Następny mecz:  Barcelona  -  Boca Juniors     ·  Dziś o 18:15  ·  Finał Puchar Gampera FCBarcelona.com   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

 20 grudnia 2017, 15:15

 Redakcja

 22 komentarze

Okiem Kibica: Przedziwny Klasyk

Jesteśmy niezwykle szczęśliwi, iż tak wielu z Was odpowiedziało na naszą Akcję El Clásico i nadesłało swoje prace. Wybór nie był łatwy, jednak musieliśmy go dokonać. Wytypowane zostały trzy zwycięskie teksty naszych Użytkowników, z którymi będziecie mogli zapoznać się w najbliższych dniach. Ich autorom serdecznie gratulujemy, zaś wszystkim Czytelnikom, którzy wzięli udział w akcji, dziękujemy za zaangażowanie i zachęcamy do dalszej aktywności w ramach rubryki Okiem Kibica.

Zapraszamy do lektury pierwszego z nagrodzonych artykułów, autorstwa Użytkownika oleka222.


Każdy kibic – nieważnie czy najwierniejszy fan, śledzący ligę hiszpańską z dnia na dzień, z godziny na godzinę, czy też niedzielny obserwator, włączający dwudziestoletni telewizor tylko na najważniejsze mecze oraz finał Mam Talent. Każdy z nich po całym dniu świątecznych przygotowań wieczorem zasiądzie w fotelu, zapnie pasy i wystartuje z najciekawszym, najważniejszym i okrytym największą sławą pojedynkiem drużyn piłkarskich jaki tylko może istnieć – El Clásico.

A nie, chwilę, mecz jest przecież o 13.00.

Decyzja o rozegraniu tak ważnego, renomowanego spotkania o godzinie pasującej lepiej do konkursu skoków narciarskich, wywołała niemałe oburzenie. Internet huczał i grzmiał od komentarzy krytykujących szefostwo La Ligi za terminarz. Najczęściej pojawiającym się argumentem młodych gniewnych był ten o utracie klimatu wydarzenia. Dość absurdalny, zauważając, że spotkaniu towarzyszy sława i legenda. Niezależnie od okoliczności – pomijając lipcowe spotkania za wielką wodą – sprawia ona, iż temperatura zarówno na trybunach, jak i przed odbiornikami, sięga zenitu. Tak, godzina jest specyficzna, w pewnym sensie to nowość dla większości kibiców, lecz należy się z tym pogodzić. W dzisiejszym, mocno zglobalizowanym świecie, trzeba dostosowywać się również do innych wielkich rynków, w tym przypadku – azjatyckiego. Właśnie to robi w tej sytuacji La Liga. Sprawia, że towar eksportowy, jakim bez dwóch zdań jest pojedynek Realu i Barcelony, trafi do odbiorców w Chinach, Indiach, Japonii czy Indonezji. Patrząc tylko na populację tych państw stanowią one zdecydowanie większy rynek, niż ten europejski. Ustalenie to jest korzystne zarówno dla podmiotu decyzyjnego, jak również samych klubów. Europejscy kibice i tak obejrzą mecz, gdyż zdecydowanie większa liczba osób będzie miała wolną sobotę na dwa dni przed Bożym Narodzeniem niż chociażby na początki grudnia. Z kolei miliony Azjatów włączą telewizor i obejrzą wyjątkowo wypromowane spotkanie, kupią kilkaset tysięcy koszulek na tę okazję, a znaczna część z nowicjuszy, oglądających mecz Barcelony czy Realu po raz drugi w życiu, zacznie kibicować. Same korzyści i nikt nie liczy się z tym, że kochambarce123 marudzi na forum, a mecz i tak zobaczy.

Wracając do dostosowania się do innych rynków: nie jest tak, że tylko Europa musi się do wszystkich dopasować, a inni już nie. Organizacja znacznie większa od La Ligi, jaką jest NBA, również to robi. Koszykarski odpowiednik El Clásico – pojedynek Golden State Warriors z Cleveland Cavaliers – odbędzie się w Boże Narodzenie o 15.00, tylko po to, aby tych kilku Europejczyków mogło go obejrzeć. 15.00 to późna godzina i Klasyk również mógłby się o niej odbyć. Nie mielibyście nic przeciwko temu? To co powiecie o meczu Philadelphia 76ers – New York Knicks, który rozegrany zostanie w południe? A New York Knicks to organizacja mieszcząca się w pierwszej trójce pod względem liczby kibiców. Jakoś na forach koszykarskich, czy to europejskich, czy amerykańskich nie widziałem żadnego fana narzekającego na brak atmosfery. Nie jest to żadna nowość, iż spotkania w Boże Narodzenie odbywają się o wczesnych godzinach. Zwyczajnie, taka dola dzisiejszego rynku, taki skutek globalizacji i trzeba się z tym zwyczajnie pogodzić. Klimat, towarzyszący wydarzeniu sportowemu zawsze będzie istnieć. Stwarzają go wydarzenia boiskowe, te na trybunach czy przed telewizorem, a nie pora dnia.

