FCBarca.com w Barcelonie: Uśmiechnij się i przybij piątkę

Julia Cicha

29 października 2018, 22:29

20 komentarzy

W zeszłym roku Barcelona zrobiła swoim kibicom idealny prezent gwiazdkowy, wygrywając z Realem 3:0. W tym święty Mikołaj przybył do stolicy Katalonii prawie dwa miesiące wcześniej. Ze sobą przyniósł prawdziwie zimową pogodę – El Clásico w temperaturze 12 stopni Celsjusza to wyzwanie, ale tym razem dłonie rozgrzewały się od oklasków.

Na zajęciach z dziennikarstwa jak mantrę powtarza się: „unikaj sztampy, bądź oryginalny”. Myślę jednak, że pierwsze starcie Barçy z Realem obejrzane na żywo może tłumaczyć zignorowanie tej zasady. „Niech mnie ktoś uszczypnie” – tak właśnie myślałam sobie pod koniec i po meczu. Minęła już doba, a ja dalej nie wiem, czy naprawdę to widziałam. Jednym z czynników niepozwalających mi przekonać samej siebie co do prawdziwości wyniku 5:1 jest postawa Realu. Jakiego Realu? On pojawił się na boisku w pierwszym kwadransie drugiej połowy, kiedy to zaczęła uzewnętrzniać się moja czarna wizja możliwego przebiegu wydarzeń. Barca, nie bez pomocy szczęścia, przetrwała i później istniał już tylko jeden zespół.

Kolejnym truizmem wartym przytoczenia jest fakt, że z perspektywy trybun wszystko widać inaczej niż przed telewizorem. Z tego powodu, a także dlatego że nie uważam się za żadnego eksperta, a jedynie kierującego się emocjami kibica, przedstawione poniżej opinie mogą nie zgadzać się z tymi prezentowanymi przez Czytelników. Pierwszym wyraźnie niepasującym do układanki elementem był wczoraj Rafinha. Jedynym momentem, w którym zauważałam brak Messiego, był ten, gdy piłka trafiała do Brazylijczyka. Ten nie niweczył wszystkiego, za co się zabrał, daleko mi do takiego stwierdzenia, ale w ¾ przypadków na usta cisnęło się: „Messi zrobiłby z tą akcją zupełnie coś innego”. Jak nietrudno się domyślić – lepszego. Mowa nie tylko o sytuacjach ofensywnych, lecz także o zbyt odważnym prowadzeniu piłki we własnym polu karnym, co mogło zakończyć się utratą gola. Tym razem pozytywnie zaskoczył mnie Ernesto Valverde, który dość szybko jak na niego przeprowadził zmianę i ściągnął Rafinhę z boiska. O ile normalnie wejście Semedo i przesunięcie Roberto można by uznać za asekuracyjne, o tyle w tym spotkaniu oraz w tamtym momencie było ono jak najbardziej uzasadnione. Sergi wyraźnie lubi grać przeciwko Realowi, a Semedo, zwolniony już z obowiązków ofensywnych, nie popełniał błędów.

Druga zmiana również dała mi do myślenia. Wiem, że mówi się o dobrym występie Dembélé, ale ja tego zwyczajnie nie widziałam. Owszem, asysta na 5:1 była pierwszej klasy, zachowanie przy bodajże 3:1 również. Można by stwierdzić, że to wystarczy, by uznać to spotkanie za udane w wykonaniu Francuza. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że Ousmane biega bez ładu i składu. Jeździec bez głowy, jak mówiono o Deulofeu. Kilkukrotnie również zatrzymywał się i podpierał rękami o uda, co może sugerować, że ma problemy zdrowotne lub kondycyjne. Podkreślę jednak ponownie, że jest to jedynie moje wrażenie.

