Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Sobota, 28 lipca *  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Lineker: W Barcelonie stałem się mądrzejszym piłkarzem

 13 lutego 2018, 08:00

 Challenger

Źródło: The Blizzard

 8 komentarzy

Ponad trzydzieści lat temu Gary Lineker zakończył swój pierwszy sezon w Katalonii. Sprowadzony z Evertonu po udanych występach z Anglią na MŚ 1986, gdzie został królem strzelców turnieju – szybko okazał się hitem na Camp Nou. Jego hat-trick dał ekipie zwycięstwo w Klasyku. Na koniec sezonu miał 21 goli.

Anglik za granicą. Gary Lineker patrzy wstecz na swój czas w Barcelonie.

Jego kariera w Barçy skończyła się w 1989 roku rozczarowaniem po tym, jak Johan Cruyff postanowił przesunąć go na prawe skrzydło. Lineker był środkowym napastnikiem, nie grał wcześniej na skrzydle. Wrócił do Anglii jako najlepszy brytyjski strzelec w historii la Liga (rekord przejęty później przez Garetha Bale’a) oraz z medalami za zwycięstwa w Pucharze Króla i Pucharze Zdobywców Pucharów.

Zupełnie różna od tego, czym jest dzisiaj, hiszpańska piłka była wtedy znana z brutalnie grających obrońców, a nie geniuszy kreatywnej gry rozmiaru pinty piwa. FC Barcelona też była innym klubem. Pokonana w rzutach karnych finału Pucharu Europy 1986 r. przez Steauę Bukareszt, wciąż nie zaznała chwały zwycięzcy tych elitarnych rozgrywek. Resztę lat 80-tych spędziła w cieniu sławy Realu Madryt z Hugo Sánchezem i Emilio Butragueño w składzie.

Lineker rozmawiał z kwartalnikiem The Blizzard o tym, dlaczego zwlekał z decyzją o transferze, urokach sjesty oraz różnicach w taktyce między Anglią i Hiszpanią.

Kiedy po raz pierwszy dowiedziałeś się o zainteresowaniu Barcelony?

Na koniec poprzedniego sezonu, niedługo przed wyjazdem na mistrzostwa. [Trener Evertonu] Howard Kendall zadzwonił do mnie i powiedział, że pojawiły się sygnały z Barcelony. Z jego tonu wynikało, że klub jest zadowolony z ceny i chętnie mnie puści. Powiedział, żebym się nad tym zastanowił, ale zaraz zaczynał się mundial i koncentrowałem się tylko na tym. Sprawa transferu musiała poczekać. Pojechałem na mistrzostwa. Początek wypadł dyskretnie, mieliśmy słaby start. Potem zacząłem trafiać: trzy gole z Polską, dwa z Paragwajem. O komunikację z Meksyku było wtedy trudno, taka rzeczywistość przed erą komórek. Raz na jakiś czas mogliśmy zadzwonić z recepcji. Przed turniejem rozmawiałem raz z moim agentem [Jonem Holmesem] i przekazałem mu, że nie chcę słyszeć o zainteresowaniu Barcelony ani nikogo innego podczas mistrzostw. Mimo to zadzwonił do mnie znowu po meczu z Paragwajem. Powiedział: „Wiem, że mieliśmy nic nie omawiać, ale uważam, że źle świadczyłoby o mnie jako twoim reprezentancie, jeśli nie poinformuję cię, że Barcelona nie ustępuje i chce podpisać z tobą kontrakt. Uzgodnili sumę odstępnego z Evertonem. Jeśli wkrótce nie wyrazisz zgody, sprawa przepadnie”. Uznałem, że skoro są chętni teraz, będą też chętni po Mistrzostwach Świata. Odłożyłem temat, skupiłem uwagę na kadrze. Potem, to jasne, przegraliśmy w ćwierćfinale [1:2 z Argentyną po najsłynniejszych golach Maradony]. Wróciłem do domu, spotkaliśmy się z ludźmi z Barcelony, z ludźmi z Evertonu. Sprawa była załatwiona.

