Następny mecz:  Valladolid  -  Barcelona     ·  Sobota, 25 sierpnia 22:15  ·  2. kolejka La Liga Canal + Sport 2   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

 15 lutego 2018, 15:14

 Eoren

 53 komentarze

Barcelona w Sepii: Ronaldinho

3 września 2003 roku o godzinie 01:26 w nocy w Barcelonie zatrzęsła się ziemia. Observatori Fabra, stacja sejsmologiczna Wydziału Astronomii i Meteorologii Uniwersytetu w Barcelonie, zarejestrowała drgania niemal pięć kilometrów od epicentrum. Wstrząsów nie wywołały jednak ruchy płyt tektonicznych, ale 80 237 gardeł i par rąk, wiwatujących na cześć Ronaldinho. Piłkarz z Porto Alegre właśnie zdobył swoją pierwszą bramkę w barwach FC Barcelony. W kolejnych latach, pisząc swoją historię w tym klubie, strzeli ich jeszcze 93.

Porto Alegre oznacza po portugalsku "Radosny Port". Nazwa miasta na południu Brazylii, wciśniętego w klin pomiędzy lądem a morzem, nieopodal granicy z Urugwajem, wydaje się przewrotna. To metropolia poprzetykana fawelami, dzielnicami nędzy. Tu żyje się często bez prądu i czystej wody. W drewnianych domach, łatanych jak przetarte ubrania. W jednym z nich, w Radosnym Porcie pełnym ubóstwa, urodził się chłopiec o najszerszym uśmiechu na świecie.

Ronaldo de Assis Moreira oddycha od początku futbolem. Jego ojciec João pracuje w stoczni, ale po godzinach kopie piłkę w EC Cruzeiro. To nie jest ten słynny klub z Belo Horizonte, choć nazwa jest niemalże ta sama. Tu nie ma pieniędzy; jedyne, co João może przynieść stamtąd dzieciom, to pasja. Czasem zdarza się, że talent pozwala odnieść sukces. Tak stanie się w przypadku Roberto, starszego z braci de Assis Moriera. Podpisanie kontaktu z Grêmio pozwoli rodzinie wydostać się z nędzy. A nawet wydostać z faweli, gdy klub podaruje zawodnikowi nowy dom, w lepszej dzielnicy. Drużyna Imortal Tricolor stanie się drabiną do lepszego życia dla rodziny de Assis. W ślady starszego brata pójdzie Ronaldo, chłopiec tak drobny, że szybko dostał w drużynie przezwisko, będące zdrobnieniem imienia. Ronaldinho.

Przywita się z wielkim światem, mając trzynaście lat. To wtedy udzieli pierwszego wywiadu. Uwagę mediów przykuwa dziecko, które w jednym meczu zdobywa 23 bramki. Żadne nagranie nie upamiętnia spotkania z 1993 roku. Po latach pojawią się wątpliwości, czy ta liczba nie jest jedynie miejską legendą, historią wyolbrzymioną. 

– Tak było – potwierdza. – Ale te dzieci grały fatalnie! Dla nich to była jedynie zabawa, ja występowałem już wtedy w drużynie młodzieżowej. To wiele tłumaczy. Później nigdy nie było tak łatwo.

Szlifując technikę nie tylko na trawie, ale też w futsalowej sali, Ronaldinho wkracza w nowy świat. Opuszczenie dzielnicy ubóstwa nie sprawi, że Porto Alegre naprawdę będzie szczęśliwe. Ma osiem lat, gdy ojciec umiera na atak serca w basenie ich nowego domu. Od tej chwili miłością życia będzie matka, a wzorem do naśladowania – brat. Pójdzie w jego ślady nie tylko do Grêmio, ale znacznie dalej, do Europy.

Nagroda pocieszenia

W Barcelonie nie był pierwszym wyborem. W 2003 roku, podczas walki o fotel prezydenta klubu, Joan Laporta jako karty przetargowej użył Davida Beckhama. Ówczesna gwiazda Manchesteru United miała trafić do Barçy, jeśli obóz Laporty pokona w wyborach faworyzowanego Lluisa Bassata. Ta deklaracja przekonała elektorat i adwokat z Barcelony zasiadł u sterów klubu. Obietnica wyborcza nie została jednak spełniona. Mimo wstępnego porozumienia z United nie udało się przekonać agenta pomocnika, który w ostateczności – z perspektywy Laporty – trafił w najgorsze możliwe miejsce: do Realu Madryt. 

– Pojechaliśmy do Nicei negocjować z Beckhamem – wspomina były prezydent Barçy. – Zostaliśmy tam, ale on powiedział, że się nad tym zastanowi. Mieliśmy już dość czekania i zamiast niego podpisaliśmy kontrakt z Ronaldinho.

W ten sposób Brazylijczyk, który na Starym Kontynencie rozbłysnął w barwach PSG, trafił do stolicy Katalonii. Jako nagroda pocieszenia.

