Następny mecz:  Barcelona  -  Tottenham     ·  Niedziela, 29 lipca 05:00  ·  Presezon   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

 12 kwietnia 2018, 23:07

 Julia Cicha

 87 komentarzy

Krótka historia jednej porażki

Starzeję się. To właśnie przeszło mi przez myśl, gdy wtorkowe odpadnięcie z Ligi Mistrzów przyjęłam z dziwnym spokojem. Złość, rozczarowanie, smutek – oczywiście. A jednak w porównaniu chociażby do porażki z Atlético sprzed dwóch lat, którą przeżyłam wyjątkowo mocno, tegoroczna klęska nie wywarła na mnie wrażenia. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że Barcelona naprawdę rozgrywa świetny sezon. W tej chwili, z potencjalnie wspaniałego, ma szansę być on tylko i aż bardzo dobry. Ale do tego się przyzwyczailiśmy, prawda? Bardzo dobry to mało. Rozpuściła nas ta Barca. Sezon 2017/18 może i będzie bardzo dobry, ale… nikt go nie zapamięta. Możemy zdobyć mistrzostwo Hiszpanii bez porażki, możemy pokonać Real 3:0, Messi może strzelić bramkę z potrójnego toeloopa. Nie zapamiętam tego. Zapamiętam kompromitację z Romą. Pod tym względem ta temporada już się zakończyła.

Dlaczego więc ze zdziwieniem odkryłam, że przedwczorajsza klęska nie dotknęła mnie tak bardzo? Spodziewałam się jej. I nie, nie jestem jednym z proroków, którzy wyciągną tweeta sprzed pół roku i zaczną krzyczeć „a nie mówiłam!”. Gdyby ktoś zapytał mnie tydzień temu, dokąd zmierza Barca, odpowiedziałabym – po tryplet. Spójrzmy jednak na fakty. Zarówno pierwszy, jak i drugi mecz z Romą, oglądałam na komputerze. W obu przypadkach skończyłam, zmieniając kanał na ten z transmisją starcia Liverpoolu z Manchesterem City, pozostawiając jedynie relację audio ze spotkania Barcelony. Idealnie podsumowuje to mój stosunek do obecnej sytuacji drużyny. Śledzę jej poczynania, mniej lub bardziej przeżywam poszczególne wyniki, chcę być na bieżąco, wiedzieć, co się dzieje... ale nie chcę na to patrzeć. Gra Barçy mnie nudzi. Tak zwyczajnie. Gdyby nie chodziło o klub mojego życia, zapewne nie męczyłabym się, oglądając starcia z „ogórkami”, w których ledwo ciułamy punkty. Inna sprawa, że mamy szansę uciułać ich aż sto.

Głównym architektem  – bo jednak nie winowajcą – obecnego stylu gry Blaugrany jest oczywiście Ernesto Valverde. Daleko mi do opinii osób, które zaczęły już pakować za niego walizki. Trener popełnił masę błędów, ale nie można odmówić mu wielu sukcesów w tym sezonie. To nie jego wina, że pracuje tak, jak pracuje. Barcelona wiedziała, na co się pisze, zatrudniając go. Wiedziała, że drużyna nie będzie już grać spektakularnie. I to było w porządku. Dopóki były wyniki. Starcie z Romą to właściwie pierwszy, nie liczę bowiem Superpucharu Hiszpanii, niezadowalający rezultat. Każdy zasługuje na drugą szansę, mam jednak wrażenie, że w przypadku Valverde polegać ona będzie na kontynuowaniu dotychczasowej pracy bez wprowadzenia większych zmian w stylu bądź ustawieniu. 4-4-2 było skuteczne, ale nie jest to naturalna formacja dla tej ekipy. Odnoszę wrażenie, że piłkarze męczą się, wypełniając polecenia szkoleniowca.

Niektóre media wyciągnęły wczoraj informację, rzekomo podaną początkowo przez TV3, choć źródła nie sposób znaleźć (jest tylko filmik pokazujący krótką, kilkusekundową rozmowę Piqué z Valverde, który niewiele wyjaśnia), że Gerard Piqué poprosił w trakcie meczu w Rzymie o zmianę taktyki. Obrońca miał domagać się gry pressingiem, na co Valverde zareagował oburzeniem. Nie wiem, ile w tym prawdy. Jeśli choć trochę, to mamy problem. Mimo całego szacunku dla Piqué, piłkarze nie mogą podważać fundamentalnych decyzji trenera, tym bardziej w trakcie meczu. Mimo całego szacunku dla Valverde, popełnił on błąd, ale słusznie nie ugiął się pod naciskiem obrońcy. W piłce nożnej nie ma miejsca na anarchię.

Na co dzień zajmuję się tłumaczeniem konferencji prasowych szkoleniowca Barçy. Oto kilka cytatów z wypowiedzi, których udzielił przed pierwszym i drugim meczem z Romą.

Wątpię, by na tym etapie rozgrywek losy awansu rozstrzygnęły się już w pierwszym spotkaniu.

Bycie faworytem przydaje się tylko w zakładach bukmacherskich.

Nie możemy myśleć, że cokolwiek już wygraliśmy, bo to nieprawda.

Od dawna zajmuję się piłką i wiem, że dzieją się w niej nieprawdopodobne rzeczy. Musimy postarać się, by nie przytrafiły się nam.

Myślenie, że jesteśmy już w półfinale, byłoby błędem.

Ironia losu, prawda? Chyba po raz pierwszy wszystkie suche, sztampowe formułki sprawdziły się w stu procentach. Czy Valverde naprawdę wierzył w to, co mówił? A jeśli wierzył, czy nie umiał przekazać tego piłkarzom? Albo jeszcze gorzej – potrafił im to przekazać, ale nie potrafił ich do tego przekonać?

Co teraz? Po dublet. A potem do kąta. Tam najlepiej się myśli.

Udostępnij:

Komentarze (87)

Gorące tematy