Sytuacja podczas mistrzostw była dla Ciebie dekoncentrująca?

Zupełnie nie. Było kilka tygodni, kiedy nic się w tej sprawie nie działo, nawet o tym nie myślałem. Nie byłem pewien, czy chcę odejść. Everton miał świetną drużynę, ja zdobywałem mnóstwo goli. Odłożyłem ten temat i nie wracałem do niego myślami. Nawet po telefonie od Jona Holmesa pomyślałem: „Pomyślę nad tym, jak wrócę”.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia o Barcelonie?

Zamknęliśmy transfer w Londynie, myślę, że w Claridge’s albo Connaught [pięciogwiazdkowe hotele]. Tak że pierwszy raz, gdy w ogóle wybierałem się do Barcelony, był to lot na moją prezentację, która miała być treningiem na stadionie wypełnionym tysiącami widzów. Coś niebywałego. Było to trochę wykańczające nerwowo, ale jednocześnie pokazujące, jak wielką instytucją był klub. Miałeś 80 000 ludzi, czy cos koło tego, którzy przyszli na trening tylko, by cię powitać. To było coś. Ponieważ dla mnie był to też pierwszy raz w mieście, było trochę emocji, niepewności i oczekiwania, co dalej.

W jakiej kondycji był wtedy klub?

Wszyscy byli wyraźnie przygnębieni, prawdę mówiąc. Doszli do finału Pucharu Europy, przegrali w karnych, nie trafili żadnego, a w poprzednim sezonie zdobyli mistrzostwo Hiszpanii. Byli ogromnie zawiedzeni. Czuli, że była to okazja na pierwszy Puchar Europy dla klubu. Mieli do siebie żal. Sytuacja dosyć odległa od zwycięskich czasów, jakie przeżywają dzisiaj, choć to zawsze był klub ściągający wielkich zawodników. Niewiele wcześniej był tam Maradona. Grał tam Cruyff. Na przestrzeni lat mieli masę wspaniałych piłkarzy. To oczywiście się skończyło, kiedy ja przyszedłem!

Trenerem był Terry Venables. Steve Archibald był już w składzie. Mark Hughes dołączył z Manchesteru United w tym samym czasie, co Ty. Jak pomocne było, że miałeś na miejscu małą brytyjską kolonię?

To było przede wszystkim dziwne, bo mieliśmy Archibalda i [Bernda] Schustera, ale w składzie meczowym można było umieścić tylko dwóch obcokrajowców. Więc tamci dwaj najczęściej się nie łapali. Trenowaliśmy razem, ale żaden nie mógł dołączyć do składu, jeśli nie usunąłeś z niego Marka Hughesa lub mnie. Markowi zdarzało się to częściej w dalszej części sezonu. Było mu trudno.

W jaki sposób hiszpańscy piłkarze reagowali na ten brytyjski zaciąg? Były problemy?

Żadnych. Nie tworzyły się podgrupy. Byli bardzo otwarci. Świetni faceci, praktycznie wszyscy, których tam spotkałem. Nie mogło być lepiej.

Jak ważne dla Ciebie było nauczenie się hiszpańskiego?

Ciężko powiedzieć obiektywnie, ale zawsze uważałem, że dla mnie było bardzo ważne. Obserwowałem [brytyjskich] piłkarzy, którzy dobrze poradzili sobie za granicą – a wtedy było ich wielu, nie to, co dzisiaj – i zawsze miałem wrażenie, że ci, którym najlepiej idzie na boisku, to ci, którzy najlepiej zaadaptowali się poza nim; rozumieli kulturę, uczyli się języka. Byłem bardzo zdeterminowany postępować tak samo. Trzy razy w tygodniu chodziłem do szkoły uczyć się języka, przez dwa lata. W moim trzecim sezonie mówiłem po hiszpańsku, okazjonalnie śniłem po hiszpańsku. Dobrze mi szło. Myślę, że miało to duże znaczenie.