Można natomiast powiedzieć, że termin meczu jest dziwny. Dziwny bo nowy. Pierwszy raz od kiedy śledzę rywalizację Barcelony z Realem spotkanie rozpocznie się o 13.00, na dwa dni przed Gwiazdką. Z pewnością w niejednym domu nastanie konflikt interesów. Główny prowadzący przygotowania do świąt nie dopuści, abyś nie pokroił marchewki do sałatki, nie ulepił pierogów, czy nie oskrobał karpia. A ty, kibicu, nie odpuścisz poświęcenia tak ważnego meczu jakim bez wątpienia jest Klasyk. Gdzieniegdzie, może i u ciebie w mieszkaniu, kłótnia skończy się typowym rozwiązaniem określanym jako sytuacja win-win. W tym przypadku, skrobaniem karpia na fotelu, przed telewizorem, przy dźwiękach komentarza Święcickiego i Ćwiąkały, zagłuszanego przez ciągłe pytania czy ryba już jest gotowa, by trafić na patelnię.

W pewnym sensie dziwne są też okoliczności, w jakich obydwie drużyny przystępują do zawodów. Patrząc na przedsezonowe działania na rynku transferowym Barcelony i kontuzję Dembélé, nikt raczej nie przewidywał, że to ona właśnie będzie jedyną drużyną z pięciu najlepszych lig europejskich bez porażki w krajowym pucharze, lidze oraz rozgrywkach międzynarodowych. Najprawdopodobniej mało kto spodziewał się również tak wyraźnego kryzysu Realu Madryt. Właśnie, to miał być akapit o kryzysach; to one są w tym wszystkim najdziwniejsze, gdyż po raz pierwszy od dawna obydwie drużyny przez nie przechodzą. Real Madryt jest w nie najlepszym położeniu. Strata czternastu punktów w piętnastu spotkaniach La Ligi oraz drugie miejsce w grupie Ligi Mistrzów, które skojarzyło klub z PSG w 1/8 tychże rozgrywek. Wszystko to świadczy o nie lada kłopotach, z jakimi walczy zespół Królewskich w tym sezonie. Przede wszystkim są to problemy strzeleckie. Karim Benzema jest w formie, w której potrafi spudłować absolutnie każdy strzał, zepsuć każdą sytuację wypracowaną przez kolegów. Z kolei Cristiano „Najlepszy Piłkarz w Historii” Ronaldo w pewnym momencie sezonu miał stosunek bramek do strzałów na poziomie nieprzekraczającym 2%. Trzeci z rażącej siły ataku Królewskich, Gareth Bale, leżał na łóżku w pokoju 213 madryckiego szpitala. Trio BBC przed spotkaniem z Málagą w 13. kolejce La Liga miało łącznie tyle samo goli w krajowych rozgrywkach, co wyszydzany przez cały świat Paulinho. Cóż, nie ma powodów do dumy. W dodatku poprzez sprzedaż Jamesa Rodrígueza oraz Álvaro Moraty Real mocno osłabił swoją ławkę rezerwowych, stanowiącą olbrzymią siłę w poprzedniej kampanii. Wspomniana dwójka gwarantowała przynajmniej kilka groźnych sytuacji pod bramką przeciwnika. Teraz w ich miejsce wchodzą, bądź mogliby wchodzić, zawodnicy o klasę słabsi. Isco zdecydowanie lepiej radzi sobie na środku pomocy. Marco Asensio nie jest zawodnikiem, tworzącym okazje z niczego. A Borja Mayoral nie należy do piłkarzy, których Zinedine Zidane obdarowywałby zaufaniem. Czy można mówić o jakiejkolwiek wierze w gracza, skoro przy absolutnie fenomenalnej formie Karima Benzemy otrzymał on w lidze 117 minut? Nie wspominając o tym, że 75 z owych minut z dostał w spotkaniu z Realem Sociedad, gdy francuski miłośnik amatorskiej kinematografii był kontuzjowany.

