Następny mecz:  Barcelona  -  Alaves     ·  Sobota, 18 sierpnia 22:15  ·  1. kolejka La Liga Eleven Sports 1   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

Passa bez porażki zakończona

 13 maja 2018, 19:56

 Looky

 833 komentarze

Niedziela, 13 maja 20:45, 37. kolejka La Liga, Miejsce: Ciudad de Valencia, Transmisja: Eleven Sports 1
Levante UD 5:4 FC Barcelona

Po zaciętej rywalizacji i fatalnej grze w defensywie Barça przegrała z Levante na wyjeździe 4:5, kończąc tym samym rekordową serię bez porażki w lidze hiszpańskiej i grzebiąc szanse na rozegranie całego sezonu bez choćby jednego potknięcia. Bramki dla gospodarzy zdobywali Emmanuel Boateng (trzy) oraz Enis Bardhi (dwie), zaś dla Blaugrany trafiali Coutinho (również hat-trick) oraz Luis Suárez. 

Przed meczem jasne było, że do Walencji nie pojadą m.in. Leo Messi czy Samuel Umtiti, co wskazywało na spore rotacje zarówno w defensywie, jak i ofensywie. Tak też się stało, bo Ernesto Valverde wystawił dość zaskakującą parę stoperów Vermaelen-Mina, z kolei w ataku od pierwszych minut po raz kolejny zobaczyliśmy Ousmane'a Dembélé.

Napisać, że zmiany te nie przyniosły wiele dobrego, to nic nie napisać. Choć Barcelona zaczęła od kilku ofensywnych akcji, pierwszy gol dla Levante padł już w 9. minucie, zaś jego autorem był Emmanuel Boateng. Napastnik Granotas wykończył świetną akcję Moralesa. Chwilę później mogło być 2:0, bo Bardhi trafił w słupek. Na kolejne dwadzieścia minut gra nieco się uspokoiła, choć widać było niepewność w poczynaniach Blaugrany, która nie była w stanie powstrzymać coraz groźniejszych kontr Levante. Gol na 2:0 był jednak wynikiem nie tyle kontrataku, co niefrasobliwości piłkarzy Barçy w rozegraniu. Fatalne ustawienie defensywy Dumy Katalonii po raz kolejny wykorzystal Boateng, przepychając Semedo i strzelając do pustej bramki. Ogłuszona tym ciosem Barcelona spróbowała zaatakować gospodarzy i poszukać kontaktowej bramki. Znalazła ją po trafieniu Coutinho, który fantastycznie (choć z pomocą rykoszetu) trafił do siatki zza pola karnego. Na przerwę Barça schodziła niezadowolona, choć końcowy fragment kazał sądzić, że kwestią czasu będzie comeback w drugiej odsłonie.

Nikt nie mógł jednak przewidzieć tego, że już po 50 sekundach drugiej połowy Levante podwyższy prowadzenie. Tym razem szybki atak gospodarzy wykończył Enis Bardhi, pokonując ter Stegena pięknym strzałem z pierwszej piłki. Była to jedynie zapowiedź "blitzkriegu", jaki przeprowadziła ekipa Granotas w pierwszym kwadransie drugiej połowy. W 49. minucie było już 4:1, a kolejnym trafieniem (i hat-trickiem) popisał się nieomylny wręcz tego dnia Boateng. Nie minęło sześć minut, a Barcelona leżała na deskach. Prostopadłym podaniem obronę Barçy rozerwał Roger, a drugie trafienie tego wieczora zaliczył Bardhi. Kibice Levante oszaleli ze szczęścia i wyciągali ręce, triumfalnie pokazując pięć palców - symbol manity. Prawdopodobnie każda inna drużyna już by się poddała, rzuciła ręcznik i postarała się nie stracić więcej goli. Ambicja Blaugrany została jednak podrażniona, w związku z czym podopieczni Valverde zdecydowali się na próbę powrotu do rywalizacji. Sygnał kolejny raz dał Coutinho, uderzając z woleja sprzed pola karnego (kolejny raz po rykoszecie) i zmniejszając stratę na 2:5. Zaledwie pięć minut później było już 3:5, a hat-trickiem popisał się nie kto inny jak właśnie Coutinho. Brazylijczyk rozgrywał świetne spotkanie i zapewne zostałby MVP meczu, gdyby nie fatalna postawa jego kolegów z defensywy. Zwłaszcza Yerry Mina momentami sprawiał wrażenie totalnie zagubionego, wydaje się więc, że wypożyczenie w przyszłym sezonie może wyjść Kolumbijczykowi na dobre. W ostatnich dwudziestu minutach rządziła i dzieliła już tylko Barcelona, co potwierdził rzut karny po faulu na Busquetsie, pewnie wykorzystany w 70. minucie przez Luisa Suáreza. Choć Blaugrana do końca naciskała na rywali, to skuteczna defensywa oraz opóźnianie gry przez gospodarzy spowodowały, że comeback się nie udał i Barcelona po raz pierwszy w tym sezonie ligowym zaznała goryczy porażki.

Trudno napisać cokolwiek odkrywczego po tak wielkim zawodzie, jaki zaserwowała nam (nie pierwszy raz w tym sezonie, vide rewanż w Rzymie) Barcelona. Kolejny raz wydaje się, że można było podejść do tego meczu z większą asekuracją i intensywnością. Obrona Blaugrany była w tym spotkaniu obroną tylko z nazwy, bowiem raz po raz ambitni gracze Levante zagrażali bramce strzeżonej przez ter Stegena. Zakończenie sezonu w wykonaniu piłkarzy Ernesto Valverde pozostawia zatem w ustach culés  (niestety) słodko-gorzki posmak.

Udostępnij:

Komentarze (833)

Gorące tematy