Dlaczego zaczęłam od wad? Ponieważ wszystko pozostałe to zalety. „Arthur następcą Xaviego” – przyznam, że nie przechodziło mi to przez gardło, denerwowały mnie porównania, które zazwyczaj przynoszą więcej szkody niż pożytku. Teraz rozumiem. Brazylijczyk, mimo wieku, braku doświadczenia i ogrania, naprawdę ma ruchy Xaviego. Sposób ustawiania się z piłką, rozdzielanie jej na prawo i lewo, ruchy ciała to zdecydowanie to. Arthur ma też moją ulubioną cechę, która niestety nie jest aż tak częsta u klasowych piłkarzy – myśli. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o Sergio, który w myśleniu oraz umiejętności widzenia gry i boiska jest mistrzem świata. Ponownie pozytywnie zaskoczył mnie wczoraj Jordi Alba, który rozegrał drugi bardzo dobry mecz z rzędu pod nieobecność Messiego. Być może ograniczanie ofensywnego potencjału lewego obrońcy do współpracy z Leo jest jednak dla niego niesprawiedliwe. Tak jak nie rozumiem braku odpoczynku dla Rakiticia (oczywiście nie w El Clásico), tak i nie rozumiem braku powołania do reprezentacji dla Alby. Trenerzy La Rojy miewają dziwne upodobania, a pstryczka w nos otrzymał również Lopetegui, na którego oczach Sergi Roberto zaliczył dwie asysty.

No i Luisito. Bohater. Zawodnik, który nigdy nie zabłyśnie magią Messiego, nie rozegra wielkiego meczu w powszechnym rozumieniu tego słowa, mijając jak tyczki rywali i trafiając do siatki z podwójnego salta z półobrotem. To nie ten typ piłkarza. Luis to wojownik. W Barcelonie wyróżnia go m.in. mentalność – gdy inni się poddają, on gryzie trawę, biega (czasem bez celu), strzela (czasem w kosmos) i walczy. Wczoraj był wielki. Napędzony narodzinami trzeciego dziecka, pełen energii bez problemu poradził sobie z ciążącą na nim odpowiedzialnością poprowadzenia zespołu pod nieobecność Messiego. Ciężaru nie udźwignął do końca Coutinho, który niestety coraz częściej gaśnie w miarę upływu czasu. Suárez tego ciężaru nawet nie zauważył. Strzelił trzy bramki, a mogło ich być nawet pięć. Nigdy nie słyszałam, by ktoś powiedział o nim, że ma DNA Barçy. Wyraźnie widać więc, że i bez tego można osiągnąć sukces w stolicy Katalonii.

Camp Nou to miejsce magiczne. Magiczne ze względu na grę Barcelony, na jej piłkarzy, ale niestety nie na kibiców. El Clásico pozytywnie zaskoczyło mnie jakością dopingu na trybunach, ale wystarczy wybrać się na niespecjalnie istotne starcie Ekstraklasy, by zobaczyć coś podobnego. Trzeba to jednak zaakceptować, tabuny turystów robią swoje. Z kolei miasto nie żyje meczem, okolice stadionu wypełniły się dopiero na godzinę-dwie przed pierwszym gwizdkiem sędziego, w pozostałych rejonach względna cisza. Należy wziąć jednak pod uwagę, że okoliczności były wyjątkowe. Chłód, brak Messiego, nieszczególnie piękna gra obu zespołów w tym sezonie – to wszystko mogło wpłynąć na nastrój panujący wśród mieszkańców.

Na koniec ciekawostka dotycząca systemu VAR, do którego słuszności byłam przekonana już od dawna, co nie wpłynęło jednak na moje odczucie, że przerwy w grze psują widowisko. Na stadionie wygląda to inaczej. Jak powiedział jeden z towarzyszących mi Hiszpanów, człowiek cieszy się trzy razy. Pierwszy, gdy sędzia zdecyduje się sprawdzić akcję na powtórce, drugi, gdy przyznaje rzut karny, trzeci, gdy zawodnik zdobywa gola. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Jakie wnioski można wyciągnąć po tym El Clásico? Niemal żadne. Nie można popaść w euforię, ale nie można też nie docenić tego triumfu. Nie bez powodu Valverde do znudzenia powtarza, że sezon jest długi i wiele jeszcze może się wydarzyć. Tym razem zdecydowanie ma rację. W tym roku będzie wyjątkowo ciekawie. Hay liga – jest liga, jak to mówią Hiszpanie. Są emocje, moja ulubiona część tej gry. Jedyna statystyka z wczorajszego spotkania, którą byłabym w stanie zanotować, jest liczba minut, w których się uśmiechałam. Jakieś 85, bo 10 zabrał mi Marcelo. 85 minut uśmiechu od ucha do ucha to coś, czego życzę wszystkim culés.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