W kryzysie jest również Barcelona. Trochę innym, niż ten Realu. W końcu jest liderem ligi hiszpańskiej, wygrała niełatwą grupę Ligi Mistrzów z finalistą poprzednich rozgrywek – Juventusem, a od sierpnia nie przegrała spotkania. Klub z Katalonii jest natomiast w kryzysie bardziej charakterystycznym dla czterdziestoletnich kobiet, bez rzeczywistego odwzorowania w wynikach: kryzysie wartości. Przede wszystkim podjęto decyzję o odejściu od tego, co wyniosło Dumę Katalonii na piedestał – stawiania na wychowanków, na produkty słynnej na całym świecie La Masíi. W miejsca, w które jeszcze osiem lat temu wskoczyliby najlepiej rokujący zawodnicy drużyny B, ściągani są piłkarze, którzy swoją grą zwyczajnie nie zasługiwaliby na reprezentowanie barw blaugrana. Ivan Rakitic, André Gomes, Paco Alcácer, Thomas Vermaelen, niesławny Douglas, Paulinho, Aleix Vidal, Arda Turan – wymieniać można dalej, a to wszystko za kwotę przekraczającą 200 milionów euro. Zdecydowanie zbyt wysoką. Nie twierdzę, że sprowadzenie niektórych z nich było błędem, lecz nie są to gracze, nie do zastąpienia przez obiecujących juniorów ze szkółki. Uczeni od małego filozofii gry w barwach Barcelony. Nic nie kosztują. Jeśli okażą się wyśmienitymi piłkarzami, jak Iniesta, Xavi i wielu, wielu innych – to świetnie. Mamy zawodnika na wysokim poziomie, który dużo nam zawdzięcza i kocha klub. Natomiast jeśli dany piłkarz okaże się absolutnym niewypałem, sprzedaż czy wypożyczenie nie bolą, nawet jeśli w przypadku Barçy często są one nieudolne. W przypadku transferów błędna decyzja osób odpowiedzialnych za budowanie kadry kończy się olbrzymią stratą pieniężną. Także uszczerbkiem na wizerunku, gdy sytuacja się powiela, a tak niestety się dzieje. Kryzys wartości Barcelony widoczny jest nie tylko u jej sterów, zasad, lecz także na boisku. Przede wszystkim o sile Blaugrany przestali stanowić pomocnicy. Nie tak, jak za owianych pewnym rodzajem mistycyzmu czasów, odległych ledwie o pięć lat, gdy trenerem był Guardiola. To już nie główni kreatorzy gry, twórcy okazji, ani osoby całkowicie kontrolujące tempo spotkań. W tym sezonie widzimy jeszcze większe pogwałcenie świętości, którą wyznawali kolejni szkoleniowcy Barcelony od jeszcze bardziej mitycznych lat – ery Johana Cruyffa. Wspomnianą świętością jest formacja 4-3-3. Już w poprzednich sezonach zespół z Katalonii odszedł w obronie od tego schematu, natomiast w tym roku nastąpił przełom i cała organizacja drużyny odbywa się w klasycznym ustawieniu 4-4-2, prowadzącym do marginalizacji osłabionej już linii pomocy.

Każdy kibic – nieważnie czy najwierniejszy fan, śledzący ligę hiszpańską z dnia na dzień, z godziny na godzinę, czy też niedzielny obserwator, włączający dwudziestoletni telewizor tylko na najważniejsze mecze oraz finał Mam Talent. Każdy z nich po całym dniu świątecznych przygotowań o godzinie 13.00 zasiądzie w fotelu, zapnie pasy i wystartuje z najciekawszym, najważniejszym i okrytym największą sławą pojedynkiem drużyn piłkarskich jaki tylko może istnieć – El Clásico, jednocześnie skrobiąc wigilijnego karpia. Niech właśnie owa ryba będzie jedynym, co straci głowę tego dnia. W sumie, może być to ona i Sergio Ramos. Jego „strata głowy” kończy się najczęściej czerwoną kartką. Jeszcze lepiej: ów sazan, piłkarz z numerem cztery reprezentujący Real Madryt i całe, szeroko pojęte madridisimo, straci głowę, opuszczając boisko. W tym czasie barcelońska piętnastka pokaże światu swoją koszulkę – po ostatniej bramce na 5:0. Nierealne? Prawdopodobnie tak, ale na tym polega cała magia świąt. Niech to zdanie będzie właśnie takim życzeniem. Świątecznym marzeniem ode mnie dla ciebie, kibicu Barcelony.

Autor: oleka222

Udostępnij:

Komentarze (22)

Gorące tematy