R10

Dwa lata później biega w złotych butach. Nie w złocistych – takich jest na pęczki. Nike przygotowało dla niego korki ozdobione 24-karatowym kruszcem. Taki sam materiał firma wykorzystała, tworząc buty dla Michaela Jordana w 2000 roku. Amerykański koszykarz jest jednym ze sportowych wzorów Ronniego; teraz Brazylijczyk idzie śladami jego wielkości. To irracjonalnie cenne obuwie nie jest przypadkiem. Stworzono je dla uczczenia zdobywcy nagrody Piłkarza Roku FIFA, mistrza Hiszpanii i mistrza świata. Stanowi część kampanii zbliżającego się mundialu. Na jednym bucie widnieje litera "R", na drugim liczba "10". 

– Zapytam R10, czy cię przyjmie – mówi do dziennikarza brat, teraz już pełniący funkcję jego agenta.

Dla rodziny też nie jest Ronaldo, Ronaldinho, Dinho ani Ronnie. To R10 – jedyny i niepodrabialny.

Siada na trawie i zakłada złote korki. Najpierw podbija piłkę – od niechcenia, bez fajerwerków, jakby faktycznie chciał wypróbować obuwie, a nie zrobić na kimkolwiek wrażenie. Potem kopie i trafia piłką w poprzeczkę. Ta, jak bumerang, wraca do niego. I jeszcze raz. I jeszcze. Jest rok 2005 i w kwietniu wystartował YouTube, serwis z materiałami wideo, który dopiero się rozkręca. Na premierowym filmiku można było zobaczyć faceta, gapiącego się na dwa słonie. Teraz ludzie oglądają Ronniego, odbijającego piłkę od poprzeczki, jakby to było dziecinnie proste. To pierwsze wideo w historii tego serwisu, które przekroczy barierę miliona wyświetleń. Bo wszyscy chcą na niego patrzeć, gdy ma przy nodze piłkę. I nie ma znaczenia, że niektórzy będą twierdzić, iż nagranie zostało zmanipulowane. Ronnie twierdzi, że jest prawdziwe, a tego się nie podważa.

"Czy niebo istnieje?"

Staje się filarem Barcelony. Nim trafił do klubu, zespół zakończył poprzedni sezon na szóstej pozycji w lidze. To najgorszy rezultat od piętnastu lat. Razem z nim Barça sięgnie po Ligę Mistrzów, dwa tytuły mistrzowskie i dwa Superpuchary Hiszpanii. Nie jest jedynym architektem tych sukcesów, ale z pewnością jest ich znakiem rozpoznawczym i twarzą nowej Barcelony. Gdy opuści Camp Nou, kibice z większym sentymentem niż same trofea będą wspominać jego magię. Ona była na Stamford Bridge, w bramkach, które zdobył przeciwko Chelsea, mimo że Katalończycy przegrali 2:4. Była w pamiętnej przewrotce podczas meczu z Atlético. W każdym elastico, każdej espaldinhi czy sombrero. Techniką zachwyca nawet tych, którzy sami są mistrzami w fachu. 

– Chciałbym znać odpowiedzi na dwa pytania – wyznaje Billy Wingrove, brytyjski freestyler, dla którego sztuczki z piłką stanowią zawód. – Po pierwsze: czy niebo istnieje? Po drugie: w jaki sposób Ronaldinho stał się tak dobry?

Iker Casillas kręci z niedowierzaniem głową, ale trybuny Santiago Bernabéu klaszczą. Kibice Realu Madryt nagradzają owacją na stojąco najlepszego zawodnika El Clásico. Właśnie zdobył bramkę ustalającą wynik na 3:0. Nie byłoby w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że ten gracz reprezentuje barwy ich odwiecznego rywala – Barcelony. Klubu, któremu życzy się wszystkiego co najgorsze, a każde jego potknięcie powinno się uczcić przynajmniej butelką cervezy. Kiedy wygrywa, można najwyżej upić się na smutno. Z pewnością daleko jest wtedy od oklasków. Ale to Ronaldinho. To zupełnie inna historia. Po raz ostatni owacje dla piłkarza w bordowo-granatowej koszulce były na tym stadionie 27 lat wcześniej. Tamten gracz nosił na plecach ten sam numer, jednym zwodem ośmieszył wychodzącego z bramki Juana José i posłał piłkę do siatki Realu. Nazywał się Diego Armando Maradona.

Lata 2005 i 2006 należą wyłącznie do Ronniego. Swoją grą tworzy nową definicję futbolu. Ogień, który pali się najjaśniej, zwykł jednak szybko gasnąć.

Skandale

– Wszystkich nas to martwi. Sporo zapłaciliśmy za tego zawodnika i nie chcemy ingerować w jego życie prywatne. Ale bardzo nas to niepokoi – oświadcza Patricia Amorim, prezes Flamengo.

Jest rok 2011, a Ronnie lata świetności ma już dawno za sobą. Nieustające imprezy nie poprawiają jego dyspozycji fizycznej. W końcu Amorim zmuszona jest wezwać na dywanik jego starszego brata. To jednak nie koniec. Zarząd Flamengo tworzy specjalną linię telefoniczną dla kibiców. Dzwoniąc pod ten numer, mogą zgłosić klubowi nocne ekscesy R10. Słuchawka się urywa. Telefony odbierać musi piątka wolontariuszy...