"No i Luisito. Bohater. Zawodnik, który nigdy nie zabłyśnie magią Messiego, nie rozegra wielkiego meczu w powszechnym rozumieniu tego słowa, mijając jak tyczki rywali i trafiając do siatki z podwójnego salta z półobrotem" - odważna opinia o meczu, w którym prawie nie strzelił dwóch, pięknych bramek nożycami.

Zazdroszczę udziału w takim widowisku :)

Z turystami na meczu to pełna zgoda, ale na taki a nie inny sposób kibicowania mają wpływ też inne kwestie. Nie tylko pozbycie się najradykalniejszych kibiców, ale przede wszystkim wielkość stadionu. Wielokrotnie byłem na CN i nawet na meczach ligowych czy wakacyjnych (Gamper, SP) jest doping. Jednak cały stadion nie przejmuje śpiewów, wykrzykiwania haseł itd... bo 3-4 sektory dalej już nie słuchać tego jak jeden sektor da sygnał do gorętszego kibicowania.
Fajny tekst i celne wnioski :)
Można było jedynie dodać coś o atmosferze po meczu (skoro opisane zostało miasto przed spotkaniem) w taich miejscach jak Rabla, puby, plac Catalunya zareagowały na zwycięstwo.

Super artykuł , gratuluje autorce :)

Co do Dembele wrażenia mam podobne jak autor tekstu. Biega często bez składu i celu, przeplatając to od czasu do czasu akcja doprawdy przednia. Wyzwanie przed Valverde ogromne aby ten potencjalny mega talent zamienić w wielkiego piłkarza.

Jak można nazwać kogoś jezdzcem bez głowy skoro w 2 na 3 akcjach bramkowych dobrze podawał? Nie wdawal się w dryblingi i był pierwszym obrońca, który naciskal trochę bardziej niż Ci zmęczeni..

"Tym razem pozytywnie zaskoczył mnie Ernesto Valverde, który dość szybko jak na niego przeprowadził zmianę i ściągnął Rafinhę z boiska."

No i bardzo dobre wnioski. Nie takie jakie przeprowadziła pozostała część redakcji w Najlepsze, Najgorsze.


Ciekawe spostrzeżenie z Sergim Roberto i pstryczkiem w stronę Lopetegui. Szczerze mi to zupełnie umknęło. Bardzo fajny akcent, lubię takie historie w piłce nożnej.

Byłem, marzłem, dopingowałem ;) NIEZAPOMNIANE WRAŻENIA ;)

Byłem w Barcelonie tydzien. Mialem wybór Liga Mistrzów z Interem lub klasyk z Realem. Wybrałem Ligę Mistrzów.. z dwóch powodów:
1. Na meczu z Realem już byłem, na Lidze Mistrzów nigdy.
2. Jednak cena.. 156euro na Lateral I, 5-ty rząd. Świetny widok przy samej murawie. Za tą cenę nie kupiłbym najtańszego biletu na mecz z Realem.

Hmm... mecz z Interem miazga, ale.. no właśnie ale.. oglądając klasyk w niedzielę w TV byłem jednocześnie szczęśliwy, ale i smutny po każdej kolejnej dobijającej białych bramce. A mogłem tam być. Pozdrawiam Cules :)

kiedyś Suarez gryzł ludzi, teraz gryzie trawe :D

Artykuł poezja tak jak gra Barcy z Realem. Pozdrawiam

Bardzo fajny artykuł. Pozdrawiam! Visca El BARCA!!

I te pamiętne "Spieprzyliście nam święta" :D

Bardzo fajny wpis. Zazdroszczę bycia na El Clásico.
Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać.
No to piątka ;)

Ładne bardzo :)