Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Lineker: Rywalizacja z Realem była stale obecna w szatni (cz. 2)

 16 lutego 2018, 23:10

 Challenger

Źródło: The Blizzard

 4 komentarze

Ponad trzydzieści lat temu Gary Lineker zakończył swój pierwszy sezon w Katalonii. Sprowadzony z Evertonu po udanych występach z Anglią na MŚ 1986 – został królem strzelców turnieju – szybko okazał się hitem na Camp Nou. Jego hat-trick dał ekipie zwycięstwo w Klasyku. Na koniec rozgrywek miał 21 goli.

Kilka dni temu opublikowaliśmy część pierwszą [LINK].

Jego czas w drużynie skończył się rozczarowująco w 1989 roku po tym, jak Johan Cruyff postanowił przesunąć go na prawe skrzydło. Lineker nie grał nigdy wcześniej, zajmował środek ataku. Wrócił do Anglii jako najlepszy strzelec w historii la Liga (rekord przejęty później przez Garetha Bale’a) i medalami za zwycięstwa w Pucharze Króla i Pucharze Zdobywców Pucharów.

W drugiej części rozmowy z kwartalnikiem The Blizzard Lineker obszernie mówi o rywalizacji z Realem, kolegach z szatni i jak dziś wspominają go mieszkańcy miasta.

Gary, jacy piłkarze zaimponowali Ci w szatni Barcelony?

Było ich wielu. W tym oczywiście Andoni Zubizarreta, który grał dla Hiszpanii Bóg wie ile lat. Stoperzy Alexanko i Migueli, silni i twardzi, jak przystało na hiszpańskiego obrońcę z tamtych czasów. Dopiero po mnie drużyna zmieniła styl na tiki-takę w swoim starym wydaniu. Grałem z Txikim Begiristainem, który rządzi obecnie w Manchesterze City. Był dobrym piłkarzem. Francisco José Carrasco też był dobrym piłkarzem. Mieliśmy ich kilku, lecz Barcelona nie była wtedy świetna jako zespół. Dla szatni był to okres przejściowy, po sukcesach Venablesa, który spisał się bardzo dobrze, i przed przyjściem Cruyffa. Był to moment przejściowy dla całego klubu, szkoda, że w pewnych rzeczach brakowało konsekwencji. Real Madryt był wtedy bardzo mocny. Wygrali ligę trzy razy z rzędu. Mieli wspaniałą ekipę. Butragueño, Gallego, Valdano, do tego Hugo Sánchez – gość z innej planety. Dysponowali drużyną złożoną z wyjątkowych piłkarzy na każdej pozycji.

Hiszpańscy defensorzy mieli wtedy „reputację”. Kogo wymienisz jako najtrudniejszych rywali?

Grałem przeciwko Goikoetxei, znanemu jako „Rzeźnik z Bilbao”. Grali ostro i bezkompromisowo. Wtedy zawsze kończyłeś mecz pokopany. Nie byliśmy chronieni jak dzisiejsi napastnicy. Było ciężko. Nigdy nie przeszkadzało mi granie z tymi, którzy kopali, byli znani z agresywnej obrony. Nie lubiłem tych, którzy byli szybcy.

Jak szybko w szatni Barcelony zagraniczni piłkarze poznają rangę meczów z Realem Madryt?

Dosyć szybko. To coś, o czym mówi się cały czas. Rywalizacja z Realem Madryt – od razu słyszysz o historii, jaka za tym stoi. Nie chodzi tylko o piłkę nożną. Chodzi o politykę i sprawy społeczne, czasy Franco i świadomość, że Katalończycy byli represjonowani, że nie mogli mówić publicznie w swoim języku, a jedynym miejscem, na którym to robili, było boisko piłkarskie na Camp Nou. Szybko dają ci odczuć wymiar tej rywalizacji, znaczenie meczów.

Jak to wyglądało w Twoim przypadku?

To ciągły proces, słyszysz o tym z każdej strony, od dyrektorów, ludzi z zarządu, którzy doświadczyli tego sami – siedzieli w więzieniu, bo mówili po katalońsku – po zawodników. Po meczu, schodząc z boiska, pierwszą rzeczą, jaką się interesowali, było: „Jak poszło Realowi?”. Ten temat był stale obecny w szatni. To dociera bardzo szybko do każdego [nowego piłkarza], nawet jeśli wcześniej nie było się szczególnie świadomym otoczki tej rywalizacji i jej ogromnego znaczenia na miejscu.