Problemy zaczęły się wiele lat wcześniej, jeszcze zanim Ronaldinho trafił do Barçy. Jego zamiłowanie do nocnego życia było zarzewiem konfliktu z Luisem Fernándezem, ówczesnym trenerem PSG. 

– Nie trenował przez cały tydzień, przychodził w piątek, a w sobotę graliśmy mecz – wspomina Jérôme Leroy, reprezentujący barwy klubu w tym samym czasie co Ronnie– Oczywiście, to był Ronaldinho, ale coś takiego nie może trwać wiecznie. Wszyscy widzieliśmy, że ta kariera nie będzie długa.

Jak zgrabnie określił to Fernández, Brazylijczykowi brakowało hygiene de vie, "higieny życia". Twarde podejście trenera, który nie bał się posadzić go na ławce, doprowadziło do tego, że zawodnik zaczął domagać się zwolnienia szkoleniowca. Po bożonarodzeniowej przerwie pojawił się w klubie spóźniony pięć dni. Usprawiedliwiał się bólem zęba.

Problemy ze skłonnościami do przedawkowania imprez, kobiet i alkoholu ciągnęły się za nim w każdym klubie. Nie ominęły też kariery reprezentacyjnej. Za balangę w 2007 odpowiedzialny był Robinho, ale to on musiał uciekać schowany w bagażniku, by uniknąć migawek fotoreporterów. Fiesta, której był centralnym punktem, trwała od czwartkowego wieczora do piątkowego popołudnia. Na ten wieczór niesforni brazylijskiej kadry zamówili ponoć 40 prezerwatyw. Jedna gorąca noc to dużo? Nie dla niego. Grając w szeregach Rossonerich, zarezerwował hotel na trzydniową imprezę, tuż przed derbami Mediolanu. Ta przyjemność kosztowała nie tylko 75 tysięcy euro, ale też porażkę 0:2 z Interem. Nic dziwnego, że następnym razem, gdy grupa włoskich kibiców spotkała go w barze, oprócz próśb o autografy zażądała, by poszedł wreszcie do domu.

Z imprezy w Belo Horizonte nigdy nie wrócił. Opuścił szatnię Atlético Mineiro i pożegnał się z kumplami z drużyny jak co dzień. "Do zobaczenia chłopaki". Miał wziąć kilka dni wolnego, ale znów poszedł w tango. W tym czasie brat rozwiązał jego kontrakt z brazylijskim klubem i podpisał nowy, z Querétaro w Meksyku.


"Tata jest ze mną"

– To dla ciebie, Manolo.

Ronnie świętuje bramkę w meczu z Betisem, przechyla chorągiewkę w rogu boiska, chwytając ją jak mikrofon. Wskazuje kabinę lektora. Za szybą siedzi tam Manel Vich, legendarny spiker z Camp Nou. Ronnie nazywa go przyjacielem. To nie był dla niego łatwy czas, doświadczył fali krytyki kibiców. Tego dnia don Manel dokładnie opisał mu, w jaki sposób strzeli gola: w drugiej połowie, przy trybunie północnej. Później, w nocy, Brazylijczyk po raz pierwszy odwiedzi w domu człowieka, który co weekend był głosem Camp Nou. Przyjdzie, żeby podziękować.

Bo to nie tylko magik boiska i król nocnego życia. To przyjaciel starszego pana z kabiny spikera. Opiekun Leo Messiego, gdy ten był małomównym dzieckiem, wkraczającym w świat dorosłej piłki. Chłopak z Porto Alegre, w równym stopniu ukształtowany przez trudne dzieciństwo, jak i niespodziewany sukces. Dzieciak, który pierwsze kroki stawiał... z piłką, grając z psem. Utrata ojca odcisnęła na nim piętno. 

– Nie czujesz smutku od razu, to przychodzi później. Po kilku latach zaakceptowałem, że tata nigdy nie wróci. Chciałby, żebyście zrozumieli, że za każdym razem, gdy mam piłkę przy nodze, tata jest ze mną.

***

Oficjalne zakończenie kariery to moment, który symbolicznie zamyka pewną epokę. W rzeczywistości profesjonalna droga R10 zakończyła się już dawno i przedwcześnie. 

– Nie osiągnął tyle, ile powinien ze swoim talentem – stwierdza Jerome Leroy.

Niejedna szansa, której sam siebie pozbawił, mogłaby przynieść zgorzknienie, ale to przecież Ronaldinho. Z jego twarzy uśmiech nie znika nigdy; w tej radości kibice zakochali się w równym stopniu co w boiskowej magii. Niedawno zdecydował się na operację i wyprostowanie krzywych zębów, swoistego znaku firmowego. 

– Jestem sympatycznym brzydalem, który z czasem stał się przystojniakiem – komentuje tę decyzję.

Wypowiadając te słowa, uśmiecha się jeszcze szerzej...


Tekst opublikowany pierwotnie na SPORT.TVP.PL

Udostępnij:

Komentarze (53)

Gorące tematy