produkty – mają swój udział w finansowaniu jego pensji. Mają prawo do swojej opinii.

Nie twierdzę, że Man City to samo zło. Miewają mecze, w których oglądanie ich gry stanowi dużą przyjemność. City nadaje lidze kolorytu. Na przestrzeni lat sprowadziło wielu wspaniałych piłkarzy. Część z nich dalej jest w zespole: Kompany, Kolarov, Agüero, Silva, Fernandinho, De Bruyne, Iheanacho. Co zwraca moją uwagę, to brak pierwiastka lokalnego. Skład City ma niewiele wspólnego z Anglią i jeszcze mniej z Manchesterem. Mógłby reprezentować Melbourne, Paryż, Nowy Jork, Buenos – jaka byłaby różnica? Luźne związki piłkarzy z klubem nie sprzyjają wykrzesaniu dodatkowej motywacji, gdy trener i drużyna mają trudne dni, ważą się losy ligi, a LM wchodzi w fazę pucharową. Z fachowcami tej klasy City co roku powinno bić się do końca o mistrzostwo.

Odnosząc się do wyboru Pepa, można powiedzieć, że w świecie futbolu są inne miejsca pracy. Wymagania wobec Guardioli są lustrzanym odbiciem jego wizerunku dziecka Barçy i obrońcy katalońskości. Gdyby Pep wybrał Arsenal lub Manchester United, łatwo byłoby wspierać go z całego serca. Zdecydował inaczej, więc odczucia w jego stronę są dokładnie odwrotne.

Poza tym, kilka zachowań Guardioli po odejściu z Camp Nou spotkało się z niesmakiem. Jako trener Bayernu wielokrotnie krytykował sędziów. Jego stanowcze protesty podczas meczów wywołały w Niemczech ostre komentarze. Głośnym echem odbiła się postawa Pepa wobec sędzi Steinhaus w Mönchengladbach (X 2014). Przy pożegnaniu z Barçą trener zapewniał, że nie będzie wyciągał piłkarzy Blaugrany. Do Monachium trafił Thiago Alcântara. Sytuacja powtórzyła się po objęciu Manchesteru [LINK]. Pep próbował sprowadzić do swego klubu ter Stegena, a gdy okazało się to niemożliwe – przekonał do przenosin Bravo. Chilijczyk zastąpił Joe Harta, który został wystawiony z klubu jak worek zgniłych kartofli. Pep wymógł na 66-krotnym reprezentancie Anglii odejście poprzez wystawianie gorszego pod każdym względem, z mityczną grą nogami na czele, Wilfredo Caballero. Jest odzwierciedleniem najgorszych cech dzisiejszej piłki, że jedyny w klubie piłkarz sprzed ery emirów nie dostał od nowego trenera ani jednej szansy. Pojedynczy mecz ze Steauą był stypą, do City Guardioli Hart już nie wróci. W potraktowaniu Yayi Touré, innego ulubieńca trybun i byłego podopiecznego trenera w Barcelonie, też nie ma sympatii. Takie zagrywki lepiej pasują do Mourinho niż do Pepa.

Na deser w przededniu jednego z najważniejszych dla swojej drużyny meczów sezonu Pep zajmuje się mizernymi aluzjami wobec prezesa swego byłego klubu [LINK]. Ludzie są wystarczająco inteligentni, aby wyrobić sobie własne opinie o ruchach transferowych Guardioli po jego odejściu z Camp Nou. Niech się bardziej martwi wynikami własnej drużyny niż o Josepa Bartomeu. Ten wypowiada się o Pepie w zupełnie innym tonie [LINK].

FC Barcelona jest dumą Katalonii. City jest dumą Benjamina Franklina, którego oblicze zdobi studolarowy banknot. Inny jest odbiór Pepa trenującego Barçę, klub swojej młodości i zawodniczej kariery – a inny, gdy obejmuje drużynę poskładaną z petromamony i firmuje swym obliczem działalność kogoś takiego jak szejk Mansour [LINK]. Pomijając obyczaje w kraju, którym włada wraz z rodziną, przy aferze Banku Barclays kwoty w sprawie Neymara to kłótnia dzieci o drobne.

Póki Pep Guardiola pracuje w Manchesterze City, jemu i jego klubowi nie mogę życzyć nic innego, jak kolekcji porażek. Pierwsza okazja w środowy wieczór.

Artykuł przedstawia opinie jego autora i nie odzwierciedla stanowiska redakcji na poruszony temat.

Wideo: Bundesliga, yt; zdj. MCFC, Sky Sports, Daily Mail

Udostępnij:

Komentarze (72)

Gorące tematy