Co zapamiętałeś z przygotowań do meczu z Realem Madryt 31 stycznia 1987 roku?

Pamiętam podekscytowanie. Pamiętam, że były nim wypełnione gazety. Żeby wiedzieć, o czym mówimy: tutaj [w Wielkiej Brytanii] mamy sekcje sportowe na kilku ostatnich stronach i dotyczą różnych dyscyplin, różnych drużyn. W Barcelonie wychodzą dwa dzienniki poświęcone wyłącznie Futbol Club Barcelona. Należy mieć tego świadomość. Na tygodnie przed „Klasykiem” 40 stron dziennie poświęconych jest temu meczowi w dwóch gazetach, co pokazuje skalę tego wydarzenia. To po prostu ekscytujące. Piłkarze opowiadali mi o atmosferze tego meczu i tym, co dzieje się na stadionie. Nie przesadzali.

Jak opiszesz uczucie wychodzenia przed 120 tysięcy widzów na Camp Nou, aby zagrać przeciwko Realowi Madryt?

To bardzo ciekawe, bo podczas większości meczów, jakie grasz w Barcelonie, atmosfera na trybunach jest raczej dyskretna. To przywilej stałych bywalców, nazywanych socios, członków klubu. Okazjonalnie usłyszysz jakiś okrzyk zza jednej bramek. Reszta stadionu czeka, aż zostanie zachwycona, jak operowa widownia. Jeśli coś na boisku zasługuje na aplauz, usłyszysz aplauz. Jeśli zrobisz coś, co nie było szczególnie udane, zobaczysz białe chusteczki wycelowane w swoją stronę. Dlatego granie na tym stadionie było wymagające i najczęściej było cicho. El Clásico stanowiło wyjątek. Wychodzisz z tunelu. Korytarz na Nou Camp jest poniżej gruntu – idziesz do tego ogromnego teatru tunelem, który zdaje się nie mieć końca, i słyszysz narastający huk. Czegoś podobnego nie doświadczyłem nigdzie, nigdy. To było tak odmienne od wszystkich innych meczów na Nou Camp. Coś niebywałego. Działało na nerwy. Z niczym nie mogę porównać tego hałasu. Miałem ciarki po sam kark. Było wspaniale. Kochałem takie sytuacje. Po to grasz.

Trafiłeś dwukrotnie w pierwszych pięciu minutach. W dwie minuty po przerwie skompletowałeś hat-trick. Madryt wrócił do gry i doprowadził do 3-2. Jak wyglądało ostatnie 10 minut?

Szczerze mówiąc, nie wierzyłem w to, co się dzieje. Oczywiście czułem, że to wyjątkowa chwila, magiczna, a potem oni strzelili dwie bramki. W głowie miałem tylko: „Proszę, proszę nie pozwólcie na to. Proszę, wytrzymajcie jeszcze”. Nie sądzę, abym kiedykolwiek pragnął bardziej, aby moja drużyna utrzymała prowadzenie, niż w tamtym meczu! Myślałem, że zrujnują mi wieczór, jeśli zdobędą trzecią bramkę. Być może to było samolubne, oczywiście, jak to prawdziwy napastnik. Ale utrzymaliśmy wynik, skończyło się perfekcyjnie. Lepiej nie mogło.

Zatem byłeś świadomy w trakcie meczu, że jesteś bliski przejścia do historii Barcelony?

Absolutnie świadomy. Na boisku masz stuprocentową świadomość takich rzeczy. Myślę, że jeśli ktoś mówi inaczej, to kłamie.

Jak zdobycie hat-tricka w tym konkretnym meczu wpłynęło na postrzeganie Ciebie przez sympatyków Barcelony?

Uczyniło wielką różnicę. Zrobić coś takiego przeciw Realowi Madryt to coś, co wspominają nawet po dziś dzień, kiedy tylko tam jestem. Zresztą nie chodzi o jeden mecz. W trzech domowych „Klasykach”, w jakich grałem, strzeliłem trzy w jednym i zwycięskie bramki w dwóch pozostałych. Nazywali mnie „Postrachem Madrytu”. To był wielki komplement i oczywiście coś przeuroczego, gdy tylko słyszę to wracając. Oczywiście, ludzie muszą być w konkretnym wieku, aby pamiętać to przezwisko, ale wciąż pamiętają.

Udostępnij:

Komentarze (4)

Gorące tematy