Następny mecz:  Barcelona  -  Sociedad     ·  Dziś o 20:45  ·  38. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Dlaczego 4:0 to niebezpieczny wynik

 20 października 2016, 21:50

 Challenger

Źródło: własne

 55 komentarzy

Jak powszechnie wiadomo, 2:0 to w piłce niebezpieczny wynik. Niby prowadzenie, ale wystarczy jedna przypadkowa bramka, by ci drudzy nabrali woli walki i wrócili do meczu. Naturalnie, wynikiem jeszcze gorszym jest 0:1, 1:4 i wszystkie pozostałe na korzyść rywala. Patrząc na mecz z City, 4:0 to też jest niebezpieczny wynik.

Rewanż obu drużyn już za dwa tygodnie. Ośmieszone przez Barçę City zrobi wszystko, aby się odegrać. Piłkarze zostawią na boisku serce i wyplują płuca, a trener na pewno wybierze inną taktykę. Zamiast takiej, która Agüero zapewniwszy ławkę okazała się dwunastym graczem gospodarzy.

Kłopoty Barcelony

To rezultat osobliwy, bo swymi rozmiarami łatwo prowadzi do opacznych wniosków.

Podzielam przekonanie wielu obserwatorów: wynik nie oddaje przebiegu meczu – ale z innych powodów. Gdy mówią tylko o czerwonej kartce dla Bravo, zwracam uwagę, jak słabo przez blisko godzinę pojedynku grała Barca. Okazji bramkowych do przerwy miała relatywnie mało, jedyny gol nie padłby bez poślizgnięcia Fernandinho.

Posiadanie piłki i strzały po 90 minutach nie mówią nic ciekawego, liczba strzałów w I połowie wprost przeciwnie: goście mieli ich więcej (3:5). W celnych był remis (2:2), ale City tuż przed przerwą dodało do tego dwa groźne uderzenia obok lewego słupka ter Stegena (strzelali De Bruyne i Stones). Barça cofnęła się po golu, za bardzo. Do wykluczenia Bravo nie zdołała stworzyć zagrożenia po raz drugi.

W grze podopiecznych Enrique widać było efekty poreprezentacyjnego przeciążenia. Prowadzonym przez nich akcjom długo brakowało werwy. Można było odnieść wrażenie, że w pierwszych dziesięciu minutach najczęściej przy piłce był ter Stegen. Katalończycy prowadzili ryzykowną grę podaniami pod własnym polem bramkowym, a jedno z niedociągniętych – jak niedociągnięty bywa forhend tenisisty posłany w trybuny – podań niemieckiego bramkarza już w drugiej minucie meczu zwiastowało problemy dla Barçy w tym meczu.

Mistrzowie Hiszpanii specjalizują się w tym sezonie w zapraszaniu rywali do głębokich odwiedzin na własnej połowie. Jednak to, co przy optymalnej formie fizycznej każdego z piłkarzy stanowi atut i element taktycznej przewagi nad rywalem – zamienia się w igranie z ogniem, gdy zawiedzie dowolny odcinek na nitce podań na centymetry od rywali. Podanie do bramkarza nie zawsze jest dobrym pomysłem. Robi się ryzykowniej, jeśli podopieczni Enrique mają za sobą wiele meczów w krótkim czasie, powroty z dalekich meczów kadry lub po prostu silnego rywala naprzeciw. Niebezpieczeństwo takiej gry rzadko widać lepiej niż w środę.

Momentami przecierałem oczy ze zdumienia, czy na ławce gości siedzi Pep Guardiola czy Simeone z Mourinho. Pressing zawodników Manchesteru był intensywny, agresja Silvy zapewniła Piqué trzy tygodnie wakacji, ale z taką „ambicją” Barça też powinna sobie radzić jeśli szuka w tym sezonie dużych sukcesów. Nikt nie przyjeżdża na Camp Nou poprzyglądać się, jak Messi z kolegami dziurawią siatkę i siatki zakładają. Każdy chce wygrać, niektórzy ich skopać – na koniec najbardziej liczy się wynik.