Łatwo Ci to przyszło?

Nie, wymagało ode mnie ciężkiej pracy. Kiedy przyjechałem, nie znałem słowa w tym języku. Ze szkoły znałem trochę francuskiego i niemieckiego, ale na bardzo podstawowym poziomie. Po przyjeździe skoczyłem na głęboką wodę. Kompletnie odciąłem się od środowiska brytyjskich ekspatów, choć przekazywali mi wiele zaproszeń na różne okazje, i spędzałem większość wolnego czasu w towarzystwie Hiszpanów i Katalończyków. Uważam, że to mi pomogło. Mieszkanie za granicą jest znakomitą okazją do nauki języka, tak naprawdę jedyną, jeśli nie wyniosłeś go ze szkoły czy studiów. Nie chciałem zmarnować tej okazji.

Jakieś zabawne sytuacje?

Pamiętam wizytę w sklepie. Szukaliśmy mebli. Potrzebowałem stolików nocnych, więc spytałem o „dos mesitas con cojones” zamiast „cajones”. „Cojones” to oczywiście jaja, „cajones” – szuflady. To przykład, który został mi w pamięci. Już na początku musiałem rzucić „jajkami”, brawo.

Jak przebiegł Twój proces adaptacji do hiszpańskiego stylu życia?

Łatwo. Uwielbiałem sjestę. Świetna sprawa. Szybko stała się moim elementem dnia. Klimat rewelacyjny, jedzenie – oszałamiające. Na miejscu masz wszystko: plaże, góry, w mieście dużo się dzieje. To bardzo, bardzo dobre miejsce do życia. Pod tym względem łatwo było się przyzwyczaić.

A jakie były Twoje odkrycia na boisku?

To co innego. Większość drużyn używała wtedy indywidualnego krycia z głęboko cofniętym libero, podczas gdy w Anglii wszyscy grali wysoko i w obronie szukali pułapek ofsajdowych. Strzeliłem mnóstwo goli z akcji jeden na jednego z bramkarzami. W Hiszpanii takie okazje zdarzały się dużo rzadziej. Musiałem więcej biegać. Wyobraź sobie, że zdobyłem więcej goli po dośrodkowaniach niż w Evertonie. Trzeba było lekko zmienić swoją grę. To było bardzo pouczające i uczyniło mnie lepszym. Nauczyłem się lepiej myśleć na boisku, stałem się inteligentniejszym piłkarzem. Musiałeś się szybko uczyć. Poza sprawami boiskowymi, chodzi też o całą resztę. Ludzie lubią mówić, jaka to presja towarzyszy piłkarzom tutaj [w Anglii], ale tam, zwłaszcza wobec obcokrajowców, przy ograniczeniu do dwóch w drużynie... Było ciężko. Mark Hughes przekonał się o tym na własnej skórze, dobrze poczuł tę różnicę. [Dziennikarze] Dobrali się do niego bardzo szybko i nie znosił tego lekko, jak sam przyznał.

Dlaczego mu się nie powiodło?

Na początku radziliśmy sobie OK. Po jakimś czasie uznano, że strzela za mało goli. Był agresywnym, drapieżnym typem zawodnika, jak wiemy, i sędziowie gwizdali mu dużo przewinień. Chodziło zwłaszcza o jego wejścia od tyłu. Taki sposób gry nie pomagał mu w oczach arbitrów. Po pewnym czasie gorzej odnajdywał się poza boiskiem. Był młody i brakowało mu towarzystwa. Miał swoich kumpli, z którymi czasem wychodzili gdzieś razem, ale poza tym spędzał dużo czasu sam i można powiedzieć, że był wtedy dość samotny. Mark jest świetnym gościem i rewelacyjnym piłkarzem, bardzo ceniłem jego grę. Dobrze się dogadywaliśmy i jest tak do dziś.

  Gary Lineker w 1986 roku

Udostępnij:

Komentarze (8)

Gorące tematy