Barça zabrała się za niego dopiero po wykluczeniu Bravo i posypaniu się morale rywala. Rzadko który mecz układa się równie sprzyjająco. Powinno to stanowić zmartwienie dla Lucho w kontekście wyjazdu do Sewilli i grudniowego „Klasyku”.

Detale, detale

O mocno przypadkowym golu Leo już było. Z pozycji fana City trudno też nazwać akcję z Bravo szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Z nich wszystkich najistotniejsza jest moim zdaniem sytuacja, której nie było. Mam na myśli rzut karny przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania.

Nielegalne odbicie piłki przez Digne’a było więcej niż klarowne. Powinien zostać odgwizdany rzut karny dla gości, lecz na to sędziemu Mažiciowi zabrakło odwagi. Ręka ręce nierówna – jedna obrońcy, druga Bravo.

Wspominam o tym, aby wskazać rangę małych detali tworzących wielką goleadę. Po błędzie bramkarza City powiedziałem sobie: „No to teraz im nawrzucają” – i tak było. Meczowa sytuacja, która mogła pójść na 10 różnych sposobów, dla jednej z drużyn ułożyła się najgorzej, jak mogła. „Jedenastka” oznaczałaby duże szanse na remis po 45 minutach, a ten oznaczałby dużo emocji i trudności Barçy po przerwie. Warto dostrzegać w piłce wymiar detali, uwzględniać je w formułowanych wnioskach. Wynik środowego meczu jest złudny i tak powinien być traktowany.

De Bruyne zostawiony w szatni

Pep ma tendencję do wprowadzania w dużych meczach zaskakujących rozwiązań taktycznych, których nie testował wcześniej ze słabszymi rywalami. Co dało świetne rezultaty np. w grudniu 2011 na Bernabéu, wczoraj wybuchło City w twarz. Myślę, że to silnie różni go od Enrique, który we wprowadzaniu modyfikacji w modelu gry jest ostrożniejszy. Było to także widać w tym meczu – mimo częstych ostatnio, także z konieczności, romansów z formacją 3-4-3, Barça podjęła Man City swoim klasycznym 4-3-3; w trakcie meczu modyfikowanym, zgodnie z obrazem gry i urazami.

Uważam, że „The Citizens” z Agüero na boisku byliby groźniejsi, a przynajmniej lepiej wiedzieliby, co grać. Guardiola chciał oszczędzić Argentyńczyka po powrocie z kadry i zaskoczyć obronę Barçy, ale jedynym efektem było zdestabilizowanie ofensywy City. Im bliżej pola karnego Katalończyków, tym gorzej wyglądała współpraca Sterlinga, De Bruyne, Nolito i Silvy. Szukali się w każdej akcji, nad podaniami zwlekali dłużej niż zwykle, gra była rwana i ogólnie nieskuteczna. Do wielu akcji prosiło się „dokleić” Kuna, co zresztą zrobili redaktorzy Canal+ w pomeczowym studiu.

Po stronie Barçy świetnie wyglądał eksperyment z prawym obrońcą nazwiskiem Mascherano. Do Lucho można mieć pretensję o traktowanie Vidala [LINK], ale to jego okręt i wyniki go bronią. Dobrze zagrał Umtiti. Nie był to występ doskonały, ale solidny i nieszkodliwy, co stanowi ogromną wartość, gdy chodzi o mecz tuż po rehabilitacji przeciw jednej z najsilniejszych kadrowo ekip w Europie.

To nie koniec

Specyficzny układ tego meczu sprawia, że trudno określić na jego podstawie, do czego zdolna w tym sezonie jest Barca. Do końca roku City to obok Sevilli i Realu teoretycznie najmocniejszy przeciwnik Katalończyków.

Jednakże wynik będący „niebezpiecznym” w pewnym sensie jest też wynikiem dobrym. Dodatkowa mobilizacja w szatni angielskiego klubu oznacza, że ludzie Luisa Enrique będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, aby wygrać mecz w Manchesterze. W środę było łatwiej, za kilkanaście dni będzie trudniej.

A wtedy zawsze jest ciekawiej.

Udostępnij:

Komentarze (55)

Gorące tematy